Właściciel Widzewa przerywa milczenie ws. afery weselnej. "Zawiodłem się"

1 miesiąc temu 19

Z Robertem Dobrzyckim poprzedni raz rozmawiałem w sierpniu. W Widzewie trwała wtedy rewolucja kadrowa, dział sportowy dopinał ostatnie transfery. Dużym echem odbiła się wypowiedź właściciela klubu, że latem z przyjemnością przekroczą budżet transferowy. To wszystko działało na wyobraźnię kibiców. W Łodzi panowały świetne nastroje, a oczekiwania były ogromne. 

Zobacz wideo Kamil Grosicki ujawnia, dlaczego wrócił do reprezentacji Polski

Od tego czasu minęły trzy miesiące. W Widzewie wydarzyło się tyle, że mógłby o tym powstać kilkuodcinkowy serial. Pracę straciło dwóch trenerów, do zmian doszło także w gabinetach dyrektorów. W tle tych historii była "afera weselna". Robert Dobrzycki nie tak to sobie wyobrażał. Widzew urósł tylko na papierze, w tabeli ekstraklasy niewiele się zmieniło. 

Krzysztof Smajek: Widzew rozczarowuje, to nie tak miało wyglądać. Po przegranym 0:1 meczu z Rakowem szedłem w tłumie kibiców i usłyszałem, jak jeden mówił do drugiego: "Najbardziej szkoda mi Roberta Dobrzyckiego". Jak się pan z tym wszystkim czuje?

Robert Dobrzycki: Marzyłem, że będzie inaczej, szybciej, ale wiedziałem, że będą wyboje po drodze. Proces budowy zespołu musi potrwać, drużyna się dociera. Kilka punktów uciekło nam przez decyzje sędziowskie, kilka przez naszą nonszalancję w końcówkach meczów. Drużyna jest młoda i niedoświadczona, ale ma jakość i potencjał. Rozumiem tego kibica i jego słowa. Mnie najbardziej szkoda mojego stresu, ale uczę się, jak żyć z krótkoterminową porażką. Jestem ambitnym człowiekiem, nie lubię przegrywać. Jestem kibicem Widzewa, inwestuję spore środki i chcę dla klubu dobrze.

W ostatnim czasie w Widzewie doszło do kumulacji decyzji i zmian. Niektórym kibicom mogło zakręcić się w głowie.

Nie można trwać w tym samym i oczekiwać lepszych rezultatów. Zrobiliśmy dużo ruchów, ale każdemu daliśmy czas. Po przejęciu klubu praktycznie nie dokonywałem zmian. Później było letnie okienko transferowe i na żywym organizmie zaczęło wychodzić, co działa, a co nie. Niektórym może się wydawać, że te decyzje są emocjonalne i krótkoterminowe. Uspokajam, tak nie jest. Jestem racjonalny. Jeżeli widzę, że coś nie działa i nie rokuje na przyszłość, to nie ciągniemy tego w nieskończoność. Nie chcę zmarnować sezonu. Chcę budować na czymś, co długoterminowo ma sens.

Wydawało się, że trener Patryk Czubak będzie długoterminową opcją dla Widzewa. Jednak jego przygoda z Widzewem zakończyła się po kilku meczach.

Po zwolnieniu Żelijko Sopicia doszliśmy do wniosku, że najmniej ryzykownym rozwiązaniem będzie zostawienie trenera, który zna zespół. Zdawaliśmy sobie sprawę, że Patryk Czubak jest młody i niedoświadczony, ale w tamtym momencie potrzebowaliśmy stabilizacji. Mieliśmy też nadzieję, że trener będzie się rozwijał. Wygląda na to, że było trochę za wcześnie na ten ruch. Presja i okoliczności spowodowały, że rola Czubaka jako trenera miała charakter tymczasowy.

Pewnie duży wpływ na przyszłość Czubaka miał jego wyjazd na wesele wiceprezesa klubu, Macieja Szymańskiego, do Grecji.

Ta sytuacja mu nie pomogła. Trener zaliczył falstart w prowadzeniu pierwszej drużyny. Wiem, że wesele było zaplanowane wcześniej, rozumiem też, że kwestie rodzinne są bardzo ważne. Gdybym był na miejscu Patryka Czubaka, to nie poleciałbym na to wesele. Skupiłbym się na pracy. Troszeczkę się zawiodłem na podejściu trenera.

Wiedział pan wcześniej o weselu i o kilku dniach urlopu dla zawodników?

Wiedziałem o tym wcześniej, choć nie znałem szczegółów. Nie jestem zaangażowany w codzienne funkcjonowanie klubu, bo moje obowiązki zawodowe pochłaniają większość mojego czasu. W klubie zaufałem zarządowi i pionowi sportowemu, przekazałem im odpowiedzialność i swobodę działania. Liczę na ich dojrzałość i podejmowanie właściwych decyzji.

Nie czuł pan zażenowania, gdy obserwował pan tę sytuację z boku?

Byłem zaskoczony i zadziwiony, że do takiej sytuacji doszło. Nie spodziewałem się tego. Wyglądało to tak, jakbym dał swoim dzieciom mieszkanie i one by to mieszkanie zdemolowały, bo zamiast przyjęcia urządziłyby imprezę. Przyznam, że poczułem lekkie rozczarowanie.

Czyli zawiódł się pan nie tylko na trenerze Czubaku?

Miałem na myśli całość tej sytuacji oraz wszystkie osoby, które w niej uczestniczyły.

Czyj to był pomysł, żeby po trenera Czubaka wysłać samolot do Grecji?

Po rozmowie z zarządem chciałem naprawić sytuację. Okazało się, że nie ma możliwości powrotu trenera do Polski, znalazłem więc rozwiązanie.

Wysyłanie po trenera samolotu.

Zgadza się. Być może to też nie pomogło. To była moja nadreaktywność. To też jest dla mnie nauka.

Z powrotu trenera nic nie wyniknęło. Treningi i tak się nie odbyły. Klub wydał tylko oświadczenie, które mógł wydać bez powrotu trenera.

Rozumiem ten punkt widzenia, choć na miejscu trenera też bym przyleciał i próbował naprawić sytuację. Dopiero później okazało się, że z perspektywy organizacyjnej niewiele to zmieniło, a z tego powrotu zrobiło się trochę show.

Jak dużo kosztował ten lot po trenera?

Nie był tani. Zapłaciłem za lot ze swoich prywatnych środków, nie obciążyłem budżetu klubu. Po prostu reaguję w sytuacji kryzysowej.

Po tym zamieszaniu trener nie stracił autorytetu w szatni?

Być może. Nie jestem w szatni, dlatego trudno mi się do tego odnieść.

Już wtedy los Czubaka był przesądzony i zaczęliście szukać nowego trenera?

Nie, ale trener Czubak nałożył na siebie dodatkowy ciężar. Miał już tylko jedną opcję: musiał wygrywać. Nie dokupił sobie czasu, ale wtedy decyzji o zmianie nie było. Uznaliśmy, że trzeba dać szansę Czubakowi.

Szybko jednak straciliście cierpliwość. Trener został zwolniony po kilku meczach.

Trzeba wziąć pod uwagę inną rzecz. W tym czasie doszliśmy do wniosku, że Widzew po odejściu Macieja Szymańskiego, czyli wiceprezesa ds. sportu, potrzebuje wzmocnienia działu sportowego. Dlatego zatrudniliśmy Dariusza Adamczuka i Piotra Burlikowskiego. Darek jest teraz główną osobą odpowiedzialną za sport w Widzewie. Daliśmy mu pełne zaufanie i możliwość decydowania. Darek od razu zadecydował, że Widzew potrzebuje topowego trenera, z dużym nazwiskiem i doświadczeniem. Uznał, że Czubak jest dobrym trenerem, ale nie na tym etapie budowy Widzewa. Dlatego podpisaliśmy kontrakt z Igorem Joviceviciem.

Rozmawiał pan osobiście z trenerem Czubakiem?

Nie. Nie byłem też przy jego zwolnieniu. Z tego, co słyszałem, nie było negatywnych emocji. Rozstanie odbyło się w dobrej atmosferze.

Kto wpadł na pomysł, żeby zatrudnić Igora Jovicevicia?

Darek Adamczuk, który ma swoją wizję budowy klubu. Nie chcę mu narzucać trenerów ani piłkarzy. Znam się na magazynach i biznesie, a na piłce nożnej znam się jak każdy Polak. Zatrudniliśmy eksperta, który spędził kilkanaście lat w Pogoni Szczecin i doszedł z nią do pewnego poziomu.

Jovicević to trener skrojony na miarę oczekiwań Widzewa?

Ma ciekawe CV, doświadczenie, trenował duże kluby i osiągał z nimi sukcesy. Uznaliśmy, że jest to trener na dłuższy czas.

Panowie Adamczuk i Burlikowski trafili do Widzewa z polecenia Zbigniewa Bońka?

Nie. Po rozmowach z wieloma osobami uznałem, że to będą odpowiedni ludzie do pracy w Widzewie.

W mediach coraz częściej z pracą w Widzewie łączony jest Zbigniew Boniek. Prawda czy fałsz?

To jest alternatywna rzeczywistość w mediach. Nie było żadnej rozmowy z panem Zbigniewem Bońkiem na ten temat. Nie mam wobec niego żadnych planów. Nie składałem też propozycji Łukaszowi Piszczkowi ani Mariuszowi Lewandowskiemu. W mediach pojawiają się różne plotki, ale nie mają one nic wspólnego z prawdą.

Stało się to, czego można było się spodziewać. Mindaugas Nikoliucius też stracił pracę.

Pion sportowy zadecydował, że to będzie najlepsze rozwiązanie dla klubu. Zaakceptowałem ich decyzję na podstawie tego, co widzę.

Jakie usłyszał pan argumenty przeciwko Nikoliciusowi?

Na pewno wynik sportowy był poniżej oczekiwań. Być może skład jest trochę za młody, za bardzo perspektywiczny, a za mało jest jakości na dzisiaj. Gdy kupiłem Widzew, to w klubie byli już Niko i trener Żelijko Sopić. Dostali ode mnie kredyt zaufania i swobodę działania. Od początku powtarzałem, że główną strategią jest budowanie drużyny i wynik sportowy. Chyba był położony za duży nacisk na potencjał wzrostowy w dłuższym okresie. Chcieliśmy, żeby wynik sportowy był widoczny szybciej.

Były dyrektor sportowy na trenera wybrał Żelijko Sopicia, który nie poradził sobie w Łodzi. Chorwat nie zbudował wielkiego Widzewa.

Sopić nie był dopasowany do Widzewa. Z szatni dochodziły głosy, że były różne animozje na linii trener-piłkarze. Biorąc pod uwagę brak wyników w poprzednim i obecnym sezonie, plus słysząc głosy niezadowolenia niektórych zawodników, zakończyliśmy współpracę z trenerem.

Trener Sopić koncentrował się głównie na czynnikach zewnętrznych, a nie dostrzegał swojego udziału w popełnionych błędach. Po przegranym meczu narzekał, że trenujemy w parku. Przecież wiedział, jak wygląda nasza infrastruktura. Trenujemy w parku i jeszcze chwilę będziemy tam trenować. Dopiero budujemy infrastrukturę. To nie było sprzyjające.

Słyszałem opinie, że Nikolicius nieodpowiedzialnie podchodził do wydatków. Podpisze się pan pod tym?

Jeśli chodzi o same wydatki, nie stanowiły dla mnie problemu - były akceptowane. Natomiast większe zastrzeżenia miałem do jakości na dziś oraz do wyników.

Nikolicius przeprowadził latem rewolucję kadrową. Na papierze transfery robiły wrażenie, na boisku już mniej. Który z letnich transferów uważa pan za najlepszy?

Tych ruchów było bardzo dużo. Być może nie przy każdym była odpowiednia atencja. Ale na ocenę jest jeszcze za wcześnie - w przyszłości może ona wyglądać inaczej. Jeśli chodzi o cenę zakupu zawodnika versus jego wartość, są to wartościowe transfery. Zobaczymy, jak nowy trener poukłada drużynę. Bardzo ciekawym napastnikiem jest Sebastian Bergier. Strzela gole, utrzymuje stabilną formę i pokazuje charakter. Symbolizuje nowy Widzew. Mam nadzieję, że Bergier utrzyma formę, a pozostali piłkarze będą grać na jego poziomie.

Jest jakiś piłkarz, który pana zawiódł?

Nie chcę oceniać zbyt pochopnie w krótkim okresie. Dajmy czas. Moim zdaniem to się trochę zmieni. Jeżeli po roku ktoś nadal będzie zawodził, to uznamy go za nieudany transfer. Zdaje sobie sprawę, że będzie procent niewypałów transferowych. To jest naturalny proces budowy drużyny. Gdyby wszystko się udało, to byłoby olbrzymie szczęście. Trzeba być jednak realistą.

Zrobiliśmy dużo transferów i skupmy się na tym, co jest pozytywne. W letnim okienku mogliśmy nie robić żadnych zmian, ale wtedy nie mielibyśmy w kadrze Ricardo Visusa, Mariusza Fornalczyka czy Bergera.

Andi Zeqiri miał być perłą w koronie, ale do tej pory najlepiej wypadł na sesji foto po ogłoszeniu transferu. Na boisku nie widać jakości.

Wstrzymajmy się jeszcze z krytyką i oceną tego transferu. Andi nie grał długo. Oceńmy go po okresie przygotowawczym. Być może się sprawdzi, być może nie.

To jest najdroższy piłkarz w historii Widzewa. Podobno też zarabia najwięcej w lidze. Kibice od takich graczy wymagają najwięcej. I już się zastanawiają, czy warto było tyle płacić.

Opinia publiczna lubi szukać negatywów i rozumiem to, ale ja śpię spokojnie. Musimy podejmować decyzje i próbować. Jeżeli Andy się nie sprawdzi, nie będzie to koniec Widzewa. W następnych 10-15 latach takich sytuacji będzie więcej. Biorąc pod uwagę nasze plany długoterminowe, to nie jest ryzyko. W kwartale, w miesiącu może jest, ale nie w dłuższej perspektywie.

Po Zeqiriego poleciał pan prywatnym samolotem. Jak wyglądały kulisy tego transferu?

Poproszono mnie o pomoc w rozmowach. To był piątek, koniec okienka transferowego. Potrzebowaliśmy drugiego napastnika. Mieliśmy wcześniej inne opcje, ale wypadły z różnych względów. Wokół mojego lotu zrobiono story. Były flightradary, wizyty na lotnisku. Dla mnie to też było nowe. Jak lecę na negocjacje magazynowe, to nikt mnie nie śledzi.

Jak się pan z tym czuł?

Odczułem pierwszy dyskomfort. Nie było to dla mnie przerażające, ale nowe. Brat spytał mnie, co robię w Szwajcarii. Dowiedział się o moim wyjeździe z internetu. Dużo osób obserwowało mój lot, interesowali się, kiedy wracam. Było dużo komentarzy. Zrobiła się z tego telenowela, ale to było niezamierzone. Tego nie było wcześniej w Łodzi, stąd takie podekscytowanie.

Dla dziennikarzy to też był temat, pewnie klikały się artykuły o tym locie i transferze. Co ciekawe, w ostatnim czasie staliśmy się chyba najbardziej medialnym klubem w Polsce. Nie zabiegaliśmy o to, mamy skromne podejście, a to wszystko samo wybuchło. Niektóre kluby bardziej się upubliczniają, a są mniej medialne niż Widzew.

Gdyby pan nie poleciał, to Zeqiri nie podpisałby kontraktu?

Nie wiem, ciężko powiedzieć. Nie zastanawiałem się nad tym. Poleciałem do Szwajcarii, żeby pokazać Zeqiriemu i jego menedżerom, że Widzew to jest projekt z przyszłością.

Później były negocjacje. W piłce i w biznesie negocjuje się podobnie?

Tak, identycznie. Być może jest trochę więcej personalnych emocji, bo chodzi o człowieka. To były moje pierwsze negocjacje z zawodnikiem i jego menedżerami. Jeśli chodzi o cenę i pensję, to uważam, że jest to obciążenie tego, który pensję pobiera. Ja oczekuję wyników.

W przypadku Zeqiriego na razie ich brakuje.

Zeqiri na razie wygląda słabiej. Bergier spełnia oczekiwania. Jak spojrzymy na te dwa transfery, to w ogólnym obrazie wygląda to już dużo lepiej. Rozumiem, że negatywna narracja lepiej się klika, ale wolę się skupić na tym, co działa. Przyzwyczaiłem się już, że po trzech słabszych meczach Widzewa pojawia się narracja, że coś obiecywałem. To jest wkładanie w moje usta słów, których nie powiedziałem.

Mindaugas Nikolicius obiecywał, że Widzew będzie walczył o puchary w tym sezonie. Na razie nic tego nie zapowiada. 

To jest sezon przejściowy, pierwszy etap budowy Widzewa. Nie chcę mówić o europejskich pucharach już w pierwszym sezonie. Zobaczymy, ile uda nam się ugrać. Po zmianach właścicielskich musimy ustabilizować klub. Mieć odpowiednie osoby na odpowiednich stanowiskach. W każdym okienku transferowym planujemy poprawiać jakość drużyny. Nie jesteśmy zmuszeni do sprzedaży zawodników.

Zatrudniamy zawodnika i obserwujemy go w jakimś okresie. Jeżeli jest nam nie po drodze, to się rozstajemy. Jak ktoś nam pasuje, to zostaje. Tak było z Juljanem Shehu. Miał ofertę, mogliśmy go sprzedać, ale uznaliśmy, że jest elementem nowego Widzewa, i go zatrzymaliśmy. Jeżeli będziemy robić takie ruchy w każdym okienku, to w pewnym momencie będziemy mieli topowy skład.

Oferta za Shehu była atrakcyjna finansowo?

Dla starego Widzewa była atrakcyjna, dla nowego już mniej.

Zbigniew Boniek w "Prawdzie Futbolu" u Romana Kołtonia mówił, że Nikolicius chciał oddać Shehu. Potwierdzi to pan?

Nie chcę oceniać, czy chciał sprzedać, czy nie. Jako klub nie chcieliśmy go sprzedawać. Dla mnie sprzedaż Shehu nie miała najmniejszego sensu.

Żałuje pan, że dał Nikoliciusowi monopol na władzę w Widzewie?

 Nie. Gdy przejąłem klub, to zaufałem osobom, które już w nim pracowały. Od początku powtarzałem, że jeśli nie będzie wyniku sportowego, to odpowiedzialny za to i poddany ocenie będzie dyrektor sportowy. Tak też się stało. Gdybym cofnął czas, to niczego bym nie zmienił. Przed chwilą słyszałem opinie, że w Widzewie jest za dużo dyrektorów. Teraz słyszę narzekania, że zwolniliśmy Niko. Nie dogodzimy wszystkim.

Jak wszedł pan do klubu, to był zaskoczony, ile zarabiają piłkarze w Polsce?

Trochę tak. Ale wiem, ile płaci się na zachodzie, więc zaskoczenie było mniejsze. Być może w Polsce zarabia się trochę powyżej jakości. To akurat uważam za pozytywne, bo liga staje się atrakcyjna dla zawodników. Piłkarz ma krótką karierę i element finansowy jest bardzo ważny.

Widzew płaci dużo?

Na pewno jesteśmy w czołówce ligi. Mam taką obserwację, że w polskiej lidze jest trochę taki "kult dziadostwa". Jeśli ktoś płaci mniej, to niby wygląda lepiej. No nie, w tej sytuacji wygląda gorzej. Czasami słyszę, że klub nie zatrudnił jakiegoś piłkarza, bo ten był za drogi. To oznacza, że kogoś nie stać na transfer, a zasłania się tym, że dba o klub. Tak naprawdę przedstawia go w złym świetle. W moim biznesie tak to nie działa. A w piłce widzę, że niektórzy się chwalą, że płacą mało. To jest robione pod publikę, ale biznesowo wygląda słabo. Nie chcę być dumny z tego, że nie wziąłem zawodnika, bo on chciał za dużo zarabiać.

Trener Jovicević może spać spokojnie? Dwie-trzy porażki nie spowodują, że straci pracę?

Wiadomo, niczego nie można zagwarantować, ale trzeba dać trenerowi tyle czasu, ile trzeba. Była idea, żeby poczekać ze zmianą trenera do zimowego okienka. Ale chcieliśmy, żeby trener wcześniej miał czas na pracę z zespołem. Chodziło o to, żeby zobaczył, co działa, a co nie. Czego brakuje i co trzeba poprawić. Zimą nie będziemy robić kolejnej rewolucji kadrowej. Planujemy wzmocnić skład i dostosować go do stylu nowego trenera.

Ile Widzew zamierza wydać zimą na transfery?

Mam nadzieję, że tak mało, jak się da, ale to nie jest kluczowe. Chcemy podnieść jakość zespołu kilkoma ruchami transferowymi. Postawimy na konkrety. Pion sportowy razem z trenerem już identyfikują potrzeby.

A według pana gdzie są te potrzeby?

Wygląda na to, że w defensywie. Defensywny pomocnik, obrońcy. Te formacje były trochę niedoszacowane w letnim okienku. Nie chcemy robić dużych zmian, bo to też niesie za sobą pewne konsekwencje.

Szatnia Widzewa nie jest za bardzo międzynarodowa?

Chcielibyśmy, żeby w kadrze było więcej polskich piłkarzy. Mam nadzieję, że w zimowym okienku dołączą do nas Polacy. To da nam widzewski charakter, więcej identyfikacji z klubem. Ale to też jest kwestia jakości i dostępności zawodników.

Widzew daje panu radość czy mimo wszystko więcej jest złości i rozczarowania?

Po porażkach, zwłaszcza tych w słabym stylu, są nieprzespane noce. Ale nie zmienia to faktu, że Widzew jest moim życiem i misją.

Przeczytaj źródło