Nie ulega wątpliwości, że retoryka Waszyngtonu odnośnie duńskiej wyspy, wkroczyła na nowy poziom po porwaniu wenezuelskiego dyktatora Nicolasa Maduro. Błyskotliwie przeprowadzony przez wojsko atak na Wenezuelę dodał pewności siebie Amerykanom, którzy całą zachodnią półkulę traktują jak swoje podwórko. Donald Trump wprost powtórzył, że USA "absolutnie potrzebują" należącej do Danii Grenlandii i rozważają różne opcje jej pozyskania, nie wykluczając militarnych.
Natychmiast nasuwają się więc dwa fundamentalne pytania: Dlaczego Amerykanie tak bardzo chcą wielkiej, skutej lodem wyspy, że są gotowi w mało zawoalowany sposób grozić sojusznikowi z NATO użyciem siły? Oraz czy rzeczywiście może dojść do walki pomiędzy USA i państwami Europy o Grenlandię?
Wojsko USA już tam jest i dominuje
Dlaczego Grenlandia? Najczęściej powtarzany przez Amerykanów argument odwołuje się do "bezpieczeństwa narodowego". Trump wielokrotnie twierdził, że okolice wyspy są "pełne chińskich i rosyjskich okrętów", a Duńczycy nic z tym nie robią. Dopuszczanie znacznych sił państw nieprzyjaznych do obszaru w pobliżu amerykańskich wybrzeży ma narażać bezpieczeństwo USA. Szkopuł w tym, że owe chińskie i rosyjskie okręty to kompletna fantasmagoria. Ich po prostu nie ma. Jest to kompletne kłamstwo. Chiny nie utrzymują w Arktyce żadnych sił floty, a Rosjanie co najwyżej okazjonalnie wysyłają w tę okolicę atomowy okręt podwodny, z reguły trzymając się jednak odległego rejonu Morza Beringa. Bezdyskusyjnie największą siłą północnego Atlantyku jest US Navy.
Co więcej, to właśnie Amerykanie mają największą liczbę żołnierzy na samej Grenlandii. Ponad stu stacjonuje na stałe w bazie lotniczej Pituffik na północy wyspy. To relikt zimnej wojny, kiedy na potrzeby floty bombowców strategicznych zbudowano tam rozległą instalację nazywaną do niedawna Thule. Po rozpadzie ZSRR jej znaczenie drastycznie spadło i dzisiaj to głównie placówka radarowa oraz łączności. Niezależnie od tego, nadal jest to największa baza wojskowa na Grenlandii. Duńczycy na stałe mają na niej jedynie symboliczny kilkunastoosobowy oddział o nazwie Sirius, który wykonuje długie patrole przy pomocy sań ciągniętych przez psy. Okresowo rejon wyspy nadzorują pojedyncze samoloty i okręty patrolowe przysyłane z Danii. Ponadto obowiązujące porozumienia pomiędzy Danią i USA (ostatnie z 1951 roku) udzielają Waszyngtonowi daleko idących swobód co do rozmieszczania swojego wojska na Grenlandii. Od II wojny światowej nie ulegało wątpliwości, że formalnie wyspa pozostaje częścią Danii (do czasów współczesnych uzyskała sporą autonomię), ale faktycznie dominującą siłą militarną na niej oraz w jej okolicach, są USA.
Reportaż wojska USA z bazy na Grenlandii zrealizowany w innych czasach - rok 2021
Amerykanie co do zasady "mają" więc Grenlandię z perspektywy bezpieczeństwa swojego kraju. Gdyby chcieli, mogliby wysłać do Pituffik znacznie większy garnizon i na stałe rozmieścić tam samoloty jak w czasie zimnej wojny. Mogliby też na stałe wysłać w ten region istotne siły US Navy. Nikt im tego nie broni. Nie robią tego jednak, bo tak naprawdę nie mają potrzeby. Zagrożenie z tej strony jest aktualnie zerowe. Rosja pomimo propagandy, nie ma sił, by poważnie zwiększyć swoją obecność w Arktyce. Te, które ma, są uwiązane znacznie dalej na południe. Z Chin pod Grenlandię jest bardzo daleko, a najkrótsza droga wiedzie przez cieśninę Beringa przy Alasce, gdzie USA też dominują militarnie.
Można więc spekulować, że tak naprawdę Amerykanom chodzi o surowce. Regularnie w sieci można przeczytać i usłyszeć o ogromnych zasobach cennych zasobów ukrytych pod powierzchnią Grenlandii, które mają stawać się coraz bardziej dostępne wraz z topnieniem lodowców. Szkopuł w tym, że znaczna część tych surowców teoretycznie już jest dostępna do eksploatacji. W tym przywoływane regularnie przez Trumpa rudy metali ziem rzadkich. Surowy grenlandzki klimat, warunki geologiczne i praktyczny brak infrastruktury, czynią jednak ich wydobycie trudnym przedsięwzięciem. Wysokie koszty w zestawieniu z aktualnymi cenami surowców, nie zachęcają do gorączkowej budowy kopalń na wyspie, pomimo wielu projektów na przestrzeni ostatnich dwóch dekad. Nawet gdyby w wyniku zmian cen na światowych rynkach grenlandzkie złoża stały się bardziej atrakcyjne, to amerykańskie firmy mogłyby bez problemu inwestować na Grenlandii więcej. Rząd wyspy jest na to bardzo otwarty. Odebranie jej Danii nic by nie zmieniło.
Nie chodzi o bezpieczeństwo i surowce
Pozostaje więc właściwie jedyne wytłumaczenie - czysta polityka i emocje. Trump i jego otoczenie polityczne reprezentują silny nacjonalizm oraz przekonanie o wyjątkowości USA. Siła państwa ma je uprawniać do roli hegemona w obu Amerykach, która mają być w jego strefie wpływów. Porwanie Maduro to bardzo widowiskowy przejaw tego poglądu i polityki. Podobnie jak na przykład presja na Kanadę, która według słów samego Trumpa, powinna być po prostu kolejnym stanem USA. W amerykańskiej wizji świata Dania na Grenlandii jest czymś błędnym, niesprawiedliwym, co należy skorygować. Tak po prostu. Surowce i bazy to rzecz wtórna. Co więcej, nie od dzisiaj wiadomo, jakie znaczenie mają uczucia nacjonalistyczne w elektoracie. Łatwe, krótkie i zwycięskie starcia, pokazy siły i sprawczości USA, czy upokorzenie przeciwników, to cenne paliwo polityczne w sytuacji, kiedy Partii Republikańskiej nie wiedzie się w sondażach, a wybory do Kongresu są na horyzoncie. Oderwane od rzeczywistości twierdzenia o zagrożeniu ze strony Chin i Rosji czy ogromnych bogactwach na wyciągnięcie ręki, to tylko dorabiane na siłę uzasadnienia.
Nie oznacza to automatycznie, że Waszyngton lada dzień nakaże zbrojną inwazję i zajęcie Grenlandii. Niezależnie od faktu, że nadal trudno wyobrazić sobie agresję jednego członka NATO na drugiego. Nawet jeśli założymy, że obecna administracja ma już zupełnie za nic związki z Europą, to i wtedy nie należy się nastawiać na bitwę o Grenlandię. Fundamentalna kwestia jest taka, że realnie żadne państwo ani ich sojusz, nie jest obecnie w stanie rzucić wyzwania wojsku USA w tym punkcie na mapie. Flota i lotnictwo amerykańskie tam dominują. Nawet jeśli w solidarności z Danią kilka państw Europy rozmieści w rejonie jakieś siły wojskowe, będą one miały jedynie rolę symboliczną, a nie zbrojną. Będą mogły pokazywać nieustępliwość tak długo, jak się da, ale ustąpić na samej krawędzi.
To, co obserwujemy teraz, jest poszukiwaniem tej krawędzi. Trump i jego ludzie w typowy dla siebie sposób podnoszą temperaturę. Zwiększają presję. Tak samo, jak przy ogłaszaniu ceł czy próbach rozwiązania konfliktu Rosji i Ukrainy. W przypadku Grenlandii starają się zmusić Danię - i szerzej Europę - do ustępstw. Państwa europejskie ze swojej strony deklarują, że ustępować nie mają zamiaru. Podkreślają fakt, że są wiernymi sojusznikami USA od dekad, że nadal obowiązują porozumienia międzynarodowe, dotyczące Grenlandii, podpisane przez samych Amerykanów, i że suwerenność to rzecz święta. Gdzieś w tle trwają albo jeszcze trwać będą faktyczne negocjacje i próby ustalenia, czego tak właściwie chce Waszyngton. Ze strony Amerykanów wielokrotnie pojawiały się sugestie, że najlepiej by było, gdyby Dania po prostu Grenlandię sprzedała. Ewentualnie uczyniła ją niepodległą, a wówczas USA objęłyby ją swoim protektoratem.
Nawet gdyby do tego doszło, wiele by się nie zmieniło. Najwięcej w życiu samych Grenlandczyków, a także na mapach i w relacjach USA z dotychczasowymi sojusznikami. Obecna administracja w Waszyngtonie jasno jednak deklaruje, że mają oni dla niej znaczenie mniejsze niż kiedyś. Liczy się to, w jakim stopniu są przydatni z punktu widzenia interesów USA. Z perspektywy Waszyngtonu napięcie w relacjach z Europą może mieć wartość samą w sobie. Potencjalnie może skłaniać Europejczyków do bardziej ugodowej postawy w innych kwestiach, zwłaszcza gospodarczych. Może też wywoływać pęknięcia i spory we wspólnocie europejskiej pomiędzy państwami, które będą chciały twardszej polityki wobec USA, a tymi, które są gotowe na większą uległość w imię nadziei na przychylność Waszyngtonu. Takie są nowe realia naszej europejskiej relacji z Amerykanami. Po dekadach dominacji w białych rękawiczkach i z dobrymi manierami zostaje sama dominacja.





English (US) ·
Polish (PL) ·