WSKZ we Wrocławiu "lepsze" od Collegium Humanum. Semestr mieli zaliczyć w godzinę

2 godziny temu 6
ZIZOO.PL
Semestr studiów podyplomowych zaliczony w godzinę, bez konieczności uczestniczenia w zajęciach, za to z testami, do których można podchodzić tyle razy, aż w końcu się uda. Tak według opisu "Newsweeka" ma działać system w Wyższej Szkole Kształcenia Zawodowego we Wrocławiu. Historia, którą opisano, zaczyna się od sygnałów płynących z różnych stron. Ktoś miał alarmować, że zajęcia prowadzone są całkowicie online, choć to ma być niezgodne z prawem. Ktoś inny porównywał sprawę do głośnych afer uczelnianych i twierdził, że to, co działo się w Collegium Humanum, "to pikuś" w zestawieniu z tym, co można zobaczyć we Wrocławiu. Dziennikarze postanowili sprawdzić, jak wygląda zaliczanie semestru w rzeczywistości. W opisie pojawia się przykład osoby, która zapisała się na podyplomówkę, opłaciła czesne i opłatę wpisową, a po uzyskaniu dostępu do panelu studenta nie musiała w ogóle odsłuchiwać wykładów czy przechodzić przez materiały. Ważne miało być "odhaczanie" treści w systemie, a potem rozwiązywanie testów cząstkowych. Zaliczenie miało zależeć od zdobycia wymaganej liczby poprawnych odpowiedzi, przy czym do testów można było podchodzić wielokrotnie. W efekcie semestr podyplomówki zaliczony w godzinę, nawet mimo tego, że wcześniej nie dostarczono dyplomu ukończenia studiów licencjackich. Testy, poprawki i pytania z tej samej puli Według relacji "Newsweeka" model zaliczania opierał się na serii testów cząstkowych oraz teście końcowym. Jeśli ktoś nie znał części pojęć i definicji, mógł "strzelać", a gdy to nie wystarczało podchodzić ponownie. Ostatecznie system miał premiować konsekwencję, niekoniecznie wiedzę. Po kilku podejściach dało się uzyskać wynik potrzebny do zaliczenia. Test końcowy miał być jeszcze łatwiejszy, bo pytania miały powtarzać się z tych, które wcześniej już występowały w zaliczeniach cząstkowych. To właśnie brak ograniczeń w liczbie podejść i zaliczanie w krótkim czasie stoi tak naprawdę w centrum opisywanej historii. Bo jeśli semestr da się "zamknąć" w godzinę, to pytanie nie brzmi już, jak wygodna jest platforma online, tylko jaką wartość mają takie studia i co oznaczają w obiegu dyplomów. Raport miał być druzgocący W tekście przywołano również kontrolę Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Jej wyniki określono jako miażdżące dla uczelni. Kontrolerzy mieli wskazywać, że placówka oferowała kierunki, których nie miała prawa prowadzić, a kandydaci mogli być wprowadzani w błąd przez niepełną lub mylącą ofertę. Pojawił się też problem z dokumentowaniem tego, jak studia w ogóle przebiegają: brak dowodów na zajęcia stacjonarne, rozjazdy między harmonogramami zjazdów a fakturami za wynajem sal, niekompletna dokumentacja albo dane, które wzajemnie sobie przeczą. Najwięcej zastrzeżeń miało dotyczyć organizacji studiów podyplomowych, czyli dokładnie tego segmentu, który w opisie "Newsweeka" działał jak szybka ścieżka do zaliczeń. Mimo tak ocenionej kontroli, według relacji sytuacja nie została odwrócona, a uczelnia działa dalej. Uczelnia, siedziba i osoby z nią związane W materiale opisano też tło instytucji. Uczelnia ma reklamować się jako "studia online" i istnieć od 2001 r., a wcześniej działała pod inną nazwą. Wskazano, że kilka lat temu przeniosła się do Wrocławia i ma siedzibę w budynku przy ul. Powstańców Śląskich, gdzie wynajmuje kilka pomieszczeń. Wspomniano również o rektorze. Jest nim Henryk Fedewicz, specjalista ds. przestępczości gospodarczej. Opisano również powiązania innych osób związanych ze spółką prowadzącą uczelnię, a także inne podmioty zarejestrowane pod tym samym adresem.
Przeczytaj źródło