Zostawione psy na mrozie. Polacy ruszyli na pomoc. Kontrowersje wokół schroniska pod Radomiem

8 godziny temu 6

Schronisko "Kocham Psisko" w Mąkosach Nowych w gminie Jastrzębia pod Radomiem (woj. mazowieckie) działało od 2018 roku i - jak mówi jego właściciel - pomogło w znalezieniu domów dla ok. 2 tys. zwierząt. Z końcem 2025 roku placówka została zamknięta. Powód? Finanse. Właściciel o kłopotach informował od lipca i podejmował intensywne działania, by jak najszybciej znaleźć domy dla swoich podopiecznych - w promocję adopcji zaangażował m.in. Kanał Zero, prowadził media społecznościowe, organizował zbiórki internetowe na karmę oraz leki. "Zwracamy się z ogromną prośbą do organizacji, fundacji, stowarzyszeń, wolontariuszy oraz osób prywatnych - dziś naprawdę liczy się każda pomoc. Schronisko, w którym przebywają te psy, jest w trakcie likwidacji i wraz z końcem roku kończy działalność. Czasu zostało dramatycznie mało, a około 280 psów wciąż nie ma dokąd pójść. To nie są liczby - to konkretne psy, z historiami, emocjami i ogromną potrzebą bliskości człowieka. Mimo starań nie udało się znaleźć domów wszystkim podopiecznym. Te psy wciąż czekają z wielką nadzieją" - czytamy we wpisie udostępnionym w grudniu. Dopiero teraz, gdy za oknem siarczyste mrozy, do schroniska zaczęli przyjeżdżać ludzie z całej Polski. Wszystko za sprawą wpisu posła Lewicy Łukasza Litewki i apelu Dody. 

W schronisku było 260 psów, obecnie bez domów lub innego schronienia jest 80 psów

"Mężczyzna pozostawił ponad 200 psów (obecnie przebywa w szpitalu) z jednym wolontariuszem, który nie ma możliwości pomóc zwierzętom. Wiem, że w całej Polsce jest straszny mróz, ale w większości placówek wolontariusze robią, co mogą, by psiaki były zabezpieczone. Pod Radomiem to nie chwyt pijarowy czy gra na emocjach, te psy zamarzną. Mieszkańcy na własną rękę starają się dostarczyć im wodę i ciepły posiłek. Proszę zaufane grupy lokalnych wolontariuszy o natychmiastowy kontakt - przeznaczam wszystkie potrzebne środki na karmę, wodę, transport" - poinformował w mediach społecznościowych poseł Łukasz Litewka. 

Zobacz wideo Policjanci interweniowali w sprawie znęcania się nad zwierzętami. Mężczyźnie grozi do 5 lat więzienia

Apel przyniósł efekty. W schronisku było 260 psów, a w poniedziałek 12 stycznia bez domu stałego, tymczasowego lub innego schronienia w fundacjach czy schroniskach pozostało 80 zwierząt. Pierwszeństwo w adopcjach miały zwierzęta, które wymagały pilnej pomocy. Jak relacjonują fundacje i organizacje pomocowe, około 40-50 z nich było zaniedbanych. - Część psów była odwodniona, przemarznięta, w miskach nie było wody, bo zamarzała. Na miejscu nie ma bieżącej wody. Wywozimy stąd psy w najgorszym stanie - komentował w mediach społecznościowych przedstawiciel Pogotowia dla Zwierząt Grzegorz Bielawski. - Skala zaniedbań jest i była bardzo duża. Dzisiaj nie skupiamy się na właścicielu, teraz liczy się realna pomoc tym zwierzętom - kontynuował. - Rozważamy złożenie doniesienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Psy były w złym stanie. Schronisko miało wyposażenie, ale nie miało opieki. A to nie to samo - dodał. 

Co mówią o właścicielu schroniska? "Był bardzo oddany temu miejscu"

Schronisko "Kocham Psisko" miało podpisane umowy na odławianie i odbieranie psów z kilkoma okolicznymi gminami, w tym z Jastrzębią. W grudniu ubiegłego roku powiatowy lekarz weterynarii Grzegorz Zaborowski wydał zakaz przyjmowania kolejnych zwierząt do schroniska. Jednak Robert Piątek tej decyzji nie odebrał. - Nie mamy zwrotnego potwierdzenia odbioru, a decyzja wchodzi w życie właśnie z chwilą jej odebrania. Formalnie więc nie obowiązuje - wyjaśnił "Gazecie Wyborczej" Grzegorz Zaborowski. Dodał również, że zwierzęta były w dobrym stanie, nie było zagrożenia dla ich życia. - Ale osób do opieki nad zwierzętami było zbyt mało, była duża rotacja pracowników - dodał. 

- Zwierzęta były tam zaopiekowane. Miały karmę, wodę, pan Robert dostawił nowe boksy, leczył psy często na własny koszt. Był bardzo oddany temu schronisku i to go chyba zgubiło, bo nie odmawiał, gdy słyszał, że jest pies potrzebujący pomocy. Jednocześnie był ostrożny, jeśli chodzi o wydawanie zwierzaków do adopcji. Sprawdzał nowych właścicieli, stawiał im wymagania, więc siłą rzeczy adopcji nie było wiele - powiedział "Gazecie Wyborczej" Wojciech Ćwierz, wójt Jastrzębi. W rozmowie z dziennikarzami zapewnił, że monitorował sytuację. - Byłem na miejscu. Psy były zadbane na tyle, na ile pozwalały warunki. Nie widzieliśmy zagrożenia życia. Ale pomoc była potrzebna i zorganizowaliśmy ją, również we współpracy z OSP - dodał. 

Właściciel schroniska interweniuje. "Wybuchła w internecie niepotrzebna histeria"

Właściciel schroniska "Kocham Psisko" Robert Piątek uważa, że sprawa została nagłośniona w krzywdzący sposób, a zwierzęta nie były zaniedbane. - Tak naprawdę apelowaliśmy już wcześniej, ale bez efektu. Dopiero akcja posła Litewki i Dody przyniosła skutek. Mam żal do nich, bo mówili o złych warunkach w schronisku, a żadne z nich w nim nie było. Wybuchła w internecie niepotrzebna histeria - stwierdził w rozmowie z "Gazetą Wyborczą". Docenił jednak fakt, że akcja przyniosła realną pomoc zwierzętom. 

Do schroniska wciąż przyjeżdżają ludzie z całej Polski. Na miejscu jest także Robert Piątek, który miał  przebywać w szpitalu, jednak prawdopodobnie opuścił go na własne żądanie. "Powiedział, że psy wydaje max do 16:00. Potem koniec, bo będzie ciemno i psy będą się chowały do budy. Powiedział, że nie wyda psa w ciemno komuś, kto tego psa nie zna, nie wie, czy jest agresywny czy nie. Powiedział, że jutro od rana znów ludzie mogą przyjść adoptować psa" - napisał w najnowszym wpisie, opublikowanym w poniedziałek (12 stycznia), poseł Łukasz Litewka. "Nie oceniam, nie chcę nawet tego robić" - dodał.

Jak uratować zwierzę, które zamarza?

Psy uwięzione na łańcuchach, trzymane w nieocieplonych, często prowizorycznych budach, zamarzają, mając w miskach lód zamiast wody. Choć wyglądają na spokojne, walczą o przetrwanie. - Po pewnym czasie drżenie ustaje, bo kończą się zasoby energetyczne. Dochodzi do obkurczenia naczyń krwionośnych. Tkanki są niedotlenione, zaczynają reagować bólem. Włącza się oddychanie beztlenowe, powstaje kwas mlekowy. To jest bardzo silny ból - mówi w rozmowie z Onetem lek. wet. Kuba Letek, autor projektu "Weterynaria: instrukcja przetrwania". - Właśnie wtedy ludzie myślą: śpi, więc sobie radzi. A to już jest proces umierania. Zimna krew dopływa do serca, pojawiają się zaburzenia rytmu serca, potem zaburzenia układu nerwowego. Narządy wewnętrzne zaczynają przestawać działa - tłumaczy. Na końcu pojawia się "zasypianie". - Ale to już nie sen. To agonia - podkreśla. Lek. wet. Kuba Letek udostępnił w mediach społecznościowych zestaw zasad, które mogą pomóc uratować zamarzające zwierzęta.

Lek. wet. Kuba Letek zaznaczył, że zwierzę znalezione na mrozie zawsze należy traktować jako żywe. Jak wyjaśnił, w hipotermii dochodzi do skrajnego spowolnienia funkcji życiowych. "Hipotermia nie jest nagłym zdarzeniem, lecz procesem, który daje czas na reakcję. O tym, czy zwierzę przeżyje, najczęściej decydują pierwsze minuty: rozpoznanie zagrożenia, spokojne działanie, powolne ogrzewanie i obowiązkowe przekazanie pacjenta lekarzowi weterynarii" - czytamy.

Przeczytaj źródło