Zepchnęli Polaków na margines. W końcu przełom. Czekamy już osiem lat

3 tygodni temu 22

Zawiązującym akcję momentem opartego na faktach filmu "Moneyball" jest scena, w której Billy Beane, prezes zawodowego klubu baseballowego, bierze udział w zebraniu skautów. Choć sugeruje im, by skupili się wyłącznie na zawodnikach, których średnia na bazie wynosi 364, gdy padają konkretne nazwiska, łowcy talentów mnożą problemy. O jednym mówią, że popala marihuanę, innego boli łokieć, któremuś wysiadły nogi, a jeszcze kolejny kiwa się jak kaczka. Beane ucina dyskusję, mówiąc, że interesuje go tylko to, jak często kandydaci zdobywają bazę. To główna oś konfliktu między starym, czyli skautami bazującymi na "nosie", a nowym, czyli analitykami podejmującymi decyzje na podstawie twardych danych.

Zobacz wideo Totalna degrengolada w Legii

"Moneyball", najpierw książka, potem film, stała się jedną z najbardziej nośnych i wpływowych koncepcji współczesnego sportu. Jako słowo-wytrych wyznaczało trendy kolejnym dyscyplinom sportu. Z opóźnieniem zawładnęło także futbolem i zatoczyło zaskakujące koło. Tobias Escher, pisarz i dziennikarz specjalizujący się w taktyce piłkarskiej, podczas niedawnej wizyty w popularnym niemieckim kanale "Bohndesliga", zwrócił uwagę na przypadek Kosowianina Leona Avdullahu, defensywnego pomocnika kupionego w lecie z FC Basel przez TSG Hoffenheim. 21-latek robi na swojej pozycji furorę w Bundeslidze, przodując w liczbie podań zdobywających teren. Niemiecki średniak kupił go w lecie za osiem milionów euro, co w niemieckich warunkach na nikim nie mogło zrobić wrażenia.

Przesyt danych

W dyskusji na temat zadziwiająco trafionych transferów Hoffenheim, Escher stwierdził, że najlepsze w nich jest to, że mógł je przeprowadzić dowolny inny klub. Znalezienie Avdullahu w lidze szwajcarskiej penetrowanej przez wszystkie niemieckie zespoły nie było szczególnym wyczynem. Bazyleę, gdzie grał, od Hoffenheim, dzieli tylko 250 kilometrów. Zdaniem eksperta sukces nie polegał na tym, by dowiedzieć się o jego istnieniu, bo – jak stwierdził – Avdullahu był znany wszystkim niemieckim działom sportowym, lecz by uwierzyć, że może robić to samo także na wyższym poziomie.

- Skauci widzieli świetne statystyki jego prostopadłych podań i wzruszali ramionami, że może je wykonywać, bo to tylko liga szwajcarska. Tymczasem w niemieckiej robi dokładnie to samo - stwierdził Escher. I w swoim wywodzie poszedł dalej, twierdząc, że kluby tak zafiksowały się na punkcie liczb, zwłaszcza dotyczących parametrów fizycznych, że przestały już zwracać uwagę na dobrych piłkarzy. - Jeśli ktoś nie wykona odpowiedniej liczby sprintów i nie wykręci odpowiednich prędkości, nie zostanie wypluty przez filtr, więc nikt nie weźmie go pod uwagę. Dochodzi do tego, że agenci sugerują piłkarzom, by w meczu wykonali określoną liczbę wbiegnięć za linię obrony. Nie dlatego, że to pomaga zespołowi, ale dlatego, że korzystnie wpływa na ich pożądane przez kluby indywidualne parametry – opowiadał. Najpierw skauci mylili się, bo kompletnie nie zwracali uwagi na dane. Dziś zaczynają się mylić, bo nie widzą nic poza nimi.

Bieganie ważniejsze od strzelania

To oczywiście tylko anegdota, ale podobne zjawisko zaczyna być widoczne także w Polsce. Kolejne kluby chwalą się tworzeniem precyzyjnych profili motorycznych na konkretne pozycje. Działają tak m.in. w Radomiaku, czy Cracovii, w której jednak w skali rundy przekonali się, że przechył w stronę zawodników świetnie biegających, skutkuje deficytami w grze z piłką przy nodze. Pionierem takiego działania na polskim rynku był jednak Raków Częstochowa, co szczególnie jaskrawe było w przypadku środkowych napastników. Marek Papszun zawsze uważał, że ważniejszy od liczby strzelanych goli jest pakiet cech, jakie wnosi do gry dany atakujący. Jeśli odpowiednio pracuje w pressingu, uniemożliwiając stoperom rywala granie piłek przez środek, wygrywa pojedynki i utrzymuje piłkę w atakowanej tercji, bramki są tylko dodatkiem. Jaskrawo było to widać na przykładzie Leonardo Rochy, czołowego strzelca ligi, który w Rakowie był tylko rezerwowym. Jesienią na wypożyczeniu do Zagłębia Lubin strzelił osiem goli, potwierdzając, że to akurat potrafi. W Częstochowie musieli dopiero wydać dwa miliony euro, by w Jonatanie Brunesie znaleźć napastnika łączącego wszystkie cechy wymagane przez Papszuna z umiejętnością strzelania goli.

Kopiowanie tego podejścia doprowadziło w Polsce do skrajności. O ile w przeszłości powtarzano, że napastników rozlicza się z goli, co niektórzy atakujący starszej daty interpretowali jako zachętę do obijania się bez piłki i unikania pracy w defensywie, o tyle w ostatnich latach gole przestały być u nich odpowiednio doceniane. Od ośmiu lat nie było w Ekstraklasie polskiego króla strzelców, a ostatni Marcin Robak, zdecydowanie należał jeszcze do starej szkoły. Co bardziej utalentowani przedstawiciele nowej fali natychmiast wyjeżdżali za granicę, kupowani przez obce kluby z nadzieją, że trafi im się "nowy Lewandowski". Ci, którzy na emigrację się nie załapali, na miejscu zwykle nie byli poważani. Nie byli bowiem w stanie spełnić rosnących wymagań stawianych napastnikom przez sztaby szkoleniowe.

Podwórkowy spryt

Apogeum kryzysu polskich typowych dziewiątek był poprzedni sezon, gdy najlepszym krajowym strzelcem w Ekstraklasie został 35-letni Piotr Wlazło, stoper, który skutecznie wykonywał rzuty karne. Żaden z lokalnych napastników nie dobił nawet do dziesięciu goli w sezonie, nie mówiąc o ściganiu się z Efthymisem Kolourisem, Grekiem, który zdobył dla Pogoni Szczecin 28 bramek. Bramkostrzelni polscy napastnicy nie wszystek jednak umarli. Wypchnięto ich jedynie na margines rynku. Trochę jak w dawnej Serie A, gdzie oprócz światowej klasy reprezentacyjnych napastników grających w najsilniejszych klubach, każda drużyna miała miejscowego, zwykle podstarzałego, cwaniaczka, który wiedział, co robić w polu karnym. Marco Di Vaio w Parmie, Antonio Di Natale w Udinese, Fabio Quagliarella w Sampdorii, Luca Toni we Fiorentinie, Cristiano Lucarelli w Livorno. Większość z nich nigdy nie ocierała się o światową klasę. Ale grać przeciwko komuś takiemu zawsze było niewygodnie.

Zakończona niedawno jesień w polskiej lidze przyniosła pod tym względem przełom. Wprawdzie nie objawił się napastnik, którego można by, nawet na wyrost, obwołać następcą Lewandowskiego, albo chociaż Arkadiusza Milika czy Krzysztofa Piątka. Ale pojawiły się ponownie miejscowe lisy pola karnego, które zawsze wiedzą, jak się ustawić, by strzelić gola. Trzech z nich jest nawet w czołówce strzelców ligi. I wszyscy są do siebie w jakimś sensie podobni. Nie można powiedzieć, by imponowali elegancją, czy wyszkoleniem technicznym. Mają jednak potrzebny napastnikom spryt. Sebastian Bergier, Łukasz Sekulski i Karol Czubak. Każdego z nich łączy to, że na swoje pięć minut w Ekstraklasie musiał czekać bardzo długo. I choć wszyscy ich znali, długo nikt nie traktował do końca poważnie.

Debiutancka runda Czubaka

Najbardziej uderzający jest przykład Czubaka z Motoru Lublin, który niebawem skończy 26 lat, a rozgrywa debiutancki sezon w Ekstraklasie. Równocześnie jest jednak najlepszym strzelcem w historii Arki Gdynia, a w seniorskim futbolu dobija już do stu goli. Na rynku tak wydrenowanym ze snajperów, Czubak powinien być łakomym kąskiem już lata temu. I choć zwracano na niego uwagę, nikt nie wykazał się odpowiednią determinacją, by wyciągnąć go z niższych lig. Dziś wszyscy mówią, że go chcieli, ale odstraszała ich cena. Tyle że przy kwotach, jakie już od jakiegoś czasu krążą w polskiej lidze, nie były to zawrotne pieniądze. Nikt nie żądał za napastnika dziesięciu, czy nawet pięciu milionów euro. Chodziło bardziej o deficyty, które każdy w nim dostrzegał, mimo notowanych liczb. Nie przez przypadek podczas jego niedawnej wizyty w Lidze+ Extra w Canal+ okazało się, że koledzy określają jego przyjęcie piłki jako "Kinder niespodzianka". Czyli: nigdy nie wiadomo, dokąd poleci piłka. Trudno go określić jako nienagannie wyszkolonego.

Czubak, zamiast do Ekstraklasy, wyjechał więc z I ligi bezpośrednio do Belgii, gdzie, zgodnie z przewidywaniami, kompletnie przepadł. To nie jest napastnik, którego Leo Beenhakker określiłby jako "international level". To rzetelny snajper ligowy, którego raczej nie powinno się wpychać do reprezentacji. Ale który na normalnie funkcjonującym rynku wewnętrznym nie ma prawa do 25. roku życia czekać na szansę w najwyższej lidze. Już w sezonie 2019/20, gdy jako 20-latek strzelił dla Bytovii 17 goli w II lidze, wszyscy powinni się na niego rzucić. Trafił do pierwszoligowego Widzewa, skąd bez żalu oddano go po roku do również pierwszoligowej Arki. Został w niej na cztery sezony, w każdym strzelając dwucyfrową liczbę goli. Teraz można usłyszeć, że paradoksalnie łatwiej było go wyciągnąć z Belgii niż z Gdyni. Ale i tak walka nie mogła być bardzo zacięta, skoro sięgnął po niego Motor, klub z aspiracjami, lecz na razie średniak. Lublinianie zapłacili za niego niespełna pół miliona euro. Cztery razy mniej niż Widzew za Andy’ego Zeqiriego, po którego właściciel łódzkiego klubu Robert Dobrzycki wysyłał prywatny samolot. I sześć razy mniej niż Legia za Miletę Rajovicia. Obaj strzelili jesienią łącznie cztery gole. Czubak w pojedynkę - 10.

Niedoceniany Bergier

Zeqiri w Widzewie strzelał mało także dlatego, że dość niespodziewanie przegrał rywalizację z Bergierem, ściąganym w lecie z GKS Katowice do roli napastnika numer dwa. On również w ekstraklasowym światku nie wymagał odkrycia, lecz zaufania. Jako wychowanek Śląska Wrocław naturalnie był od najmłodszych lat w klubie z najwyższej ligi. Nigdy jednak nie widziano tam w nim na snajpera pełną gębą. Gole strzelane seryjnie w Centralnej Lidze Juniorów, a potem w drugoligowych rezerwach nie przełożyły się na poważną szansę. W efekcie Bergier strzelił dla klubu, w którym się wychował, ponad 90 goli, ale tylko jednego w pierwszej drużynie. Teoretycznie bilans 35 meczów w Śląsku z jednym golem wygląda jak szansa niewykorzystana przez wychowanka. W pierwszej jedenastce wyszedł jednak tylko trzy razy. Dla porównania - Caye Quintana, który równolegle grał w ataku Śląska, dostał takich szans 21, nim pożegnano go jako niewypał transferowy.

Bergier zszedł więc do I ligi, gdzie udowodnił to, co robił zawsze, gdy dostawał szansę: że potrafi strzelać gole. Debiutancki sezon w GKS Katowice skończył z 13 trafieniami, przyczyniając się do awansu do Ekstraklasy. W elicie miał być napastnikiem numer dwa, ale że Adam Zrelak notorycznie był kontuzjowany, regularnie grał w ataku beniaminka, strzelając dziewięć goli, co dało mu status najskuteczniejszej polskiej dziewiątki w lidze i awans do Widzewa. Tam się nie zatrzymał. Mimo że drużyna dołuje, on nie może mieć sobie nic do zarzucenia. Dziewięć goli w rundzie to już wyrównanie wyniku z całego poprzedniego sezonu. Łącznie w seniorskim futbolu 26-latek ma na koncie już ponad 86 bramek.

Weteran Sekulski

Czubak i Bergier wciąż mają jeszcze szansę przekuć strzeleckie osiągnięcia w całkiem udane kariery, które tylko wolno się rozkręcały. W przypadku Sekulskiego z Wisły Płock to już z racji wieku wykluczone. 35-latek był jesienią kapitanem i kluczową postacią sensacyjnego mistrza jesieni. Strzelił osiem goli, mimo że kilka meczów stracił z powodu kontuzji. W całej karierze dla "Nafciarzy" trafił już ponad 70 razy, co czyni go najlepszym strzelcem w historii klubu. A jednak wciąż mowa o piłkarzu nie w pełni docenianym, który większość kariery spędził, krążąc między Ekstraklasą a niższymi szczeblami.

Pierwszy raz dwucyfrową liczbę goli osiągnął na szczeblu centralnym jako 23-latek w II lidze, ale nie przełożyło się to na rozwój kariery. Musiał dwa lata później strzelić na tym poziomie szokujące 30 goli, by zapracować na transfer do Ekstraklasy. W Jagiellonii, Koronie Kielce i Piaście Gliwice nie dostał jednak poważnej szansy. Przez dwa i pół roku w tych klubach uzbierał łącznie 2500 minut, czyli mniej niż pełny sezon. To, że w tym ograniczonym czasie zdążył strzelić 11 goli, zdradzało pewien potencjał, ale wtedy nikt o niego nie powalczył. Wyjechał grać na dalekiej Syberii, a gdy wrócił, to tylko do pierwszoligowego ŁKS. 20 goli w 2789 minut (pełny sezon trwa w Polsce 3060 minut) znów potwierdził jego umiejętności strzeleckie.

Pierwszy w karierze ekstraklasowy sezon, w którym rozegrał ponad połowę możliwych minut, czyli był podstawowym zawodnikiem, przydarzył się mu, gdy miał już 31 lat i wrócił do rodzinnego Płocka. Oczywiście strzelił w nim 13 goli. Po spadku Wisły trafiał odpowiednio 15 i 12 razy. Wszystko wskazuje na to, że wiosną po raz czwarty w ostatnich pięciu latach w barwach płockiego klubu przekroczy barierę dziesięciu goli. I liga czy Ekstraklasa - nie sprawia mu to większej różnicy. Na obu poziomach zdobył w karierze dokładnie tyle samo bramek w podobnej liczbie występów – po 43. Jako że jednak nie był eleganckim, dobrze wyszkolonym technicznie i pasującym do gry kombinacyjnej typem Roberta Lewandowskiego, albo harującym w pressingu biegaczem wygrywającym pojedynki, jego gole uznawano za niewystarczające. Nie ruszał się jak kaczka, ale jego lekceważenie przez kluby można by zaklasyfikować podobnie. Zwracanie uwagi na kwestie poboczne, a pomijanie tego, że "zdobywa bazy".

Wymagający profil dziewiątki

Pozycja typowej dziewiątki jest oczywiście jedną z najtrudniejszych i bardziej wymagających we współczesnym futbolu. Najlepsi napastnicy muszą łączyć znakomitą skuteczność ze świetną techniką, siłą fizyczną i wzrostem, pracowitością defensywnego pomocnika oraz zrywnością i wydolnością. To sprawia, że historii Czubaka, Bergiera, czy Sekulskiego nie można traktować jako wyrzutów sumienia całego polskiego systemu. Żaden z nich nie był drugim Lewandowskim i prawdopodobnie nie byłaby mu pisana udana kariera zagraniczna czy reprezentacyjna.

Sprawdź też: Oto Szczęsny właśnie. Tak reagują na gest Polaka wobec ter Stegena

Nie ma jednak żadnego powodu, by w 18-zespołowej lidze, w której na kontraktach jest pół tysiąca zawodników, tego typu piłkarze nie funkcjonowali regularnie już od lat. Wszyscy chcą się rozwijać i grać nowocześnie, ale im niżej są w piłkarskiej hierarchii, tym częściej muszą iść na kompromisy. Trenerzy w ostatnich latach zwykle woleli mieć u siebie napastników, którzy nie strzelali goli, ale dużo pracowali, niż tych, których specjalnością jest zdobywanie bramek. To mimo wszystko błąd. Wszak strzelanie goli jest w futbolu najtrudniejsze. I nie przez przypadek za tych, którzy to potrafią, płaci się najwięcej.

Lekcją z karier tej trójki powinno być szczególne zwracanie uwagi na tych, którzy choćby na niższych szczeblach, wykazują się nadzwyczajną wydajnością. Nie zawsze ktoś, kto strzela wśród słabszych, będzie też strzelał z lepszymi. Przykłady Mikołaja Lebedyńskiego czy Huberta Sobola, wyciąganych do Ekstraklasy po dobrych sezonach w niższych ligach i kompletnie w elicie rozczarowujących, pokazują, że nie zawsze to takie proste. Często jednak okazuje się, nie tylko w Polsce, że snajperzy z I czy II ligi w warunkach najwyższej ligi funkcjonują podobnie. Jeśli więc Angel Rodado strzela dla Wisły Kraków 84 gole, a Łukasz Zjawiński z Polonii Warszawa za moment dobije w I lidze do pięćdziesiątki, to na nich powinny w pierwszej kolejności patrzeć i wydawać pieniądze ekstraklasowe kluby. Liderem strzelców w II lidze jest 31-letni Kamil Sabiłło, który dla Unii Skierniewice trafił już 100 razy. Gwarancji nigdy nie ma. Ale takie statystyki, niezależnie od wieku piłkarza, powinny być pierwszym alertem przykuwającym wzrok skautów. Inaczej Ekstraklasa jeszcze długo poczeka na polskiego króla strzelców.

Przeczytaj źródło