Antoni Pawlicki przez lata był jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Telewizji Polskiej. Gwiazda „Czasu honoru”, aktor związany z wieloma produkcjami TVP, dziś otwarcie mówi o lojalności, która – jak przyznaje – okazała się jednostronna. W książce Beaty Biały „Męskie gadanie 2”, wyd. Rebis, wraca do momentów, które zmieniły jego życie zawodowe i prywatne. Publikujemy pełny fragment tej rozmowy.
Antoni Pawlicki i Telewizja Polska – lata lojalności
Antoni Pawlicki w wywiadzie podkreśla, że przez lata utożsamiał się z Telewizją Polską. To tam realizował najważniejsze projekty, tam powstawały seriale, które oglądały miliony widzów. Jak mówi, gdy miał wybór między projektem w innej stacji a propozycją z TVP – wybierał TVP. Bywał na ramówkach, promował produkcje, angażował się w życie stacji.
Jednocześnie przyznaje, że z czasem pojawiły się sygnały, by nie ujawniać publicznie swoich poglądów. Mówi o dokumentach zawierających zapis zakazujący wypowiadania się na tematy publiczne pod pretekstem „ochrony instytucji”. Tego dokumentu – jak podkreśla – nie podpisał.
„Echo serca” i nagłe zakończenie produkcji
Jednym z kluczowych momentów była sytuacja na planie serialu „Echo serca”. Ekipa wróciła na plan po pandemii. Drugi dzień zdjęciowy – i nagle koniec. Producent z ramienia stacji miał pojawić się na planie i ogłosić zakończenie produkcji. Bez rozmowy, bez wyjaśnień.
Formalnie – jak przekazano – umowa wygasła. Jednak, jak relacjonuje aktor, powrót na plan był uzgodniony, a produkcja miała być kontynuowana. W jego ocenie był to moment przełomowy.
Czytaj też: Rzadko mówią o swojej relacji, teraz zaskoczyli wyznaniem. Przyznali, co im pomogło umocnić miłość
Listopad 2020 r. – Warszawa i zatrzymanie ciężarówki
Szerszy kontekst to wydarzenia z listopada 2020 r., gdy Antoni Pawlicki na ulicach Warszawy zatrzymał ciężarówkę z hasłami pro-life. Relacjonował zdarzenie w mediach społecznościowych. W kolejnych wywiadach mówił o fali hejtu i groźbach śmierci, które – jak twierdził – otrzymywał od „obrońców życia”.
W TVP wyemitowano program publicystyczny, w którym – jak relacjonuje – poświęcono mu dwadzieścia minut krytycznego materiału. Oskarżono go m.in. o utratę honoru.
Wątek zawodowy szybko przeniknął się z prywatnym. Brat aktora publicznie skrytykował jego działania w mediach społecznościowych.
ZOBACZ TEŻ: Pokazała obłędne kadry z ukochanym mężem. Agnieszka Więdłocha nie spodziewała się takiej reakcji fanów
View oEmbed on the source websiteFragment wywiadu z książki Beaty Biały „Męskie gadanie 2” (wyd. Rebis)
Byłeś lojalny wobec miejsca, które cię stworzyło. Co się dzieje, gdy instytucja, której ufałeś, przestaje być wierna wyznawanym
przez ciebie wartościom?
Można powiedzieć, że przez lata byłem „twarzą” Telewizji Polskiej. Zrobiłem tam najważniejsze rzeczy w mojej karierze – seriale, które oglądały miliony, które współtworzyłem z wiarą, że robię coś sensownego. I starałem się być wobec tej instytucji lojalny. Naprawdę. Kiedy miałem do wyboru dwa projekty – jeden z innej stacji, drugi z TVP – wybierałem TVP. Bywałem na ramówkach, promowałem projekty, dawałem z siebie wszystko, bo wierzyłem, że to ma sens. Tylko że lojalność bywa czasem jednostronna. I boli najbardziej wtedy, gdy nie chodzi już o wartości, tylko o układ. Dziewięć lat temu przyszła zmiana. Pamiętam, że wydawało nam się wtedy – aktorom, twórcom – że w XXI wieku nie jest już możliwe, żeby ktoś stracił pracę za poglądy. A jednak.
To się naprawdę wydarzyło?
Tak. Zostałem usunięty z serialu. Ale nie tylko ja. Cały zespół ludzi, który tworzył Echo serca – wspaniały, profesjonalny zespół – został rozbity. Wróciliśmy na plan po pandemii. Drugi dzień zdjęciowy. I nagle – koniec. Producent z ramienia stacji pojawił się na planie i bez słowa kazał wszystkim iść do domu. Koniec produkcji. Bez rozmowy. Bez szacunku.
Złamano zasady współpracy, kontrakt?
Formalnie powiedziano, że umowa wygasła. Ale przecież była pandemia – wiedzieliśmy, że wracamy, że to jest uzgodnione, że kontynuujemy. Tymczasem – koniec. Pamiętam, jak producent wyszedł do nas i rozkładał ręce. To była brutalna decyzja. Mafijna wręcz. Z dnia na dzień wsadzano „swoich ludzi”, bez względu na jakość, ciągłość, odpowiedzialność.
Czy czułeś wtedy, że lojalność wobec siebie ma cenę?
Tak. Dawały się odczuć wcześniej pewne „sygnały”. Że może nie warto wypowiadać się publicznie. Że lepiej nie ujawniać poglądów. Że milczenie się opłaca. Próbowano nam nawet wręczyć umowy z zapisem, że nie wolno nam się wypowiadać na tematy publiczne – pod pretekstem „ochrony instytucji”. I wtedy po raz kolejny wróciłem do tej lojalności wobec siebie. Bo jeśli człowiek rezygnuje z głosu, z prawa do wyrażenia siebie – to właściwie w jakim miejscu jeszcze jest? W jakim świecie? Dla mnie to było niepojęte. I nadal jest.
Nie wszyscy by tak postąpili.
Może. Ale ja nie potrafię inaczej. Lojalność nie polega na uległości. Nie jestem przeciwko lojalności wobec ludzi czy instytucji, jeśli idzie ona w parze z wartością. Ale jeśli zaczyna oznaczać cenzurę, koniunkturalizm, knebel w ustach, to wtedy staje się czymś innym. Zdradą siebie.
Czy lojalność wobec instytucji ma granice? Co jeśli ręka, którą całe lata wspierałeś, nagle cię uderza?
Jest takie powiedzenie: nie kąsa się ręki, która karmi. I może rzeczywiście jest w tym jakaś mądrość, ale nie wtedy, gdy ta ręka zaczyna działać wbrew wszystkiemu, w co wierzysz. Wtedy musisz wybrać. Dla mnie to nie był wybór z kalkulatorem w ręku, ale z sercem. Instytucja, z którą się utożsamiałem przez lata – Telewizja Polska – zaczęła działać w sposób, który był dla mnie absolutnie nie do zaakceptowania. Wtedy, gdy po raz pierwszy zaczęto mówić, że ktoś może stracić pracę za poglądy, wydawało mi się to 256 niemożliwe. Naiwność? Może. Dziś już wiemy, że to się po prostu działo. Dano nam do podpisania dokumenty, które de facto kneblowały usta. Zakazy wypowiadania się publicznie, wyrażania poglądów, które mogłyby rzekomo szkodzić instytucji. Nie podpisałem. I wiem, że potem ten zapis został wprowadzony do wszystkich nowych umów – jakby normalizowano autocenzurę. A potem przyszło coś, co nie wynikało tylko z lojalności wobec moich poglądów, ale z impulsu serca. Moja żona była wtedy w ciąży, wielu naszych bliskich mierzyło się z dramatami związanymi z utratą dziecka. To była rzeczywistość, która otwierała serce i oczy. I w tym momencie na ulicy pojawia się ciężarówka oblepiona agresywnymi hasłami, obrazami, które ranią, które odbierają człowiekowi godność. Mówi: Jesteś mordercą. Bo życie cię przerosło. Bo twoje ciało nie udźwignęło.
I wtedy reagujesz.
Tak. Nie miałem planu. To było czyste, ludzkie, obywatelskie wzburzenie. Obok tej ciężarówki stał chłopak na rowerze, próbował ją zatrzymać. Kierowca, przebrany w mundur, wyskoczył i zaczął go szarpać. Nie wiedząc, co robić – wyciągnąłem telefon. Włączyłem transmisję na Instagramie. Bo jak nie wiadomo, co zrobić, trzeba przynajmniej dać świadectwo. Ten jeden gest wywołał lawinę. Fala nienawiści, brutalny hejt, życzenia śmierci, groźby wobec mnie, mojej żony, mojego dziecka. Zdjęcia, komentarze, manipulacje. Nie zgłaszałem tego, choć mam to wszystko udokumentowane. Byłem zszokowany, ale jeszcze bardziej poruszony tym, co stało się potem.
Telewizja, z którą byłeś przez lata związany, odpowiadała paszkwilem.
Tak. Wysokiej oglądalności program publicystyczny poświęcił mi dwadzieścia minut. Dwudziestominutowy atak. Oskarżono mnie o utratę honoru, o zdradę. Aktor z Czasu honoru, który ten honor rzekomo stracił, bo... zatrzymał ciężarówkę. Bo dał się porwać emocji. Bo, według nich, zrobił to dla popularności. Dla lajków.
Jakby całe twoje życie, wybory, wartości zostały zredukowane do klikalności.
Tak. I co gorsza, nie zatrzymano się na tym. Bo lojalność – nie tylko wobec instytucji – została wystawiona na jeszcze cięższą próbę. Mój brat. Rodzony brat. Publicznie mnie skrytykował i zhejtował. Ostro, bo on tak jak inni prawicowcy zwyczajnie gardzi artystami. Nazywa nas prostytutkami medialnymi, patoelitą i tym podobnie. I wtedy poczułem coś, czego nie potrafię do końca nazwać. Rozpad? Rozdarcie? On był lojalny wobec swoich poglądów. Tak samo jak ja wobec moich. Tylko że jego lojalność wygrała z rodziną. Z bratem. I to boli. Bo moim zdaniem w tym jednym miejscu lojalność wobec siebie ma granice. W momencie, kiedy w imię lojalności wobec swoich poglądów atakujesz własnego brata. W tym jednym miejscu. I mam mu to za złe. Ja nie posunąłem się do tego, żeby zaatakować go publicznie, ani wtedy, ani teraz. Chociaż zgodnie ze swoim sumieniem mógłbym to zrobić, bo moim zdaniem to, co on wypisuje w internecie, to czysty hejt. Przynajmniej robi to pod swoim nazwiskiem, a nie pod jakimś nickiem. Tak czy siak, teraz już nic nie jest takie samo.

2 godziny temu
7







English (US) ·
Polish (PL) ·