Kwaśniewski naprawdę to powiedział o Świątek i polskich piłkarzach

3 tygodni temu 17

Rok temu nie było mocnych na Aleksandrę Mirosław, naszą jedyną mistrzynię olimpijską z igrzysk Paryż 2024. Dwa lata temu uznaliście, że najlepszym momentem roku w polskim sporcie był triumf siatkarzy nad Włochami 3:0 w finale ME 2023 w Rzymie. A teraz na Sport.pl ruszamy z trzecią edycją plebiscytu "Momenty Roku".

Nie pytamy was o najlepszego czy najbardziej popularnego sportowca Polski. Chcemy wiedzieć tylko i aż, co was, kibiców, najmocniej ucieszyło, co szczególnie przeżyliście, czym emocjonowaliście się tak bardzo, że będziecie to pamiętać już zawsze.

Jak zwykle redakcyjnie wytypowaliśmy dziesięć momentów. Ułożyliśmy je w porządku chronologicznym – niżej w sondażu możecie wybrać swój moment. Każdy z momentów będziemy w najbliższych dniach przypominać, będziemy o nich rozmawiać z naszymi znakomitymi gośćmi, którzy podzielą się swoimi wspomnieniami, spostrzeżeniami i typami.

Łukasz Jachimiak: Powie pan, że momentem roku 2025 w polskim sporcie był triumf Igi Świątek na Wimbledonie, czy postara się pan być bardziej oryginalny?

Aleksander Kwaśniewski: Tu się nie ma co starać być oryginalnym. Tu nie chodzi o wygranie po prostu jednego z turniejów wielkoszlemowych. Tu jest mowa o wygraniu Wimbledonu, turnieju największego ze wszystkich. Moim zdaniem tym triumfem Iga Świątek na zawsze zapewniła sobie miejsce w historii. Nawet jeżeli coś takiego zdarzy się tylko jeden raz w życiu sportowca, to i tak już daje temu sportowcowi miejsce w historii. To jest ogromny sukces, w sensie rezonansu międzynarodowego nieporównywalny niemal z niczym. A przecież jednocześnie to był sukces niespodziewany. I również dlatego taki przyjemny, że nieoczekiwany. Gdy Iga wygrała Wimbledon, zastanawiałem się z czym takie zwycięstwo mogłoby ewentualnie przegrać. Uważam, że jedynie z mistrzostwem świata w piłce nożnej. Czyli z czymś, co się odbywa tylko raz na cztery lata. Natomiast w porównaniu z wydarzeniami corocznymi na równi z wygraniem Wimbledonu postawiłbym chyba tylko zwycięstwo w Tour de France. Niestety, polskiemu sportowi coś takiego nie grozi.

Chyba jedyny raz groziło, gdy byłem dzieckiem – w 1993 roku trzecie miejsce w tym wyścigu zajął Zenon Jaskuła.

- To był wielki sukces, ale do zwycięstwa Jaskule było jednak daleko.

Pamiętam, że Miguel Indurain i Tony Rominger byli wyraźnie lepsi.

- Indurain był fantastyczny, wygrał Tour de France pięć razy. A na czas jeździł tak wspaniale, że nijak się go nie dało pyknąć.

Podkreślił pan, że Świątek wygrała Wimbledon niespodziewanie. Czy podziela pan opinię, że pomógł jej brak presji? Oczywiście Świątek miała bardzo trudne pierwsze pół roku, wtedy bardzo chciała wygrywać turnieje, w których była najlepsza w poprzednich sezonach i wtedy pojawiało się u niej sporo nerwowych reakcji wobec faktu, że osiągała wciąż dobre wyniki, ale nie tak dobre, jak chciała. Wimbledon był takim momentem, w którym oczekiwania i jej, i nasze, się obniżyły.

- Zgadza się. Ale Świątek wygrała Wimbledon przede wszystkim dlatego, że jest wielką zawodniczką. Gdyby nie umiała grać i nie była wśród dwóch-trzech najlepszych tenisistek świata, to żadnego Wimbledonu by nie wygrała. A zatem najważniejsze były jej talent i już również doświadczenie. Ale rzeczywiście zdjęcie presji pomogło. Możliwe, że ją presja paraliżuje nawet bardziej niż inne świetne tenisistki. Iga grała na luzie, nie obawiała się, że kolejna runda może być jej ostatnią, że turniej nagle się dla niej przedwcześnie skończy. To pomogło, tak.

Jesteśmy zgodni co do tego, że wimbledoński triumf Świątek to moment roku polskiego sportu, a czy jesteśmy również zgodni, że Świątek może nie zostać wybrana najlepszym polskim sportowcem 2025 roku w plebiscycie "Przeglądu Sportowego"? Mówiąc wprost: ja to sobie wyobrażam. A pan?

- Ja też to sobie wyobrażam, bo ten plebiscyt to jest bardziej przegląd popularności i sympatii niż dokonań. Tenis ciągle nie jest najbardziej popularną, taką ludową, dyscypliną w Polsce. Myślę, że przegrywa i z żużlem - jakby to dziwnie nie brzmiało - i z siatkówką. Dlatego myślę, że Świątek może tego głosowania nie wygrać. Ale to nie ma większego znaczenia. We wszystkich plebiscytach, gdzie rzeczywiście ceni się prawdziwą wartość osiągnięcia, ona wygrywa z ogromną przewagą. Natomiast tu mogę sobie wyobrazić, że wygra Bartosz Zmarzlik albo na przykład Wilfredo Leon.

Co do Zmarzlika – zgoda. Natomiast Leon moim zdaniem na zwycięstwo nie ma szans, bo brązowy medal siatkarzy na mistrzostwach świata powszechnie przyjęto bardziej jako zrealizowanie przez nich celu minimum niż jako sukces.

- Tak, zgadzam się. I generalnie sukcesów w naszym sporcie w mijającym roku prawie nie było. Brakowało mi ich bardzo choćby w lekkoatletyce. Drugi sukcesem sportowym, jaki bym wskazał - i to tak z duszą na ramieniu - jest to, że Jan Urban został trenerem piłkarskiej reprezentacji Polski. Jego przyjście do kadry uporządkowało sytuację i postawiło drużynę na nogi.

Też bardzo się cieszę z tego, co robi Jan Urban, ale apeluję: oddajmy co cesarskie cesarzowej wspinaczki, czyli Aleksandrze Mirosław. Mistrzyni olimpijska sprzed roku w tym sezonie miała mistrzostwa świata i znowu zdobyła złoto, znowu bijąc rekord świata. To był jej już dziesiąty rekord świata w karierze.

- Tak, zdecydowanie zrobiła swoje. Ale – żeby była jasność - w dyscyplinie, która jest silnie niszowa.

Nie za surowo? Tak samo powie pan o Klaudii Zwolińskiej, która po olimpijskim srebrze na mistrzostwach świata zdobyła dwa złota i brąz w kajakarstwie górskim?

- Powiem tak: ogromne gratulacje! Ale też powiem panu szczerze: zajmowałem się sportami olimpijskimi i wiem, że od dawna w kajakarstwie generalnie jest tak, że rok poolimpijski mamy bardzo dobry w dużej mierze dlatego, że zwycięzcy igrzysk wtedy odpuszczają. Myśmy się wiele razy karmili takimi sukcesami. I również tymi, które przychodziły w roku przedolimpijskim. A później na igrzyskach okazywało się, że inni właśnie na nie przygotowali się najlepiej i na igrzyskach zdobywaliśmy jeden medal albo dwa. Ale oczywiście Zwolińska jest wybitną zawodniczką. Ona już od dawna osiąga sukcesy, a teraz pokazała wyraźnie, że jest stabilna i że możemy na nią mocno liczyć w przyszłości.

Wspomniał pan o słabym roku polskiej lekkoatletyki, ale niewątpliwie zauważył pan Marię Żodzik, czyli uciekinierkę z Białorusi, która od niedawna reprezentuje Polskę i na mistrzostwach świata w Tokio wywalczyła jedyny medal dla naszej kadry, zdobywając srebro w skoku wzwyż. Pewnie orientuje się pan również, kim jest Władimir Semirunnij?

- Oczywiście wiem, że to uciekinier z Rosji, który zdobył dla Polski srebrny i brązowy medal mistrzostw świata w łyżwiarstwie szybkim.

Dodajmy, że niedawno zaprezentował kapitalną formę w Pucharze Świata - taką na olimpijskie złoto na 10 000 metrów. Dodajmy, że w plecaku nosi biało-czerwoną flagę, nauczył się słów "Mazurka Dąbrowskiego" i w lutym na igrzyskach olimpijskich chce go odśpiewać, stojąc na najwyższym stopniu podium.

- I bardzo ładnie. A nawet pięknie z jego strony.

Krótko mówiąc: ściska pan kciuki za sportowych uchodźców, których przyjęliśmy?

- Pamiętajmy, że kariery sportowców są bardzo krótkie i kruche. W związku z tym, jeżeli Polska tym uciekinierom dała szansę rozwoju, zdobywania medali, a oni się odwdzięczają taką właśnie bardzo propolską postawą, to myślę, że należy coś takiego nie tylko uszanować, ale wręcz cieszyć się z tego. Oni się nauczyli języka polskiego, swobodnie się tu komunikują i tu żyją. Mam nadzieję polubić ich tak bardzo, jak już lubię Wilfredo Leona. Zawsze na Wilfredo patrzę z wielką sympatią – na jego grę, na to, jak mówi po polsku, na to, że ma żonę Polkę, że jest tak bardzo spolszczony.

Wróćmy na lód. Czy tylko na nim, za sprawą Semirunnija, widzi pan polskie szanse na medale na igrzyskach Mediolan/Cortina d’Ampezzo? Czy znów czekają nas igrzyska mizerne, a po nich będziemy kolejny raz próbowali diagnozować, co złego się dzieje z polskim sportem?

- Niestety, będzie mizeria. Generacja tych, którzy zdobywali medale, kończy swoje kariery. To zrozumiałe, że nie są już w najwyższej formie i nie powinniśmy do nich mieć pretensji. Może jeszcze jakimś splotem nadzwyczajnych okoliczności uda się im coś zdobyć. Oby, ale wątpię. Natomiast myślę, że poza tym właśnie przysposobionym naszym zawodnikiem w łyżwiarstwie szybkim, trudno będzie nam mieć medalowe nadzieje. Sukcesy od czasu do czasu odnosili snowboardziści, ale na igrzyskach na pewno pójdzie mocno cała ta fala alpejska. My mamy sportowców ustabilizowanych w światowej czołówce, ale tej szerokiej. Przykładem Maryna Gąsienica-Daniel w narciarstwie alpejskim. Mamy komu pokibicować, ale – szczerze mówiąc – nie mamy kim straszyć świata.

Mówiąc o generacji tych, którzy zdobywali medale, a teraz kończą kariery, na pewno miał pan na myśli skoczków narciarskich, zwłaszcza Kamila Stocha. A zauważył pan Kacpra Tomasiaka? Czy może po słabych poprzednich sezonach przestał pan oglądać skoki?

- Nie, nie, nie przestałem. To bardzo dobrze, że pojawił się utalentowany 18-latek, który zdaje się być psychicznie przygotowany. Było widać w Wiśle, że nie przestraszył się wysokiego piątego miejsca po pierwszej serii. Oby w nim była nasza przyszłość. Polska potrzebuje, żeby utrzymać zainteresowanie skokami i Polska jest potrzebna, żeby w ogóle uratować skoki w świecie, bo myślę, że to jest schyłkowa dyscyplina. Wraz ze zmianami klimatycznymi będzie coraz trudniej znajdować organizatorów, miejsca i terminy. To zawsze była dyscyplina opanowana przez kilka państw, ale wśród nich była Polska. Gdyby Polska wypadła z tego grona, to skończyłyby się piękne zawody w Wiśle i w Zakopanem, a wszyscy wiemy, jak wyglądają zawody choćby w Finlandii, gdzie przychodzi dziesięć osób na krzyż.

Słyszałem, że na Zakopane sprzedało się na razie tylko sześć tysięcy biletów [taki był stan na 10 grudnia, czyli w dniu tej rozmowy], a przecież tam i w sobotę, i w niedzielę powinno być po 15 tysięcy widzów. To będzie pożegnanie Stocha z jego domową skocznią.

- Sześć tysięcy to już jest coś, a będzie więcej, myślę, że do dziesięciu tysięcy dojdziemy. Polacy lubią skoki, bo to jest taka dyscyplina ludowa, fajna w oglądaniu, towarzyska. Oczywiście sporo zależy od pogody, ale jeżeli nie będzie marna, to publiczność na pewno dopisze. Choć generalnie skoki narciarskie przez te wszystkie innowacje regulaminowe i sprzętowe stają się taką dyscypliną mocno sekciarską.

Przeskoczmy jeszcze raz do Jana Urbana – myśli pan, że wniósł do reprezentacji tyle, że ona przejdzie dwustopniowe baraże i awansuje na mundial?

- Patrzę na to spokojnie, bo jeżeli chcemy wystąpić z jakimś pomysłem na mundialu, to te mecze, choć niełatwe, trzeba wygrać. Jakich zawodników ma Urban, wiemy. Nikt nowy się nie urodzi, może jedna-dwie osoby dojdą z kadry młodzieżowej, głównie myślę tu o Oskarze Pietuszewskim z Jagiellonii. Kadra jest mniej więcej znana, pytanie w jakim będzie stanie zdrowia. Moim zdaniem to jest kadra na przejście tych baraży. Ale jak ich nie przejdziemy, to nie płaczmy, bo to będzie oznaczało, że po prostu do występu na mundialu nie byliśmy gotowi.

W takim przypadku prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej Cezary Kulesza może nie przedłużyć umowy z Janem Urbanem.

- To byłby błąd. Urban był wybitnym piłkarzem, dzięki czemu nie ma kompleksów wobec tych gwiazdorów, którzy przyjeżdżają na zgrupowania. Jako trener też nie powinien mieć kompleksów, bo przez lata już udowodnił, że zna się na robocie. A jednocześnie to, co w nim jest niezwykle przekonywujące i ujmujące, to to, że jest człowiekiem zdrowego rozsądku. Ja rozumiem, co on mówi, ja rozumiem jego argumenty, ja nie widzę u niego napinania muskułów, on nie udaje, że posiada jakieś metafizyczne umiejętności. To jest dobry, sprawdzony trener, który moim zdaniem ma duże szanse na to, żeby nas wprowadzić na mistrzostwa świata. Ale jeżeli mu się nie uda, to trzeba dać mu szansę, żeby pracował w dłuższym wymiarze, jeszcze kilku lat. To odpowiedni człowiek, żeby przeprowadzić reprezentację przez to, co nieuniknione, czyli przez wymianę pokoleniową.

Moment Roku 2025 w polskim sporcie możecie wybierać w poniższym sondażu od 22 do 30 grudnia. W ostatni dzień roku, 31 grudnia, przedstawimy wyniki plebiscytu.

Przeczytaj źródło