Zginęła przed swoim domem, na oczach męża i córki. "Pozwolisz, że krasnoludek dotrzyma towarzystwa królewnie?"

2 miesięcy temu 36

Halina była konduktorką PKP na trasie Świdnica–Wrocław, kiedy poznała Antoniego. On, student Politechniki Wrocławskiej, jechał odwiedzić rodziców. Niektórzy uważali, że to mezalians. Agnieszka nie była planowana, ale wtedy tak to się odbywało: ciąża oznaczała szybki ślub. Urodziła się w sierpniu 1972 roku. Antoni dostał pracę jako inżynier w fabryce pralek Polar. Matka zajmowała się domem, kilka lat później urodziła drugą córkę, która często chorowała.

Agnieszka

Matka się cieszyła, że Agnieszka zaczęła zarabiać. W ich domu nie było biedy, ale też się nie przelewało. Pieniądze zarobione przez Agnieszkę pozwalały podreperować budżet. Dostawała sto złotych za pokaz.

– Dziewczęta same się zgłaszały, nie było czegoś takiego jak skauting, że wyłapuje się je na ulicy. To było na tyle oryginalne i świeże, że cieszyło się powodzeniem. Teraz jest mnóstwo miejsc, dzięki którym można zostać modelką, a ja musiałem wszystko tworzyć od podstaw. Współpracowałem z baletmistrzem z Opery Wrocławskiej, który uczył dziewczyny, jak mają chodzić, podnajmowaliśmy makijażystki. Uroda musiała być akceptowalna, do tego poczucie rytmu. Bywało, że dziewczyna miała naturalny talent, by poruszać się z gracją – opowiada Konrad Wyrwas, założyciel KonArtu. Od dawna jest poza branżą, teraz zajmuje się nieruchomościami.

Zdziwił się, gdy do niego zadzwoniłam. Ale Agnieszkę pamięta, wyróżniała się.

– Zdecydowanie to była jedna z najładniejszych dziewczyn – mówi.

Uważał ją za indywidualistkę, która z nikim nie trzymała się bliżej. Ale też po pokazach wszyscy rozchodzili się w swoją stronę, dziewczyny musiały się uczyć, nie było szaleństw. – Albo ona, albo ktoś za nią bardzo mocno myślał o jej karierze – ocenia Konrad Wyrwas.

Uważa zresztą, że miała predyspozycje. – Dziś wszystko można stworzyć, wtedy liczyła się uroda. Oczywiście wydobywało się atuty makijażem czy strojem, ale teraz można kogoś od początku wymyślić i wykreować, ostrzykując, powiększając, modelując. A Agnieszka była naturalnie piękna.

Matka podpytywała o angaż dla niej, gdzie się dało. Roman Ziaja nie pamięta, kiedy dokładnie spotkali się po raz pierwszy. Ale na pewno na początku lat dziewięćdziesiątych, on pełnił wtedy funkcję prezesa Dolnośląskiej Izby Gospodarczej i intensywnie działał w biznesie. Interesowały go nieruchomości, ale nie tylko. – Wszędzie mnie było pełno i dużo osób się do mnie zgłaszało. Nie umiem sobie przypomnieć szczegółów tego pierwszego spotkania, na pewno Agnieszka przyszła z matką. Prowadziłem dużą firmę odzieżową i reklamowaliśmy się na pokazach mody. KonArt już wtedy zawiesił działalność i pojawiła się propozycja, żebym ja coś takiego organizował. Agnieszka później rzeczywiście dla nas kilka razy pracowała – mówi Roman Ziaja.

Spotykamy się w restauracji hotelowej w centrum Wrocławia. On wybiera miejsce, tłumaczy, że jeździ na wózku, a tam jest wygodne wejście, poza tym spotkanie musi dopasować do grafiku brata, który mu asystuje. I ciągle jest zajęty, prowadzi agencję modelek SPP Models, którą założył w 1997 roku.

Agnieszkę wspomina bardzo dobrze.

– To dziecko było absolutnie piękne i do tego stonowane, spokojne, kochane, dobre. Myślę, że jakoś intuicyjnie sprzyjamy takim ludziom. Nigdy nie marudziła, zawsze grzeczna, bardzo uprzejma. Faktem jest, że mało mówiła, była zamknięta w sobie. Myślę o niej z nostalgią, nie pamiętam żadnych rys, to dla mnie taki obraz bez skazy. Zasługiwała na mnóstwo pozytywnych epitetów. Była w niej niesamowita łagodność i miała klasę. Piękny człowiek. Uroda, to oczywiste, ale też wnętrze. Dziewczyny o takich cechach zdarzają się w agencji raz na parę lat. To naprawdę jest rzadkość – mówi Ziaja.

Na chwilę się zamyśla i dodaje: – Gdybym z wiedzą, jaką mam teraz, spotkał tamtą Agnieszkę, myślę, że moglibyśmy razem zrobić coś naprawdę dużego.

Tamtej Agnieszce matka załatwiała kolejne zlecenia: prezentowanie sukni ślubnych, targi, pojawiła się też propozycja reklamowania perfum w Austrii. Wycinek z gazety z informacją o konkursie miss podsunął im znajomy. – Fajna z niej dziewczyna, ma szansę – powiedział, a matki wcale nie trzeba było przekonywać. Wierzyła, że tytuł otworzy nowe drzwi. Agnieszka akurat kończyła osiemnaście lat, mogła się zgłosić.

– Nie garb się – strofowała ją matka. Kazała jej polewać biust naprzemiennie zimną i ciepłą wodą, żeby był jędrny. Zwłaszcza że był dość spory. Dobrze, że Agnieszka bez problemu trzymała linię, żadne jedzenie jej nie szkodziło. Nie potrzebowała nawet makijażu, cera gładka. Dla Agnieszki te wszystkie procedury to była męczarnia. Najbardziej nie lubiła polewania ciepłą i zimną wodą. Ale matka powtarza: – Masz piękne ciało, musisz o nie dbać.

Krasnoludek

Widzi ją przez okno sklepowej wystawy w styczniu 1991 roku. Ma śnieżnobiałą suknię ślubną z falbanami. W salonie Le Mirage na Świdnickiej trwa pokaz. Dziewczyn jest sporo, ale Jerzy patrzy tylko na nią. Spiker mówi: – Agnieszka Kotlarska.

Wygląda jak anioł. Piękna, delikatna, inna niż wszystkie. Myśli, że on też musiał zwrócić jej uwagę. W czerwonej kurtce i biało-niebieskiej czapce z żółtym pomponem rzuca się w oczy. Jerzy czuje, że ich spojrzenia się spotykają. Później czyta o tym pokazie w gazecie, ona uczy się ponoć w X Liceum we Wrocławiu, to niedaleko jego domu, jego matka jest tam nauczycielką, uczy się tam też jego brat. Chodzi pod szkołę, ale jej nie spotyka. Nie wie, gdzie mieszka, a bardzo chciałby wiedzieć. Wtedy mógłby z nią porozmawiać i bliżej ją poznać. Wpada na nią przypadkiem, na targach informatycznych w Hali Ludowej. Jest hostessą przy stoisku komputerowym, rozdaje klientom uśmiechy. Wokół tłum. Chce, żeby go zauważyła.

Ubrany jest tak samo, musi go pamiętać. Jerzy czuje, że Agnieszka zatrzymuje na nim wzrok. "Przeznaczenie" – myśli.

Do końca dnia kręci się po hali, komputery już go nie interesują. Czeka, aż ona skończy pracę. Wtedy będzie mógł zagadać. Stoi na zewnątrz, obserwuje drzwi, nie da się go przeoczyć. Ale ona wychodzi przytulona do jakiegoś mężczyzny. Jerzy widzi, że on mocno ją obejmuje i prowadzi do auta. Stają przy ciemnym volkswagenie. Wydaje mu się, że ten facet na niego patrzy, ale ważniejsza jest ona. Jerzy czuje, jak po raz kolejny ich spojrzenia się spotykają. Ale tamten zaraz otwiera drzwi i odjeżdżają.

Jerzy się nie poddaje, chodzi pod szkołę. Raz, drugi sterczy pod płotem, ale jej nie spotyka. Jest początek kwietnia 1991 roku, kiedy w końcu się udaje. Idzie za nią do autobusu. Agnieszka wysiada niedaleko, ledwie dwa przystanki dalej, na Obornickiej. On za nią. Są sami. Wreszcie może do niej zagadać.

– Pozwolisz, że krasnoludek dotrzyma towarzystwa królewnie? – pyta.

Krasnoludek, bo tak wygląda w tej kolorowej czapce z pomponem. Już ciepło, nie nałożył jej tego dnia, ale przecież Agnieszka musi go pamiętać. I znów jest ubrany kolorowo. Według niego ona nie ma nic przeciwko rozmowie. Pyta ją o szkołę, co odpowiada Agnieszka, nawet później nie pamięta. Ale będzie mówił, że rozmawiali. Skręca za nią w stronę osiedla, przechodzą alejkami między kolejnymi blokami. Twierdzi, że Agnieszka powiedziała mu, gdzie mieszka. Widział, za którymi drzwiami znika. Jerzy chwilę odczekuje i sprawdza nazwiska wypisane na domofonie.

"Halina Kotlarska to pewnie matka" – myśli. Oblicza, że mieszkają na ósmym piętrze. Tak bardzo cieszy się, że mógł ją odprowadzić, porozmawiać. Nie umówili się na kolejne spotkanie, ale jest pewien, że jeszcze się zobaczą. Już wie, gdzie mieszka. A z przystanku koło jej szkoły jeździ nawet autobusem numer 116 do pracy w urzędzie miejskim. Jest informatykiem. W 1987 roku skończył elektronikę na Politechnice Wrocławskiej. Zaraz po studiach odbył jeszcze szkolenie wojskowe i zaczął pracę w instytucie komputerowym Elwro. Podobało mu się tam, mógł się czegoś nauczyć. Ale Elwro zaczęło podupadać i stracił pracę. Zatrudnił się w urzędzie jako programista. Denerwowali go ci wszyscy urzędnicy w eleganckich garniturach, którzy na całe dnie znikali za drewnianymi drzwiami gabinetów. Prezydenta Bogdana Zdrojewskiego nawet nie widział. Czuł się wyrobnikiem. Wytrzymał trzy miesiące i przeniósł się do dzielnicowego Zarządu Budynków Mieszkalnych, gdzie przeprowadzano komputeryzację. Nic trudnego.

W pracy cenią go za umiejętności. Zawsze pomocny, wszystko potrafi zrobić. Nie nawiązuje przyjaźni, trzyma się z boku, stroni od plotek. Jak pytają go o kobietę, milknie. Denerwuje się, gdy pytają, kiedy sobie znajdzie żonę. Ślub, dom, dzieci – o tym nie marzy. Ale chciałby być z kimś blisko, dzielić się codziennością.

Nie może przestać myśleć o Agnieszce, ciągle czuje jej obecność. Jakby była jego cieniem, wszędzie za nim chodzi – cokolwiek by robił, widzi jej twarz. Ma nadzieję, że znowu się spotkają. Mógłby zapytać o nią brata, ale chociaż są blisko, nigdy nie rozmawiają o dziewczynach. A to, co jest między nim a Agnieszką, jest wyjątkowe. Nie do opowiadania. Szuka okazji, żeby ją spotkać. Po pracy chodzi pod szkołę, ale zwykle prawie nikogo już tam nie ma. Jest chyba maj, gdy znowu ją widzi. Idzie za nią na przystanek autobusowy.

Czy mówi: „Cześć, Agnieszka", nie jest nawet pewien. Ona nigdy nie zapytała o jego imię. Ale poznaje go na pewno. Podjeżdża jej autobus, ale ona nie wsiada, więc on też nie. Dopiero kiedy drzwi się już prawie zamykają, Agnieszka wskakuje do środka. Jerzy nie ma szans, może tylko patrzeć, jak odjeżdża. "Zrobiła to specjalnie, żebym nie zdążył wsiąść" – myśli i robi mu się przykro. Czuje się upokorzony. Ale zaraz mu przechodzi. Nie może mieć do niej żalu. Po prostu musi znaleźć inny sposób, żeby do niej dotrzeć. To tak jak w bajkach, zawsze są przeciwności, zanim królewna połączy się ze swoim wybrankiem. On, krasnoludek, tak łatwo się nie poddaje. Wyobraża sobie ich wspólną bajkę. To jego świat. Ma w domu całą kolekcję, czyta w oryginale.

A oglądać najbardziej lubi bajki Disneya. Potrafi cytować całe fragmenty. Nawet katalogi na komputerze nazywa imionami ulubionych postaci. Rodzice trochę się dziwią, że dorosły chłop tak przeżywa bajki, ale tłumaczą sobie, że co to komu szkodzi. I przecież język szkoli.

Do Agnieszki Jerzy pisze o krasnoludku. Ten z jego bajki to kosmita. Ona królewna, wiadomo. Ale krasnoludek z innego świata też może zasługiwać na jej uwagę. Wkłada ręcznie napisany list do koperty i śle na domowy adres.

Nie podaje swoich danych, między zdaniami szyfruje jedynie imię. Nie prosi też o spotkanie. Chce tylko, żeby zwróciła na niego uwagę. Jest później rozczarowany, bo nic się nie dzieje.

Ma już jej numer telefonu, znalazł w książce telefonicznej. Co jakiś czas dzwoni, licząc na to, że usłyszy jej głos. Ale to nigdy nie jest ona. Dlatego jest trochę zły, kiedy w końcu się spotykają. Szczególnie że nie tak to miało wyglądać.

Wyszedł pobiegać jak co dzień. Sport jest dla niego bardzo ważny. Lubi pływać, w weekendy jeździ w góry, zimą na narty. Kiedyś był rower. Jako nastolatek trenował nawet w grupie kolarskiej, ale czuł się tam odszczepieńcem, bo wszystkie chłopaki były z zawodówek, a tylko on z liceum. Szybko jeździł, nieraz się wywrócił. Kiedyś złamał rękę, wsadzili ją w gips. Bardzo źle się czuł, kiedy nie mógł trenować. Najgorszy wypadek miał na studiach. Wjechał z impetem w stojącą ciężarówkę i uderzył głową w asfalt. Stracił przytomność na trzy godziny, w szpitalu stwierdzono wstrząśnienie mózgu, spędził tam dwa tygodnie. A potem już nie chciał jeździć na rowerze. Zaczął więc biegać. Codziennie dwie godziny, czasem nawet cztery. Chciał przebiec maraton. Najpierw najważniejsze było dla niego to, żeby w ogóle dotrzeć do mety. Potem, żeby przebiec poniżej trzech godzin, w końcu udało mu się nawet zejść do dwóch czterdzieści. Kolejnym celem było dwie i pół godziny. Dzięki temu bieganiu nigdy nie chorował. I zajmowało głowę.

Kilometr jeden, drugi i nagle ją widzi koło parku Kasprowicza. On w tym dresie, a ona odstrzelona, w sukience i szpilkach. "Pewnie idzie na randkę" – myśli Jerzy. On się tak stara, a ona się stroi dla innego. Chociaż patrzy na niego tak, jakby chciała porozmawiać.

Teraz on nie ma ochoty. Truchta za nią, ale się nie odzywa. W końcu ją mija. Jeszcze tylko się obraca. Czuje, jak krew w nim buzuje, złość go ogarnia. Więc tylko biegnie przed siebie. Byle szybciej, byle dalej, chce się od tego wszystkiego uwolnić. Ale od Agnieszki uwolnić się nie da. Ma nad nim władzę, której nie można mierzyć zwykłymi miarami. Jakby miał ją zaszczepioną w głowie. W dodatku ciągle natyka się na informacje o niej.

***

Ten mężczyzna raz po raz czai się przy płocie obok szkoły i szuka jej wzrokiem. Agnieszka nie wie, kim jest i czego od niej chce. Ale wie, że jej się to nie podoba, ani on, ani to jego przeszywające spojrzenie. – Poczekasz na mnie? – prosi Anię. A kiedy przekraczają próg szkoły, odruchowo łapie ją za rękę. Stara się zawsze wychodzić z kimś, wtedy czuje się bezpieczniej.

– Długo nie wiedziałam, co się dzieje. Wydawała się podenerwowana, ale nie mówiła, o co chodzi. W końcu zwierzyła mi się, że jest taki mężczyzna, który za nią łazi – opowiada Anna.

Agnieszka wierzy, że ten człowiek nie zrobi jej krzywdy biały dzień na środku ulicy, choć kiedy idzie za nią do domu, przestaje być już tego taka pewna. Przyśpiesza kroku, ale on nie odpuszcza. Po wejściu do klatki biegnie na górę ile sił w nogach. Wpada do domu zdyszana i długo jeszcze nie może się uspokoić. Jest przerażona, bo on już wie, gdzie mieszka. Nie chciała wcześniej mówić o nim rodzicom, zresztą co miałaby powiedzieć? Że ktoś na nią patrzył? Ale to za dużo. – Ktoś mnie gonił. Chodzi za mną od dłuższego czasu, regularnie widuję go przed szkołą – opowiada, bo musi to już z siebie wyrzucić.

W dodatku niebawem przychodzi list. Nie jest podpisany, ale ona czuje, że to od niego. Jakieś głupoty o krasnoludku i księżniczce, a do tego jej portret, jest na nim nawet podobna. Komentują z rodzicami, że to jakiś wariat. Ale przecież wariatów nie można lekceważyć. Może za tymi głuchymi telefonami też on stoi? Chociaż matka myślała, że to Bartek, już kiedyś tak wydzwaniał.

– Nie powinnaś chodzić nigdzie sama – przestrzega ją matka. I pyta Romana Ziaję, czy on i jego brat mogliby odwozić Agnieszkę do szkoły. Mieszkają w pobliżu, mają po drodze do firmy, to dla nich żaden problem.

– Przyznaję, że ta prośba, żebyśmy wozili Agnieszkę do szkoły, wydawała nam się wtedy fanaberią, czymś nadmiarowym. Byłem w szoku, kiedy okazało się, jak bardzo się myliliśmy – mówi teraz Roman Ziaja.

Ona sama nigdy się nie skarżyła ani jemu, ani jego bratu. Agnieszka nie musi się już martwić, że spotka tego mężczyznę w autobusie, ale on i tak wciąż się gdzieś pojawia. Nic nie mówi, tylko na nią patrzy. A ją aż mrozi.

– Nie umiem teraz dokładnie powiedzieć, jak długo to trwało, ale pamiętam ten narastający strach. Agnieszka prawie o tym nie mówiła, w tych jej wielkich oczach widać było jednak przerażenie. I coraz mocniej się we mnie wczepiała, kiedy wychodziłyśmy ze szkoły – wspomina Anna. Agnieszka opowiadała jej, że ten mężczyzna przedstawia się jako krasnoludek, nic więcej nie potrafiła o nim powiedzieć, nie znała nawet jego nazwiska. Na jakiś czas krasnoludek odszedł jednak w zapomnienie.

Jarek

Pojawił się Jarek i to on zaczął wystawać za płotem, czekając po lekcjach na Agnieszkę.– Nie mógł się pokazać przed szkołą, wtedy to budziło duże kontrowersje, jeśli młoda dziewczyna spotykała się ze starszym mężczyzną – tłumaczy Anna. Pamięta, że Agnieszce błyszczały oczy, kiedy mówiła o Jarku. Choć, jak to ona, nie opowiadała zbyt wiele.

Jarek zawsze wiedział, że chce żyć inaczej. Napatrzył się na ojca, który wstawał o świcie, przygotowywał się do pracy, był w pracy, przychodził do domu, czytał gazetę, obejrzał dziennik, szedł spać. Ewentualnie jechał na działkę i uprawiał pomidory. I tak było całe życie: monotonnie. Zdecydowanie nie dla Jarka. On lubi się wyspać, ale przede wszystkim ceni swobodę. Matka opowiadała mu trochę o elitach. Była krawcową, zaczynała niedługo po wojnie. Jarek zaznacza, że miała renomę. Z dumą mówi, w jakim obracała się towarzystwie. Rodzice chcieli dla niego poważnego zawodu. Padło na prawo. Nigdy nie myślał, że będzie pracował jako prawnik, ale nie protestował: elitarny kierunek, będzie można nawiązać nowe znajomości.

Na studiach zajmował się nie tyle nauką, ile organizowaniem na przykład niedostępnych w sklepach rzeczy dla wykładowców. – Wszystko się załatwiało, od opon po sprzęt elektroniczny. W sklepach nic przecież wtedy nie było. A oni byli molami książkowymi, nie mieli takich znajomości. Oczywiście nie za darmo załatwiałem. Nie, nie, żadnych pieniędzy nie brałem, broń Boże, ani nie dawałem. Ale przychylniej patrzyli potem na egzaminach – opowiada Jarek.

Po studiach chciał się zająć tym na poważnie. Miał kontakty, mógł prowadzić sprzedaż na większą skalę. – Wtedy do użytku wchodziły magnetowidy. Każdy chciał mieć w domu własne kino, bo żelazna kurtyna, filmy tylko radzieckie, a zachodnie były pokazywane z paroletnim opóźnieniem. Myśmy tę niszę wykorzystali. Sprowadzaliśmy filmy z Zachodu, dubbingowaliśmy je i sprzedawaliśmy. Parę osób to robiło, zarabialiśmy kupę kasy. Oczywiście to było nielegalne, ale PRL, takie czasy, trzeba było sobie radzić. Przecież esbecy czy milicjanci też mieli magnetowidy i jakby nas pozamykali, nie byłoby filmów, więc przymykali oko i biznes się kręcił. Sprzedawało się kasety z filmami, poznawało się ludzi – wspomina Jarek.

Dobrze zarabiał i lubił się zabawić. Dyskoteki, dziewczyny, ciągnęło go do tego świata. Poznał właścicieli Piwnicy Świdnickiej w Rynku. Zapytali, czy chciałby zorganizować im imprezę. A potem kolejną i kolejną. Tak poznał wrocławskich artystów. Jednocześnie rozwijał swoją firmę. Nazwał ją Studio Wideo. Filmy dawały niezłe pieniądze, kupił samochód, mieszkanie, chciał więcej. Pojechał do Berlina na targi się rozejrzeć i tam pierwszy raz zobaczył duże ekrany wideo, mówili na nie telebimy. Sprowadził najpierw jeden i zaczął pracować przy imprezach. Poznawał coraz więcej ludzi. Trzymał się z kabareciarzami. Festiwal w Opolu, festiwal w Sopocie, koncerty dla Telewizji Polskiej, Kabaretony. Najbardziej zaprzyjaźnił się z Elitą. Przyjeżdżał do domu na parę dni, regenerował siły i dawaj w trasę.

Konkursy miss zawsze mu się podobały. "Takie fajne dziewczyny, kurczę, jak by się tam wkręcić?" - myślał. I przypadek. To był chyba 1987 rok. Organizatorzy Miss Polonia Jerzy Chmielewski i Jerzy Szamborski podpytywali akurat jego znajomego, czy nie zna kogoś, kto mógłby poprowadzić wybory na Dolnym Śląsku. Polecił Jarka.

– Boże, tam jakiś chyba czuwa i wysłuchał! – Jarek zgodził się od razu.

* * * * *

 "Miss. Zabójstwo Agnieszki Kotlarskiej" - premiera 12 listopada

Poruszający reportaż o cenie sławy, toksycznych relacjach i pragnieniu miłości, która czasem przybiera najstraszniejszą z możliwych form.

Sierpień 1996 roku. Agnieszka Kotlarska, Miss Polski 1991 i pierwsza Polka, która zdobyła tytuł Miss International, zostaje brutalnie zamordowana przed swoim domem we Wrocławiu. Zabójca zadaje jej śmiertelne ciosy nożem. W ataku ranny jest również jej mąż, wszystko odbywa się na oczach dwuipółrocznej córki.

To jednak nie jest prosta historia zbrodni z pierwszych stron gazet. Raczej opowieść o młodej kobiecie, która – choć do kariery modelki została popchnięta przez ambicję matki – właśnie stała przed życiowym przełomem. O dziewczynie, która kilkakrotnie w swoim życiu uciekała i kilkakrotnie wracała. O kobiecie, która wreszcie odnalazła szczęście w macierzyństwie, ale nie dane jej było się nim nacieszyć.

Ewa Wilczyńska dociera do nieznanych dotąd dokumentów, rozmawia z bliskimi Agnieszki oraz jej zabójcą. Odkrywa skomplikowane relacje rodzinne, kulisy świata mody lat dziewięćdziesiątych i mroczną obsesję sprawcy. Rekonstruuje ostatnie dni i godziny życia Agnieszki, przygląda się także śledztwu i procesowi sądowemu, w tle stawiając pytanie, czy tej tragedii można było uniknąć. Dociera również do córki, która opowiada o dorastaniu w cieniu lęku ojca o jej życie i zdrowie.

Link do strony wydawnictwa.

Ewa Wilczyńska, 'Miss. Zabójstwo Agnieszki Kotlarskiej'

Ewa Wilczyńska, 'Miss. Zabójstwo Agnieszki Kotlarskiej' WYDAWNICTWO AGORA
Przeczytaj źródło