Parisiennes już go kochają. „Sad blush” to neutralny róż, który robi na twarzy efekt subtelnego liftingu

1 miesiąc temu 16

Wśród mnogości kolorowych róży, które zalewają rynek, beżowy róż mógłby na pierwszy rzut oka wydawać się… nijaki. A jednak to właśnie jego dyskretna elegancja zdobywa serca wizażystów. Na łamach magazynu „Bustle” makijażystka Nikki DeRoest, założycielka marki Ciele, wyjaśnia, że ten odcień oferuje „szykowny i nowoczesny” sposób modelowania twarzy.

"Sad blush" trend

Materiały prasowe ShopaholicDolls

W sieci funkcjonuje również pod nazwą „sad blush” (pol. smutny róż) – mylącą, bo w rzeczywistości działa jak subtelny rozświetlacz. To po nałożeniu podkładu dzieje się cała magia: beż stapia się ze skórą, sunie po konturach twarzy, tworzy miękką głębię, której nie dają bardziej nasycone odcienie różu czy brzoskwini. Drita Paljevic, również cytowana przez „Bustle”, opisuje go nawet jako idealny „róż bazowy”: taki, który nakłada się jako pierwszą warstwę przed kolejnym produktem albo pozostawia solo – zwłaszcza gdy makijaż uzupełnia intensywne smoky eye lub czerwone usta, które łatwo mogłyby zaburzyć proporcje.

Jak nosić „sad blush”, by wyglądał perfekcyjnie?

Sekret tkwi przede wszystkim w kolorze. Wybieramy beż odrobinę głębszy niż nasz naturalny odcień skóry: z nutą brzoskwini dla ciepłych karnacji, z różowym woalem dla chłodnych, oraz w barwie neutralnej dla odcieni oliwkowych. Nic przesadnego – tylko tyle, by subtelnie ocieplić cerę.

Kolejny krok to aplikacja. Miękkim pędzlem muskamy kości policzkowe, przeciągamy produkt przez grzbiet nosa, a czasem nawet w okolice ust – dla tych, którzy lubią efekt tonalnej spójności. Produkt niemal znika gołym okiem, ale pozostawia po sobie „żywą”, świetlistą cerę, dopracowaną, lecz niewidoczną.

Tekst w oryginale ukazał się w ELLE.fr

Przeczytaj źródło