Tomasz Włosok - rocznik ’90. Jeden z najbardziej cenionych aktorów młodego pokolenia. Absolwent krakowskiej PWST. Zdobywca prestiżowej Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego. Podczas FPFF w Gdyni otrzymał Kryształową Gwiazdę ELLE za rolę Jerzego Kuleja w filmie „Kulej”. 1 stycznia do kin wszedł film „Dziki” w reż. Macieja Kawulskiego, w którym wciela się w pierwszoplanową rolę tajemniczego wojownika.

Fot. Łukasz Bartyzel
Jesteś typem milczącym?
TOMEK WŁOSOK: Różnie.
Kiedy najczęściej?
W życiu. Praca daje mi przestrzeń, by się wyżyć, być przez chwilę ekstrawertykiem. Ale na co dzień to raczej jestem cichy. Niespecjalnie lubię gadać.
A o czym lubisz?
Lubię zgłębiać to, co moralne. Zagadnienia dotyczące powstania planety, galaktyki, astronomii, a także astrologii… Oprócz tego lubię sobie pogadać o tym, co nas w życiu wkurza, więc po ludzku. O grach komputerowych – o tym mógłbym mówić godzinami. I o filmach, choć przez to, że jestem częścią środowiska, z którego pochodzą też moi znajomi, staramy się gadać o tym jak najmniej.
No tak, to przecież Wasza praca.
Dlatego dziś o filmach rozmawiam mniej niż kiedyś.
Dużo ich oglądasz?
Wolałbym więcej. Oglądam za to sporo seriali, a to z prostej przyczyny – wieczorem, po całym dniu, jesteśmy już zmęczeni, dłuższa forma filmowa może w takim momencie przerazić.
Co ostatnio oglądałeś?
Najbardziej poruszyło mnie japońskie anime, choć nie jestem największym fanem gatunku. Przeglądaliśmy z Malwiną (Buss, partnerką Tomka – przyp. red.) Netfliksa i trafiliśmy na serial „Demon Slayer”. Słyszałem, że to popularna seria, nic dziwnego – znalazłem tam sporo prawd życiowych, o człowieku, naszych demonach i walce z nimi. To ciekawe, biorąc pod uwagę japońską kulturę umiaru – w tych filmach Japończycy mają szansę się wyżyć. Ciszę mają w życiu na co dzień, więc wyrzut zwierzęcej energii pojawia się w anime. Podobno warto też obejrzeć „Atak tytanów”, w którym główny wątek rozgrywa się na drugim lub trzecim planie. Klucza do historii szukamy w tle.
Myślałam, że wymienisz „Niebieskookiego samuraja”.
Świetny, ale bardziej zeuropeizowany niż „Demon Slayer”.
A w kinie na czym ostatnio byłeś?
„Jednej bitwie po drugiej” Andersona. Mocne doświadczenie. Rozumiem, dlaczego dzieli ludzi. Mnie poruszyła ta karykaturalna opowieść, a jednocześnie straszliwie schematyczna, szczera i prawdziwa. Ale ja łykam wszystko z DiCaprio.
Ciebie też można oglądać teraz w kinie, w filmie „Dziki” w reż. Macieja Kawulskiego. Grasz głównego bohatera, który przez cały czas milczy. Gdy zabiera się głos aktorowi, co staje się jego językiem?
Wszystko dookoła. Oczywiście na początku miałem plan, by usta zamknąć naprawdę na czas zdjęć, by tę ciszę lepiej zrozumieć. Ale byłoby to bardzo egoistyczne wobec wszystkich, którzy pracowali przy projekcie i nie musieliby mieć ochoty znosić aktora, wymyślającego sobie, że przestanie się odzywać, a potem opowiadającego o tym w wywiadach.
Mieliśmy dużo zdjęć wyjazdowych, byłem odcięty od rodziny. Malwa z moją córką Jagodą przyjechały na chwilę, do Jury Krakowsko-Częstochowskiej. A potem wyjechaliśmy do Słowenii. I to dawało mi przestrzeń, by się wyciszyć. Oprócz tego wciąż zaskakiwały nas warunki atmosferyczne. Tam, gdzie miało być słońce, była mgła, a jeśli potrzebowaliśmy mgły, wychodziło słońce. Ale dzięki temu wyszło chyba jeszcze lepiej.

Fot. Łukasz Bartyzel
Kim jest Dziki?
Został wychowany przez las i góry. Ludzi spotyka dość późno. Jako że formowała go natura, proces adaptacji jest zupełnie inny. To outsider. Prawda, której uczymy się dzięki postępowi cywilizacyjnemu, różni się od pierwotnego instynktu, który posiadamy. Dziki jest tym instynktem, wśród ludzi kieruje się innym kodeksem moralnym niż przyjęty powszechnie.
Budując bohatera, zastanawialiśmy się, jak może zareagować w konkretnej sytuacji, i każdy pomysł odrzucaliśmy, bo Dziki musiał zachowywać się instynktownie, w kontrze.
Uwalniające uczucie – dać się ponieść instynktowi?
O tak. Bieganie po górach, obcowanie z naturą, światło naturalne, stosunkowo mała ekipa – mieliśmy poczucie bliskości natury i możliwości wyżycia się. Szkoła przetrwania.
Pozwolenie sobie na instynktowne działanie, a potem powrót do codzienności może być wycieńczające?
Na planie biegałem w samych spodniach, przepasany pasem. Było zimno, w końcu nagrywaliśmy na wysokości 2700 metrów. Po powrocie do domu zapomniałem o wszystkich rzeczach, o których marzyłem przed rozpoczęciem zdjęć – że nagrywamy w górach, że będziemy się hartować, kąpać w lodowatych strumykach – i natychmiast schowałem się pod kołdrę. Ciepło, rodzina, telewizor. Ekstra. Ale sama przygoda była świetna, lubię takie ekstrema. Po to zostałem aktorem.
Nie dziwi mnie Twój zachwyt naturą, wielką popularnością cieszą się obozy przetrwania, w których udział biorą ludzie na co dzień pracujący za biurkiem, w wieżowcach.
To wiele o nas mówi, że mimo wszystko potrzebujemy natury, pierwotne instynkty nadal w nas są. Nie spędzisz w szklanych domach całego życia, czasami musisz spojrzeć na drzewo.
Dlaczego Twój bohater nie mówi w ogóle?
To tajemnica. Określiliśmy ją w pewien sposób z Maćkiem, ale zostawiliśmy też różne ścieżki interpretacji widzom.
A może język świata, jaki znamy, jest nie do przyjęcia?
No jasne, bo tak jak wspominałem, kieruje się on innym kodeksem. To nie tak, że on się nie porozumiewa, bo przez całą historię klarownie ze wszystkimi się komunikuje. Zależało nam, by pokazać, że język nie jest wszystkim, czego potrzebujemy do wyrażenia siebie.
Niby prosto jest się nam dziś komunikować, ale to nieprawda, bo przestaliśmy się zastanawiać nad tym, co mówimy, i tylko wypluwamy z siebie słowa. To bolączka dzisiejszych czasów. Dziki uświadomił mi, że to, co pozawerbalne, często jest ważniejsze niż słowa.
Żyjemy w świecie przestymulowania i każdy ma wiele do powiedzenia na każdy temat. Musimy mówić wszystko, pokazać wszystko.
A Tove Jansson w „Opowiadaniach z Doliny Muminków” już dawno narzekała: „Dlaczego nie pozwolą mi nigdy zachować moich wspomnień o wędrówkach tylko dla siebie? Czy nie mogą zrozumieć, że gadaniem niszczą wszystko? Jeśli im opowiadam, to potem nic nie zostaje”. Pomyślałam, że to trochę o Tobie.
Mamy wybór. Nikt do niczego nie może nas zmusić. Oczywiście to kwestia priorytetów, tego, komu na czym zależy. Jeśli jesteś aktorem i boisz się, że stracisz popularność i godzisz się na wystawienie siebie, bo ktoś cię do tego przymusza, to szkoda. Ja tak nie mam. Jasne, boję się, że mógłbym stracić komfort, którym się teraz cieszę, ale nie potrafiłbym się złamać…
Czujesz presję z zewnątrz?
Właśnie nie. A gdyby ktoś próbował mnie zmusić do takich wyznań, odwróciłbym się plecami, świadomy ewentualnych konsekwencji. Nigdy nie wiesz, co będzie jutro, ale warto być wiernym sobie i swoim zasadom.
Zawsze byłeś taki odważny w stawianiu granic?
Chyba nigdy nie musiałem ich stawiać, bo nie miałem potrzeby sprzedawania siebie. A teraz, gdy wyrobiłem sobie na ten temat konkretne zdanie, nikt mnie do tego nie zmusi.
W takim razie jakim językiem opowiadasz o sobie?
Jesteś aktorem lubianym, co widać w entuzjastycznych reakcjach widzów i ludzi, którzy Cię znają. To cenne.
Dla mnie to przywilej. Po prostu nie kalkuluję. Nie oceniam ryzyka zawodowego, a także daleko mi do bycia kontrowersyjnym, bym w ogóle musiał kalkulować. Żyję w zgodzie z sobą, etyką moją i mojej rodziny. A ta jest dla mnie najważniejsza.
I może o to w życiu chodzi? Żeby nie kalkulować?
Choć nie jest tak, że nie próbuję się przypodobać nikomu…
Komu próbujesz?
Bliskim. Tym, na których mi zależy. Lubię być dobrze odbierany. Nie powiem brutalnej prawdy, żeby tylko wyszło na moje. Lubię być miły.
To chyba trudne. Odgrywasz różne charaktery, a potem wracasz na łono rodziny, gdzie panują inne zasady. Za to masz spory komfort dzielenia życia z partnerką będącą aktorką i rozumiejącą tę sytuację. Jak wychodzisz z ról?
Malwa mi daje duży komfort powrotu, bo nie lubię nazywać tego procesu wychodzeniem z roli. Ja po prostu mam coś w rodzaju syndromu odstawienia.
Jestem w coś zaangażowany, żyję tym, myślę o projekcie długi czas. A gdy się kończy, przez chwilę czuję FOMO. Trwa to około dwóch tygodni. W tym czasie coraz bardziej angażuję się w życie rodzinne, dom żyje własnym rytmem i muszę na powrót w niego wpaść. Mam na szczęście wyrozumiałą drugą połówkę, która daje mi te dwa tygodnie. Ale nigdy więcej.
Trudno na tej podstawie ocenić, czy aktorstwo to dla Ciebie tylko zawód, czy część życia.
Na pewno część życia. Aktorstwo darzę szacunkiem. I kocham tę pracę. Nie chodzi tylko o to, że daje mi się wyżyć czy krzyczeć, co w życiu przychodzi mi z trudem.
Jestem wdzięczny za moment, w którym się znalazłem, bo mam problem z przebijaniem się. To nie leży w mojej naturze, żeby być najgłośniejszym w pokoju. Dzięki aktorstwu mogę coś powiedzieć na moich zasadach. No i mogę przeżywać nieprawdopodobne przygody. Marzyłem o tym jako dzieciak. I tak zostało. Bliżej mi do marzyciela niż realisty.
Czym jest ten szacunek do pracy, o którym mówisz?
Na początku szanowałem sam fakt, że praca w ogóle się pojawiła. A potem następujące kroki milowe. Najpierw panicznie bałem się, że takie możliwości nigdy więcej się nie powtórzą. I taki lęk nadal we mnie siedzi. To chyba dotyczy wszystkich twórców pracujących na freelansie. Jesteś zależny od ludzi, którzy cię zatrudniają. Dziś szacunek do pracy dotyczy szansy tworzenia nowych rzeczy, ufających mi osób.
Jaki rodzaj bohatera Cię fascynuje? Pilnujesz tego, żeby Twoje role były różne, grasz albo nadwrażliwca, albo nieudacznika, albo gangstera, albo legendę sportu…
Jurek Kulej zdobył dwukrotnie złoty medal na igrzyskach olimpijskich. Był pięknym gawędziarzem, niezwykle inteligentnym gościem. Złotym człowiekiem kochanym przez wszystkich. Miał też trzy żony, rozbił kilka małżeństw, kilka osób przez niego cierpiało. Nie ma ludzi idealnych. I właśnie takie „luki” interesują mnie najbardziej.
W kinie lubię też dostawać nadzieję. I kocham robić kino, które daje nadzieję. Chyba o to w życiu chodzi. Za dużo w nim smutku. Co nie oznacza, że nie lubię kina zaangażowanego, poruszającego, bez nadziei. Jestem Wagą, lubię równowagę, więc taki miks jest dla mnie idealny.
A pamiętasz moment, kiedy skończyłeś film, a rola, którą odegrałeś, dała Ci nowy wgląd w człowieka?
Każdy projekt coś takiego we mnie zostawia. Każdy też mnie jara – fajne jest to, że na poziomie scenariusza wiele rzeczy mogę wyczytać o człowieku, o sobie.
W „Zielonej granicy” przeczytałem o strażniku granicznym, który stoi na granicy, wykopuje ludzi na stronę białoruską, należy do systemu, którego nie rozumie, ale musi działać, bo w przeciwnym razie zostanie posądzony o dezercję. Myślę o nim jako człowieku, który codziennie musi walczyć z tym, z czym nie powinien.
Otwiera mi to głowę, trudne rzeczy staram się sprowadzić do osobistego doświadczenia. Znaleźliśmy się w dość dziwnym momencie historii, stoimy po dwóch skrajnych stronach barykady. Brakuje środka. Nie ma złotej równowagi. I ja w tym moim bohaterze dostrzegłem właśnie to, że znajduje się kompletnie pośrodku, nie należy do żadnej z grup.
Czyli znajduje się nigdzie.
No właśnie. A przecież nie ma człowieka, który nie miałby w życiu wątpliwości. Jednak dziś w dyskursie publicznym nie ma miejsca na wątpliwości. Masz się opowiadać po jednej lub drugiej stronie.
Rola strażnika była dotąd dla mnie chyba najtrudniejszym zadaniem zawodowym, bo niosła za sobą społeczną odpowiedzialność. Pilnowałem, by nie wymknął mi się spod kontroli. Żeby miał w sobie cechy stawiające go w pozycji kata, ale jednocześnie ofiary systemu.
To mocna rola, niosąca, jak mówisz, społeczną odpowiedzialność. I Wam jako twórcom tego obrazu mocno oberwało się za ten film. Jak to znosiłeś?
To był burzliwy czas, tuż przed wyborami parlamentarnymi. Spirala się nakręcała, cięciwa napinała. Wszystkie straszaki, które się pojawiły, były w zasadzie internetowe. Na żywo nie zetknęliśmy się z nieżyczliwością. Mimo to było tak gęsto, że w okolicach premiery na kilka pokazów jechaliśmy z ochroną, bo nienawiść tak eskalowała. Na szczęście nic się nie wydarzyło.
Ta rola była manifestem z Twojej strony?
To był gorący czas, w którym o tym, co dzieje się na granicy, mówiło się dużo. Film wybrzmiał w tym momencie wyjątkowo donośnie. Jedni powiedzą, że premiera w tym okresie była prowokacją. Ja jako twórca nie mam wpływu na to, kiedy film wchodzi do kin. Ale mam wpływ na to, jaki scenariusz akceptuję i z kim pracuję. Tego byłem świadomy. Od początku do końca wierzyłem, że prawda się obroni. A ta zawsze leży pośrodku.
Zajmuje Cię polityka? O tym, że to, co osobiste, jest polityczne, pisała już w latach 60. Carol Hanisch.
Interesuję się polityką jako mężczyzna, jako ojciec dbający o dobro rodziny. Muszę wiedzieć, co się dzieje. Czasami się w tym zatracam, szczególnie gdy wrze na całym świecie. Czytam różne media, by móc wyrobić sobie własną opinię. Poranek rozpoczynam od Duolingo i sprawdzenia informacji.
Masz swój „black mirror”, w którym przeglądasz swoich bohaterów, co prowadzi do odsłonięcia w Tobie jakiejś cechy, o której nie miałeś pojęcia?
No oczywiście! W dużej mierze po to oglądam filmy. Jeśli wyłączam wszystkie receptory, idę za historią. I kocham te momenty. Zauważam wtedy reakcje, coś, co nie byłoby dla mnie naturalne, na co bym nie wpadł, i myślę sobie: „To tak można zareagować?”.
Skoro ustaliliśmy, że jesteś bardziej marzycielem niż realistą, to jestem ciekawa, czy myślisz, że kino może przywracać podmiotowość, głos tym, którzy są wykluczeni lub pozbawieni swojego języka. Krótko – czy sztuka może zmieniać świat?
Może. Wierzę w to. Ale też nie musi. To wszystko jest kwestią wyboru. Osobiście jako twórca wierzę, że może zmieniać. U mnie sztuka wielokrotnie zmieniła punkty widzenia. I jest to terapeutyczne.
Sztuka ma mówić za tych, którym odebrano głos, o tym, nad czym się nie zastanawiamy albo o czym nie chcemy myśleć – choćby o przemocy w domach. Do takich tematów wielu z nas nie ma wglądu, a filmy poszerzają tę istotną przestrzeń przeżycia, by móc się czegoś nauczyć, spojrzeć z perspektywy. To ogromna moc kina, które powinno być i i angażujące, i dające rozrywkę. Nigdy jednak narzucające.

14 godziny temu
6






English (US) ·
Polish (PL) ·