Maciej Kędziorek, były trener Radomiaka Radom, a wcześniej asystent w Lechu Poznań i Rakowie Częstochowa, latem przeprowadził się do Kijowa, by zacząć pracę w Dynamie. Dołączył do sztabu Ołeksandra Szowkowskiego i pozostaje w klubie do dziś, mimo że pod koniec listopada Szowkowski został zwolniony. Tuż po świętach Bożego Narodzenia spotkaliśmy się w Warszawie, by porozmawiać o jego pracy, na którą nieustanny wypływ ma trwająca od 24 lutego 2022 r. wojna. Kędziorek podczas godzinnej rozmowy kilkukrotnie zaznaczał jednak, że nie chce robić z siebie weterana wojennego, ani pozować na bohatera. Tych widzi gdzie indziej.
Zobacz wideo Nazywani są milionerami. Osiedlowy klub robi furorę. "Wszyscy są przeciwko nam"
Dawid Szymczak, Sport.pl: Czego się pan boi?
Maciej Kędziorek, trener Dynama Kijów: Boję się o rodzinę, której nie ma koło mnie.
Myślałem, że to rodzina boi się o pana.
- To na pewno też. Na co dzień nie mam jednak w głowie strachu. To zresztą dosyć specyficzne słowo i staram się go unikać. Raczej "mam obawę". Widzę przecież, co się dzieje dookoła i wiem, że muszę być czujny i uważać, bo w takich sytuacjach rutyna jest najbardziej zgubna. Ale trzeba oddzielić dwie rzeczy: to, co się dzieje w Kijowie, jest straszne i bardzo trudne dla ludzi, jednak to jest inna wojna niż na przykład w Pokrowsku. W Kijowie w nocy przylatują rakiety i drony, spadają na miasto, więc co chwilę nie ma prądu i ogrzewania, ale nie toczą się codzienne walki, np. z użyciem czołgów. W dzień sytuacja względnie wraca do normy, najgorzej jest w nocy i wczesnym rankiem, gdy trwają naloty. 200-300 dronów co noc jest standardem, a rekordowo było bodaj 800.
I naprawdę nie boi się pan o siebie?
- Wyjeżdżając do Kijowa byłem świadomy, z czym się zderzę. To nie była decyzja, którą można podjąć ot tak - dzwoni super klub, więc jadę. Musiałem wszystko przemyśleć. Chciałem jak najwięcej się dowiedzieć, wszystko sprawdzić. Mam to szczęście, że dzięki pracy w piłce poznałem mnóstwo osób, więc miałem do kogo zadzwonić, żeby u źródła dowiedzieć się, jak wygląda sytuacja w Kijowie.
Co pan usłyszał?
- Że najgorzej jest nocami, ale miejsce, w którym będę przebywał, czyli baza treningowa Dynama, oddalona od centrum o ponad 20 km, leżąca w lesie, jest względnie bezpieczna. Pewności nie ma nigdy, bo mamy do czynienia z rosyjską technologią. Nie trzeba być celem, żeby oberwać. Wystarczy zła trajektoria, jakiś błąd. Mimo wszystko słyszałem, że jest spora różnica między mieszkaniem w centrum, a na obrzeżach, więc gdy klub proponował mi pomoc w szukaniu mieszkania i oferował lokale w centrum, od razu je odrzucałem. Nie pojechałem tam przecież zwiedzać i przesiadywać w restauracjach, tylko pracować. Śmieję się, że teraz idę do pracy 30 sekund, bo mniej więcej tyle zajmuje mi zejście po schodach z pokoju na boisko.
To, co pan słyszał przed wyjazdem, potwierdziło się na miejscu?
- Generalnie tak, ale jedno to słyszeć o tym wszystkim, a drugie - zobaczyć na własne oczy. Widok bloku, w który trafiła rakieta, jest makabryczny. Niby jesteś na to przygotowany, spodziewasz się zobaczyć takie budynki, ale dopiero gdy tam stoisz, widzisz, jakie to straszne. Dopiero wtedy w pełni zdajesz sobie sprawę, jak okropną rzeczą jest wojna. Ile osób przez nią cierpi i ile jest zniszczeń.
Gdy krótko rozmawialiśmy kilka tygodni temu stwierdził pan, że taki blok przypomina domek dla lalek. Bardzo mocne porównanie.
- Jedna ściana jest urwana, więc widzisz cały środek. Fotel, telewizor, łóżko, obraz na ścianie. Właśnie jak w domku dla lalek. Te bloki w Kijowie są w dodatku bardzo wysokie i bardzo szerokie. W Warszawie takich nie widziałem. Wyglądają, jakby trzy-cztery nasze bloki zostały zlepione w jeden, więc na jednej klatce jest od groma mieszkań. Jak pocisk w to trafi, jest masakra. Wszystko porozrywane, porozrzucane dookoła, dykty zamiast szyb...
Nie zdawałem sobie sprawy, jak niszczycielską moc mają spadajace na miasto pociski. Widziałem oczywiście nagrania z ataków w telewizji i w internecie. Na Telegramie, od którego zaczynam każdy swój dzień, bo podawane są tam statystyki nocnych nalotów, jest mnóstwo nagrań z ataków. Ale skalę zniszczeń rozumie się dopiero, gdy widzi się je z bliska.
Przyjechał pan do Kijowa pod koniec sierpnia, akurat dzień po bardzo ostrych atakach.
- Wtedy w jeden z bloków w centrum trafiła rakieta. Przejeżdżaliśmy obok niego w drodze z dworca do bazy treningowej. Jak sobie wyobraziłem, ile tam żyło osób, ile mogło być w środku, aż mnie w środku ścisnęło.
Dojechał pan do bazy, dostał swój pokój. I co, spał pan pierwszej nocy?
- Akurat tej nocy był kolejny bardzo ostry atak. Stałem na balkonie i słyszałem odgłosy strzałów, bo wzdłuż miasta płynie rzeka Dniepr, która doskonale niesie dźwięk. Na niebie było widać łuny po pociskach i latające samoloty. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem tę wojnę.
Ile nocy musi minąć, by w końcu dało się zasnąć?
- Powtórzę, co sam usłyszałem od znajomego, gdy przygotowywałem się do wyjazdu: pierwszej nocy nie śpisz w ogóle, stoisz przy oknie i obserwujesz. Drugiej leżysz, ale cały czas nasłuchujesz, a z każdą kolejną śpisz już coraz lepiej, mimo że wciąż masz to w głowie. I tak faktycznie było w moim przypadku. Pierwsze noce były trudne, ale później zacząłem się przyzwyczajać. Mówię jednak o stosunkowo spokojnych nocach, bo wiadomo, że czasem wyją alarmy, więc w ogóle się nie śpi, trzeba zejść do schronu. Rosjanie wiedzą, jak uprzykrzyć życie, więc alarmy bombowe w nocy są już standardem. Tak samo jak brak prądu, bo jednym z celów ataków są elektrownie, słupy energetyczne i wszystkie rzeczy związane z elektrycznością i gazem. Nie zawsze chodzi o to, by zabić jak najwięcej ludzi, a żeby wykończyć ich psychicznie. Zmęczyć i sprawić, że będą mieli dosyć.
W bazie Dynama też brakuje prądu?
- Mamy generator, więc zwykle po 2-3 godzinach od odcięcia mamy już "swój prąd", ale są dzielnice w Kijowie, w których ludzie nie mają go po kilka dni. I teraz wyobraźmy sobie zimę w takich warunkach. Słyszałem od naszych zawodników, którzy mają małe dzieci, że w takich sytuacjach śpią z nimi w samochodzie. Generatory też nie mogą pracować bez przerwy, więc co chwilę pojawiają się u nas w bazie informacje, że np. dzisiaj wieczorem, między godz. 18 a 22, nie będzie prądu. Najważniejsze to naładować sobie wcześniej laptop i telefon. Wiem przecież, że jeśli nie będzie prądu, a telefon mi padnie, bliscy w Polsce będą odchodzili od zmysłów.
Zdarzyło się tak?
- Na szczęście nie. Dbam o to.
Dużo analiz drużyny i odpraw zostało przygotowanych w schronie?
- Faktycznie jest tak, że jeśli wyje alarm, a mam naładowany laptop, biorę go ze sobą i pracuję. Jeśli padnie mi bateria, pozostaje czytanie książki. Bywało też tak, że byliśmy w schronie całą drużyną, np. przed derbami z Obołoniem Kijów siedzieliśmy w nim dwie godziny, bo czekaliśmy na odwołanie alarmu. To było tuż przed meczem. Wszyscy już naładowani, gotowi, a nagle musieliśmy zejść i czekać. Nie wiedzieliśmy, ile to wszystko potrwa.
Pytam, bo słyszałem, że Igor Jovićević, który teraz pracuje w Widzewie Łódź, będąc jeszcze w Szachtarze, zrobił w schronie całą odprawę.
- Coś trzeba w tym schronie robić. Dwa sezony temu mecz Dnipro - Ołeksandrija był przerywany trzy razy. Piłkarze schodzili z boiska, wracali, rozgrzewali się i znowu schodzili. Trwało to bardzo długo. My mieliśmy podobną sytuację w Ołeksandrii, gdy graliśmy mecz pucharowy. Był alarm, bo poderwały się rosyjskie bombowce. A jak one się podrywają, najczęściej alarmy wyją w całej Ukrainie, albo przynajmniej w dużej części.
Pamiętam, że gdy rozmawialiśmy we wrześniu, na początku pana pracy w Dynamie, był pan zaskoczony, jak szybko ludzie potrafią zaadaptować się do nowej rzeczywistości. I pan też tak miał.
- Kiedyś byliśmy w restauracji, w której przed wejściem stał taki wielki generator prądu. Buczał niesamowicie, trudno było normalnie porozmawiać. Nagle zgasło światło, ale nie wybuchła panika. Skończyło się paliwo, więc wyszła pani z kanistrem, wlała i wszystko wróciło do normy, życie toczyło się dalej. Mnie na pewno pomogła praca. Jest łatwiej, gdy masz zajętą głowę i tysiąc rzeczy do zrobienia. Jesienią graliśmy co trzy dni, w lidze i w europejskich pucharach. Mieliśmy mnóstwo podróży. Jeśli masz taki rytm, włącza się autopilot. Pracujesz i tylko na tym się skupiasz. Analiza - trening - mecz. Analiza - trening - mecz. I tak w kółko. To mi pomogło zająć głowę. Nie było czasu, żeby rozmyślać.
Ale co chwilę wyje alarm. Przypomina, gdzie pan jest i co się dzieje dookoła.
- Ale ten alarm wyje codziennie, więc się przyzwyczajasz.
Szybko?
- Każdy ma pewnie swoją granicę. W poprzednim sztabie miałem kolegę asystenta, który był w Ukrainie od sześciu lat i przeżył to wszystko od początku wojny. Mieszkaliśmy razem w bazie. Dużo mi opowiadał, jak się zachować, co i kiedy sprawdzać. Myślę, że skrajne sytuacje, takie jak wojna, zbliżają ludzi. Od początku mogłem liczyć na pomoc różnych osób dookoła. To też pomogło mi się przyzwyczaić.
Czym różni się obraz wojny, który malował pan sobie w głowie przed wyjazdem, od tego, który faktycznie zobaczył na miejscu?
- Realnością. Możesz podejść i dotknąć. Wszystko jest namacalne. Przechodzisz codziennie obok jakiegoś miejsca - niech to będzie droga do piekarni - więc znasz tam każdy kamień. I któregoś dnia na tę piekarnię spada dron albo rakieta. Wiesz, że mogłeś być w tym miejscu. To jest cholerna różnica. Wiesz, że wszystko może się wydarzyć. Widzisz też wszystko dookoła - np. ludzi, którzy zostali pokrzywdzeni. Dotychczas znałem wojnę z opowiadań, filmów i książek. Coś tam wiedziałem, ale gdy zobaczyłem to wszystko z bliska, po prostu zmieniła mi się skala. To, co myślałem, że jest sufitem, tak naprawdę jest podłogą.
Widok, którego nie wymaże pan z pamięci?
- Z jednej kawiarni. Kolega zabrał mnie do centrum, żeby pokazać najważniejsze miejsca w Kijowie. Na ulicy Chreszczatyk weszliśmy na kawę. Lokal był naprzeciwko miejsca, w którym zakładali protezy. W pewnym momencie wyszedł stamtąd chłopak, który w jednej protezie trzymał telefon, a drugą wybierał numer. Nie miał obu rąk. Za nim wyszli jego rodzice. Nie zapomnę tego widoku do końca życia.
Ale generalnie trudno spaceruje się po Kijowie, gdy na każdym kroku wiszą zdjęcia osób, które zginęły na froncie. Jest data urodzenia, data śmierci i kilka zdań o tej osobie. Uderza, jak młodzi to byli ludzie. Widzisz daty urodzenia: 2004, 2005, 2006… I obok: 2022, 2023, 2025… Często nawet nie mieli dwudziestu lat.
Ile razy chciał pan wracać do Polski?
- W ogóle nie myślę w ten sposób. Na coś się zdecydowałem, coś podpisałem i mam w związku z tym zobowiązania. Nie mogę uciec. Jestem odpowiedzialny za swoją pracę i grupę ludzi.
To ten profesjonalny głos. A nie miał pan w głowie, tak po ludzku, myśli "na co mi to było"?
- Staram się tak nie myśleć. W porównaniu z wieloma ludźmi, których poznałem, ja naprawdę nie mam źle. Nie mieszkam w centrum, nie mam nikogo bliskiego na froncie, nikogo nie straciłem. Skupiam się na pracy i codzienności. Nie mogę też zastanawiać się nad rzeczami, które mogą się wydarzyć, ale się nie wydarzyły. Staram się nie gdybać i nie tworzyć czarnych scenariuszy.
Mecze "domowe" w europejskich pucharach Dynamo rozgrywa w Lublinie. Rodzina śpi lepiej, jeśli akurat macie mecz pucharowy?
- Na pewno. I akurat tak się układa, że najgorsze rzeczy w ostatnich miesiącach w Kijowie działy się wtedy, gdy nas tam akurat nie było. Przy dwóch nalotach na tysiąc pocisków i dronów, raz byliśmy we Lwowie, a raz na meczu Ligi Konferencji. Wyjątek to tylko pierwsza sobota po moim przyjeździe do Kijowa.
Bliscy nie próbowali wybić panu z głowy pracy w Dynamie?
- Na tyle mnie znają, że wiedzieli, że jeśli na coś się uprę, nie ma siły, która mnie powstrzyma. Tak już mam. Wiadomo, że rodzice i żona martwili się i odradzali. Do tej pory odradzają. Ale wszyscy nauczyliśmy się w tych okolicznościach funkcjonować. Codziennie do siebie dzwonimy. Każdego ranka daję znać, że wszystko w porządku. Ale nie chcę robić z siebie bohatera czy weterana wojennego, bo ta moja rzeczywistość jest całkiem…
Ale pana rzeczywistość jest też taka, że niczego pan nie musi.
- To prawda, ale do czegoś się zobowiązałem. Ten kolega z Mołdawii, z którym pracowałem w poprzednim sztabie i który był w Dynamie już wtedy, gdy wybuchła wojna, nie uciekł nawet w najgorszym momencie, gdy Rosjanie na początku wojny byli blisko Kijowa. Gdyby zdobyli lotnisko Hostomel, najpewniej weszliby do miasta i wtedy - jak się mówi - cała Ukraina stałaby przed nimi otworem. I to jest dla mnie bohaterstwo, że on wtedy został z zespołem. Mógł przecież wyjechać. Mojej sytuacji nawet nie da się porównać do tej jego.
Latem nie musiał pan koniecznie iść do Dynama. Miał pan też na stole choćby propozycję dołączenia do sztabu Jerzego Brzęczka w młodzieżowej reprezentacji Polski. To na pewno byłaby bezpieczniejsza praca.
- Powiem więcej, w piątek dołączyłem do Dynama, a w poniedziałek dostałem propozycję zostania pierwszym trenerem w klubie z pierwszej ligi.
To co pana najbardziej kusiło w pracy w Dynamie?
- Gdy podejmowałem decyzję, Dynamo miało jeszcze szansę na grę w Lidze Mistrzów. A to jest moje marzenie, by kiedyś się w tych rozgrywkach znaleźć. Naprawdę marzę, by usłyszeć hymn tych rozgrywek na żywo. Negocjowałem z klubem na etapie jego dwumeczu z Hamrun Spartans, który Dynamo pewnie wygrało, więc do awansu do fazy grupowej pozostawały wtedy jeszcze tylko dwie rundy. W następnej graliśmy z Pafos, więc były szanse. Ale, niestety, odpadliśmy. Była jeszcze szansa na Ligę Europy, która też była dla mnie magnesem. Skończyło się jednak na Lidze Konferencji.
Ale doceniałem też wielkość Dynama. To jest klub, który zdobywał europejskie puchary, ma trzech wychowanków nagrodzonych Złotą Piłką, świetną akademię i mnóstwo kibiców. Powiem to z pełną odpowiedzialnością, bo przekonałem się o tym naocznie: to jeden z największych klubów w tej części Europy.
I podobnych argumentów używał pan, gdy tłumaczył swoją decyzję rodzinie?
- Podobnych, choć może próbowałem jeszcze trochę tę rzeczywistość wypolerować i pokazać ją w ciut lepszych barwach niż faktycznie jest. Ale przede wszystkim szukałem miejsca, w którym mógłbym się trenersko rozwinąć. Wiem po pracy w Lechu Poznań, ile daje gra w europejskich pucharach. Wtedy styczność z Villarrealem, Bodo czy Fiorentiną dała mi mocnego kopa w rozwoju, dlatego chciałem poniekąd powtórzyć to w Dynamie. I tak się udało, bo graliśmy chociażby z Crystal Palace, które prowadzi Oliver Glasner. Za chwilę pewnie już go tam nie będzie, bo wykonuje znakomitą robotę, więc zgarnie go większy klub. Inny przykład: graliśmy z Fiorentiną Paolo Vanoliego. To trener, który był asystentem Antonio Conte i odpowiadał u niego za taktykę. Później poszedł do Venezii. Przygotowywałem się, żeby pojechać do niego na staż, więc oglądałem wiele meczów. Grali świetną, ofensywną piłkę. I teraz mogłem zmierzyć się z jego kolejną drużyną, która była akurat w wielkim kryzysie, zajmowała ostatnie miejsce w Serie A i nie wygrała żadnego meczu. Mogłem się z bliska przyjrzeć, jak próbuje sobie z tym poradzić. Polska liga jest bardzo konkurencyjna i ciekawa, wciąż oglądam jak najwięcej meczów Ekstraklasy, ale na tym etapie chciałem doświadczyć czegoś innego.
Gdzie jest większa presja – w Lechu czy w Dynamie?
- Nie mogę tego dokładnie porównać, bo nie znam na tyle języka ukraińskiego, by wszystko do mnie docierało. Ale widzę, że są to bardzo podobne kluby. Dynamo jest trochę jak "FC Hollywood", jak mówiło się kiedyś o Bayernie. Każdy mały gest jest rozbierany na czynniki pierwsze i analizowany. Piłkarze cały czas są na świeczniku. Wszystko, co się dzieje w klubie, jest ważne. Mieliśmy taką sytuację, że Andrij Jarmołenko coś krzyknął na boisku, bo dookoła było głośno, a zrobiła się z tego afera, że krzyczy na kolegów i ma do nich pretensje. Jak mieliśmy gorszy okres, od razu pojawiali się w mediach eksperci, byli piłkarze, którzy mówili, co trzeba zmienić.
Znajomy dziennikarz powiedział mi, że Dynamo jest takim klubem, którym każdy się interesuje. Nawet jak mu nie kibicuje, chce wiedzieć, co się w nim dzieje.
- To prawda. To klub typowo ukraiński, oparty o ukraińskich piłkarzy, mający bogatą historię. Szachtar mógł mieć w ostatnich latach większe sukcesy, ale wciąż nie ma tylu kibiców, co Dynamo. Poza tym, dołączyłem do Dynama z jeszcze jednego powodu. Byłem po roku bez pracy, więc bardzo tęskniłem za boiskiem i codziennymi treningami. Piłka to moja największa pasja, jedna z najważniejszych rzeczy w moim życiu. Czułem, że usycham bez codziennego wychodzenia na boisko. W reprezentacji bym tego nie miał.
Mauricio Pochettino mówił, że najbardziej na świecie lubi zapach skoszonej trawy na boisku treningowym.
- Rozumiem go! Na pierwszych treningach po dołączeniu do Dynama byłem niesamowicie podekscytowany. Nawet rozstawianie pachołków sprawiało mi przyjemność. Muszę być w szatni, muszę być wśród ludzi, bo to mnie nakręca.
Gdy wypytywałem o pana kolegów z Ukrainy, naszkicowali obraz, z którego wynikało, że miał pan być w tym klubie powiewem nowoczesności i przykładem, że Dynamo otwiera się na świat. Mówili, że Dynamo pod wieloma względami, choćby dotyczącymi analizy i codziennej pracy, jest klubem przestarzałym i nienadążającym za trendami. Ale równocześnie przyznawali, że w samym sztabie wyglądał pan jak ciało obce, bo zatrudniał pana klub, a nie pierwszy trener.
- Tak było. Sytuacja nie była prosta, bo faktycznie to klub mnie znalazł i klub mnie zatrudnił. Trener Ołeksandr Szowkowski miał już pięciu asystentów, więc na początku niby w tym jego sztabie byłem, ale byłem testowany, pozostali mi się przyglądali. Musiałem obronić się pracą i merytoryką. Wydaje mi się, że się udało. Kolejnym problemem była bariera językowa, bo spora część ludzi w sztabie nie mówiła po angielsku. Jestem komunikatywną osobą, więc starałem się i tak zagadywać mieszanką rosyjskiego, polskiego i angielskiego, ale nie było łatwo. W Polsce latami budowałem swoją pozycję, a tam zaczynałem niemal od zera.
Temat wojny wciąż jest obecny w waszej szatni?
- Oczywiście. Mamy zawodników, którzy pochodzą z Ługańska, Doniecka, Mariupola. Z regionów, które są teraz pod panowaniem Rosji. Rodzice jednego z piłkarzy nie chcą stamtąd wyjeżdżać, bo mają już swoje lata, nie chcą zostawiać domu i wszystkiego, na co pracowali. Nie zgadzają się na wyprowadzkę, mimo że tego zawodnika stać, by ściągnąć ich do siebie. Żyją więc z okupantem za oknem, który nie wiadomo jak się będzie zachowywał wobec cywilów. To nie jest normalna sytuacja, ale ten piłkarz jakoś musi z nią żyć i funkcjonować. Inny zawodnik, Mykoła Mychajłenko, nasz środkowy pomocnik, ma brata na froncie, który służy bodaj w artylerii i jest bardzo cenionym żołnierzem. Teraz do kin w Ukrainie wchodzi film dokumentalny, który przedstawia ich relację i pokazuje, jak obaj, choć w zupełnie inny sposób, walczą dla kraju. Gdy zaczęła się wojna, Mykoła walczył, żeby znaleźć się w kadrze Ukrainy na igrzyska olimpijskie w Paryżu, a to jego brat poszedł na front.
Udaje się znaleźć w tym wszystkim chwile normalności?
- Taką chwilą jest trening. Nam wszystkim, ale piłkarzom przede wszystkim, piłka pomaga się oderwać. Przez te 2-3 godziny głowa jest gdzie indziej, trzeba się skupić na zadaniach, skoncentrować i zmęczyć. To pomaga.
I po to też w ogóle gra się na Ukrainie w piłkę? By choć na chwilę odciągnąć myśli od wojny?
- Ludzie potrzebują oderwać się od codzienności i mieć w życiu jakąś rozgrywkę. Zespół czuje, że ma misję. Przed meczami grany jest hymn Ukrainy, a później jest minuta ciszy, by uczcić poległych. Pierwsze kopnięcie symbolicznie wykonują weterani, którzy wrócili z frontu. Jeden z meczów rozpoczęły kilkuletnie dzieci, których tata zginął w walce za Ukrainę. Łzy same napłynęły do oczu.
Odpadliście z Ligi Konferencji, w lidze zajmujecie czwarte miejsce, co doprowadziło do zwolnienia trenera. Na ile wiązać wasze problemy sportowe z wojną?
- Naszym największym problemem jest logistyka. Wystarczy spojrzeć na nasze wyniki i na wyniki Szachtara po meczach pucharowych. Często traciliśmy po nich punkty w bardzo głupi sposób. W praktyce to wygląda tak, że w niedzielę gramy mecz w lidze, więc w poniedziałek robimy lekki trening i o godz. 23 wyjeżdżamy do Lublina. Nad Ukrainą niebo jest zamknięte, więc całą noc jesteśmy w pociągu. Próbujemy spać, ale jest z tym ciężko. Trudno o głęboki sen, bo raz, że niesamowicie trzęsie, a dwa, że po drodze jest jeszcze kontrola celna i trzeba wstać. Przez pierwsze trzy-cztery razy nie przespałem nawet godziny, dopiero później nauczyłem się zasypiać w takich warunkach. Choć to "spać" najlepiej wziąć w cudzysłów, to raczej półsen, drzemka. We wtorek o godz. 11 jesteśmy w Chełmie. Niewyspani i zmęczeni drogą. Tam przesiadamy się do autobusu i mamy jeszcze ponad godzinę drogi do Lublina, gdzie robimy trening. W środę kolejny i jeśli akurat mamy mecz wyjazdowy w Lidze Konferencji, lecimy do miejsca, w którym gramy. Po meczu wracamy samolotem do Lubina, jesteśmy tam trzy godziny, jemy obiad, wieczorem znowu wsiadamy do pociągu i jedziemy w drugą stronę. W sobotę jesteśmy w Kijowie, znowu niewyspani, więc trening jest bardzo podstawowy. A w niedzielę wychodzimy na mecz. Nie da się tego inaczej zorganizować. Jak zadbać o regenerację? Co więcej zrobić? A przy tym trzeba pamiętać, z kim rywalizujemy w Europie. Często są to drużyny, które mają wszystko zorganizowane na najwyższym poziomie - regenerację, sen, trening, podróże.
Gracie na różnych zasadach.
- Dokładnie, a przecież w piłce takie detale mają bardzo duże znaczenie. Na początku sezonu, gdy Dynamo jeszcze walczyło o awans do Ligi Mistrzów, mecze pucharowe były co tydzień. Terminarz w lidze został z kolei ułożony tak, że wszystkie mecze odbywały się blisko Polski - w Równym i we Lwowie, więc zespół przez cały czas stacjonował w Lublinie i dojeżdżał na mecze ligowe pociągiem albo autobusem. Przez dwa miesiące piłkarze nie byli w Kijowie.
Mówił pan wcześniej, że w Dynamie szukał przede wszystkim pola do rozwoju. Znalazł je pan?
- Zdecydowanie. Mówiłem już o grze w pucharach. Spotkałem się też z nieco innym podejściem trenerów. Na co dzień mają trochę większy luz. Szowkowski jest legendą Dynama, byłym znakomitym bramkarzem. Dla niego mecze w pucharach to nie było nie wiadomo jakie święto, bo sam jako piłkarz grał w Lidze Mistrzów. I widziałem, jak jego podejście wpływało na zespół i cały sztab. W Dynamie mam też możliwość pracy z naprawdę dobrymi zawodnikami. Na pewno jestem więc dzisiaj lepszym trenerem niż cztery miesiące temu.

1 dzień temu
6







English (US) ·
Polish (PL) ·