
Ambasador USA w Polsce Tom Rose publicznie pochwalił weto prezydenta Karola Nawrockiego wobec ustawy wdrażającej unijny Akt o usługach cyfrowych. Nazwał ją "karną" i "antyamerykańską", a Polskę krajem, który wygra, jeśli postawi na budowanie własnych technologii zamiast ślepej zgodności z przepisami z Brukseli.
Daj napiwek autorowi
Wpis Toma Rose’a na platformie X był jasnym sygnałem, po której stronie w sporze o cyfrową ustawę stają Stany Zjednoczone. Amerykański ambasador stwierdził, że prezydent Karol Nawrocki "zasługuje na wielkie uznanie" za zawetowanie polskiej ustawy o usługach cyfrowych, wzmacniającej egzekwowanie unijnego DSA.
Zdaniem Rose’a ten pakiet przepisów miałby działać jak hamulec dla rozwoju – dusić innowacje, karać za sukces i budować wysokie bariery dla nowych firm technologicznych. W jego narracji Polska stoi przed wyborem: albo stać się "strefą zgodności" dla cudzych technologii, albo krajem, który sam buduje i eksportuje własne rozwiązania cyfrowe.
To wsparcie zza oceanu idealnie wpisało się w linię argumentacji Pałacu Prezydenckiego, który od początku przedstawia ustawę nie jako tarczę ochronną, lecz ryzykowne narzędzie administracyjnej cenzury.
Co zablokowało weto? Ustawa o usługach cyfrowych w polskiej wersji
Zawetowana przez prezydenta nowelizacja ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną nie tworzyła unijnego DSA od zera. Miała jedynie "przetłumaczyć" europejskie przepisy na polskie realia. Chodziło o to, by państwo miało jasno opisane procedury, kiedy i jak może domagać się zablokowania treści w sieci, a użytkownicy – jak mogą się od takich decyzji odwołać.
Projekt określał katalog 27 kategorii czynów zabronionych, z którymi wiązał się najsilniejszy środek – nakaz blokady. Wśród nich były groźby karalne, treści pedofilskie, zachęcanie do samobójstwa, nawoływanie do nienawiści na tle narodowościowym, etnicznym czy religijnym, propaganda ideologii totalitarnych, a także ogłoszenia służące nielegalnemu obrotowi towarami i usługami czy łamiące prawa autorskie.
Ustawa zakładała, że wniosek o blokadę mogłyby składać uprawnione służby – prokuratura, policja, KAS, straż graniczna – ale także sami użytkownicy, jeśli czują się ofiarami przestępstwa lub widzą w sieci szczególnie szkodliwe treści. Decyzje mieli podejmować prezesi UKE i KRRiT, a regulator telekomunikacyjny w niektórych przypadkach mógłby nakazywać nawet odblokowanie treści usuniętych przez platformy "na wszelki wypadek".
Autor podejrzanej treści otrzymywałby powiadomienie, miałby 2 dni na przedstawienie swojego stanowiska, a od decyzji przysługiwałby sprzeciw do sądu w terminie 14 dni. To właśnie ten element – krótki czas na reakcję w starciu z państwowym aparatem – prezydent wskazał jako szczególnie niebezpieczny.
Prezydent Nawrocki kontra "Ministerstwo Prawdy"
W swoim wystąpieniu Karol Nawrocki przyznał, że internet jest bardzo dużym zagrożeniem, zwłaszcza dla dzieci, ale uznał, że proponowane rozwiązania idą zdecydowanie za daleko. W jego ocenie projekt budował mechanizm, w którym urzędnik, zależny od rządu, dostaje prawo decydowania, co jest dopuszczalnym głosem w debacie publicznej, a co ma zniknąć z sieci.
Prezydent sięgnął po literacką metaforę – "Rok 1984" George’a Orwella – i porównał konstrukcję ustawy do Ministerstwa Prawdy, w którym władza rozstrzyga, co jest faktem, a co "nieprawomyślną" opinią. Zwrócił uwagę, że zwykły użytkownik, który nie zgadza się z decyzją urzędnika, musiałby w ciągu 14 dni złożyć sprzeciw do sądu. W praktyce, przy natłoku spraw i skomplikowanych procedurach, dla wielu osób mogłoby to być niewykonalne.
Konkluzja głowy państwa była jednoznaczna: nie podpisze ustawy, która w jego ocenie wprowadza administracyjną cenzurę zamiast wzmacniać realną kontrolę sądową. Weto z 9 stycznia zatrzymało cały mechanizm na etapie krajowym – unijne DSA formalnie obowiązuje, ale polskie narzędzia do jego egzekwowania zostały wstrzymane.
Rząd i eksperci ostrzegają: bez nowych narzędzi przestępcom jest łatwiej
Zanim prezydent ogłosił swoją decyzję, o podpisanie ustawy apelowali specjaliści od bezpieczeństwa cyfrowego i organizacje zajmujące się ochroną dzieci. Wskazywali, że bez jasnych procedur, takich jak opisane w nowelizacji, państwo ma ograniczone możliwości reagowania na najbardziej drastyczne treści – od materiałów pedofilskich, przez zachęcanie do samobójstw, po brutalny hejt i zorganizowane kampanie dezinformacyjne.
Po wecie ton rządu stał się zdecydowanie ostrzejszy. Wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski stwierdził, że głowa państwa "zawetowała bezpieczeństwo w internecie", wystawiając polskie dzieci na większe ryzyko ze strony internetowych drapieżców.
W rządowej narracji ustawa miała przede wszystkim wzmacniać prawa użytkowników wobec platform – wymuszać przejrzystość algorytmów, ułatwiać zgłaszanie łamiących prawo treści i zmuszać globalne koncerny do realnej współpracy z polskimi instytucjami.
Bez tych narzędzi, argumentują zwolennicy nowelizacji, walka z hejtem, oszustwami, scamami finansowymi czy rosyjską propagandą będzie wolniejsza, mniej skuteczna i w większym stopniu zależna od dobrej woli samych platform.
Między Brukselą a Waszyngtonem. Gdzie leży interes Polski?
Wpis Toma Rose’a pokazuje geopolityczny wymiar sporu o cyfrową ustawę. Amerykański ambasador nie tylko bronił decyzji prezydenta, ale też jednoznacznie skrytykował unijne podejście, nazywając DSA pakietem "karnym" i "antyamerykańskim".
To dobrze współgra z interesami amerykańskich gigantów technologicznych, którzy od lat patrzą na europejskie regulacje z rosnącą nieufnością. Bruksela buduje system, w którym to platformy mają ponosić większą odpowiedzialność za to, co dzieje się w sieci. Waszyngton – przynajmniej na poziomie części elit politycznych i biznesowych – obawia się, że taki model stanie się wzorcem dla kolejnych państw i osłabi globalną pozycję firm z USA.

9 godziny temu
5





English (US) ·
Polish (PL) ·