Blady strach padł na dyktatorów mających na pniu z Waszyngtonem. Stojący na czele reżimów w Ameryce Łacińskiej, na Bliskim Wschodzie a także w Europie Wschodniej zaczęli nerwowo oglądać się przez ramię, pytając swoich dworaków: czy to ja będę następny?
Porwanie wenezuelskiego dyktatora Nicolasa Maduro to nie jest żaden dramatyczny zwrot w polityce zagranicznej USA, tylko powrót do starych zimnowojennych praktyk. Rosjanie nigdy nie porzucili przecież wspierania zaprzyjaźnionych reżimów ani prób obalania legalnych rządów, ciążących ku Zachodowi. Dlaczego więc Waszyngton nie miałby wrócić do metod, które w czasach zimnej wojny sprawdziły się jako skuteczne narzędzie powstrzymywania wpływów chińskich czy rosyjskich?
Nie jest przypadkiem, że Rosjanie wpadli w panikę, oglądając skutki brawurowej operacji amerykańskich sił specjalnych w Wenezueli: Władimir Putin zaszył się z okazji prawosławnego Bożego Narodzenia w skromnej kapliczce w niewymienionych dla bezpieczeństwa z nazwy koszarach GRU gdzieś w okolicach Moskwy. W otoczeniu wiernych oficerów czuł się pewnie bezpieczniej niż Maduro w swojej własnej sypialni.
Nie oznacza to oczywiście, że Donald Trump porzuci nagle swoje nastawienie do Putina i wyśle siły Delta na Kreml.
Sygnał dla Moskwy jest jednak czytelny: skoro nie da się dogadać po dobroci, może wybicie zębów kolejnym zaprzyjaźnionym z Kremlem reżimom pomoże Rosjanom w pójściu po rozum do głowy?Zwłaszcza, że przy tej okazji można upiec kilka innych pieczeni, a okoliczności są niezwykle sprzyjające. Bo w niektórych przypadkach nie trzeba nawet specjalnego zaangażowania Waszyngtonu. Taki na przykład reżim irański, jeden z głównych filarów nowej osi zła, składającej się z Moskwy, Teheranu i Pekinu, już sprawia wrażenie, jakby zapadał się pod własnym ciężarem.
Kres ajatollahów?
© ℗
Materiał chroniony prawem autorskim.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.







English (US) ·
Polish (PL) ·