Więcej nas łączy, niż dzieli. Co kryją ukryte przekazy międzypokoleniowe?

2 tygodni temu 21
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Relacje
  4. >
  5. Więcej nas łączy, niż dzieli. Co kryją ukryte przekazy międzypokoleniowe?

Alina Gutek

27 grudnia 2025

Ilustracja johnwoodcock/Getty Images

Ilustracja johnwoodcock/Getty Images

Transgeneracyjna historia rodziny jest jak łańcuch wydłużany przez kolejne ogniwa. My dodajemy swoje, a kto robił to wcześniej? Rozwikłanie tej zagadki może być fascynującą przygodą, odkrywającą rodzinne tajemnice.

Tekst pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 12/2025.

Małgorzata Piera, filolożka, autorka książek i zielarka, wcześniej nie miała potrzeby grzebania w historii rodziny, chociaż była świadoma białych plam na jej kartach. – Wszystko zaczęło się od śmierci mamy w czerwcu 2021 roku – opowiada. – Mama nie była szczególnie rodzinna, nie utrzymywała bliskich relacji z kuzynami. Znałam jej siostry, nie poznałam natomiast dalszych krewnych ze strony jej ojca, a mojego ukochanego dziadzia Władysława, który pochodził spod Tarnowa. Wiedziałam tylko o istnieniu cioci zakonnicy, siostry dziadzia, oraz jego brata Franciszka. Nie odwiedzaliśmy w dzieciństwie tej części rodziny, a to wtedy buduje się więź. Kiedy mama zmarła, pojawiła się myśl: niczego się więcej nie dowiem. Wcześniej usiłowałam ją pytać o różne fakty, ale odpowiadała krótko, niechętnie. Potem dowiedziałam się dlaczego. Porządkując rzeczy po śmierci mamy, Małgorzata znajduje metryki urodzenia siostry jej ojca, owej zakonnicy. Z niej dowiaduje się, jak mieli na imię jej pradziadkowie, a dziadkowie mamy. Okazuje się, że w tej rodzinie było więcej osób niż tylko te, o których słyszała.

Małgorzata po latach opisze te skomplikowane rodzinne powiązania w książce dla rodziny, zatytułowanej „Uśpiona historia”.– Ten tytuł oddaje całą prawdę o tajemnicy mojej rodziny ze strony dziadka – uważa. – Od momentu, kiedy dotarłam do imion pradziadków, zaczęła się moja refleksja nad przeszłością rodziny, pojawiło się mnóstwo pytań. Co mam z tym dalej zrobić, nie jestem przecież historyczką? Gdzie szukać? Na moje szczęście pracowałam wtedy w muzeum. I poruszyłam ten temat w korytarzowych rozmowach. Okazało się, że kolega kolegi, genealog Mateusz Reczek, autor książki „Lichwin i okolica na kartach dziejów”, zajmuje się dokładnie tym obszarem, skąd pochodził mój dziadek. Pomyślałam: niesamowita koincydencja! Znak, że trzeba temat drążyć.

Genealog dotarł do informacji o rodzinie Gosi, sięgających końca XVIII wieku. Z nich dowiedziała się na przykład, że jej ukochany dziadziuś był najmłodszym z ośmiorga rodzeństwa. Do tej pory wiedziała od swojej cioci tylko to, że nie chciał nic mówić o przeszłości, bo miał strasznie ciężkie dzieciństwo. Ale dlaczego straszne – nikt nie mówił. Odpowiedź nadeszła od genealoga. Otóż dziadzio Władzio został osierocony w wieku pięciu lat, rok po roku (1917, 1918) zmarli oboje rodzice – mama na zapalenie płuc, ojciec na tyfus. Dzieci rozdzielono po rodzinie w Rychwałdzie koło Tarnowa. Ta trauma została przykryta milczeniem na długie lata.

Gosia: – Dziadzio był jedną z najukochańszych osób we wczesnym okresie mego życia. Obdarzył mnie bezwarunkową miłością. Jego zdjęcie stoi u mnie na honorowym miejscu. Odszedł w wieku 58 lat, jak miałam osiem lat. Nie zdążyłam porozmawiać z nim na poważne tematy. Śmierć dziadka odbieram jako koniec dzieciństwa. Przez całe życie czułam niedosyt wiedzy o nimi jego korzeniach. Jego ojciec po śmierci pierwszej żony ożenił się z młodszą od siebie o 30 lat kobietą, mamą dziadka Władka. Zastanawiałam się, czy dziadzio wiedział o istnieniu stryja Jana, którego odkryłam dopiero niedawno. Dlaczego nie mówił nic o starszym rodzeństwie, którego potomków ostatnio poznałam?

Przerwanie międzypokoleniowego przekazu Gosia tłumaczy tym, że – po pierwsze – dziadek został osierocony, a gdy dorósł, ożenił się i przeprowadził do Tarnowa, nie opowiadał najbliższym o swej niełatwej historii rodzinnej (choć kontakty z rodzeństwem utrzymywał). Po drugie – wojna spowodowała, że nie ocalały żadne zdjęcia, zapiski, nic. Dlatego tak duże znaczenie miały dla niej informacje zdobyte przez genealoga. Okazało się, że całe życie tej gałęzi jej rodziny toczyło się w Rychwałdzie koło Tarnowa.

Czytaj także: Jak mierzyć się z mrocznym dziedzictwem i po co w ogóle do tego wracać?

Anne Ancelin Schützenberger, profesorka psychologii na uniwersytecie w Nicei, stworzyła w latach 80. ubiegłego stulecia termin psychogenealogia. To nauka łącząca psychologię (w tym psychoanalizę) z genealogią, badająca wpływ ukrytych przekazów międzypokoleniowych – czyli skrywanych emocji, traum, wzorców i nierozwiązanych problemów – na losy potomków. Jak pisze w książce „Psychogenealogia w praktyce”, efekt terapii tą metodą polega na tym, że człowiek odkłada na bok bagaż przeszłości, zaczyna ją rozumieć, akceptować, opuszczać i w rezultacie przestaje być uwarunkowany przez rodzinną przeszłość. Według psycholożki psychogenealogia może pomóc człowiekowi zrozumieć jego własne życie, wybory zawodowe i osobiste, oświetlić drogę, która niekoniecznie musi być naznaczona traumą, ale na przykład niewytłumaczalnymi lękami czy cierpieniem.

Gosia żyła z takim irracjonalnym lękiem w młodości. Bardzo bała się zajść w ciążę, urodzić dzieci, choć oczywiście chciała je mieć. Nie miała pojęcia, skąd te obawy się biorą. I w trakcie pracy nad swoim drzewem dowiedziała się, że w jej rodzinie ( jak w wielu w Galicji) kobiety rodziły po 10, a nawet 15 dzieci, z czego trzy czwarte umierało. Czytała kolejne metryki swoich przodków podesłane przez genealoga: urodził (urodziła) się tego i tego dnia, zmarł (zmarła) trzy tygodnie później, z przyczyn naturalnych. – Jak można nazwać taką śmierć naturalną? – pyta. – Bardzo to przeżyłam i opłakałam. Doświadczyłam jednocześnie swego rodzaju katharsis. Bo wcześniej nie rozumiałam, dlaczego tak bardzo obawiałam się posiadania dzieci. Bałam się podświadomie, bo przecież nie znałam tych faktów. I nagle przede mną ukazała się prawda – tyle dzieci umierało w mojej rodzinie, więc te śmierci są w moim DNA, jak mówi francuska psycholożka, Anne Ancelin Schützenberger. Oczywiście to była ich trauma, ale ja, potomkini, odczuwałam z tego powodu niewytłumaczalny lęk. Teraz zrozumiałam dlaczego.

Ilustracja Sylwia Krachulec

Ilustracja Sylwia Krachulec

Schützenberger zauważa, że wielu ludzi na świecie nie ma dostępu do historii swojej rodziny. Dotyczy to w szczególności dzieci adoptowanych, których rodzice są nieznani, dzieci wychowanych w sierocińcach. Dotyczy to także wielu emigrantów, którzy całkowicie zerwali ze swoimi korzeniami, z pamięcią rodzinną. Co wtedy? Psycholożka pociesza: „Nawet jeśli nie znamy historii rodzinnej, możemy odnaleźć swoje miejsce w świecie. Często zyskujemy sobie rodzinę duchową, wartą więcej niż wszystkie rodziny biologiczne świata, na przykład podczas psychoterapii grupowej. Daje nam to poczucie bezpieczeństwa potrzebne do życia, o czym znakomicie wiedzą niezłomne dzieci”. Zawsze jednak warto nie poddawać się w poszukiwaniach biologicznych korzeni. Bo dzięki temu można któregoś dnia otworzyć zatrzaśnięte na długie lata drzwi.

Gosia pamięta ten dzień: otrzymuje metryki urodzenia rodzeństwa dziadka Władysława Walkowicza i co widzi? Adnotację: Jan (brat Piotra, ojca jej dziadka) zmarł w Detroit w 1899 roku. Genealog wyjaśnia, że jej przodek wyjechał do Ameryki za chlebem. Gosia myśli, że amerykańska rodzina może nie wiedzieć o polskiej. Ona nigdy od nikogo nie słyszała o istnieniu amerykańskiej. Wiadomo – nikt nie interesował się losem kogoś, kto nie dawał znaku życia, kto nie pisał listów. Potem odkryła, że jednak Jan pisał listy. W ponadstuletnim notatniku Piotra, jego syna, zachował się początek jednego z nich. Po wielu latach przetłumaczyła go Amerykanom. Dostaje też informację o statku Hungaria, którym 20 sierpnia 1884 roku płynęła z Hamburga do Nowego Jorku sześcioosobowa rodzina Jana Walkowicza: on, żona Rozalia, czworo ich dzieci, które pozostały z dziewięciorga urodzonych: najstarsza Anna miała wtedy 20 lat, Józef – 15, Piotr – 13, a najmłodszy Wojciech – dwa lata. – Taka rodzina emigrantów to był precedens – wyjaśnia Gosia. – Bo na ogół wyjeżdżali ojcowie, często kilkakrotnie, i wracali z zarobionymi pieniędzmi, za które stawiali domy, jak zresztą na Podhalu dzieje się do dzisiaj. Emigrujące rodziny były w mniejszości. Jan i Rozalia w marcu 1884 roku sprzedali wszystko, co mieli: pole, dobytek, dom. Zachował się akt sprzedaży dokonanej u notariusza w pobliskim Tuchowie. Gosia konstatuje wtedy: rodzina amerykańska tam, ona tu. Jak ich odnaleźć? – Pomogło mi szczęście, a właściwie LinkedIn. Cały czas miałam uczucie prowadzenia, jakby ktoś nade mną czuwał.

Zaczęła sprawdzać Walkowiczów, rozsyłając do wytypowanych osób o tym nazwisku specjalny list ze szczegółami. Pozytywny skutek przyniosła trzecia próba. Odpowiedział Dan Walkowicz: „Tak, to ja jestem synem Piotra i wnuczkiem Jana ze statku. My też szukaliśmy korzeni. Dam ci kontakt do Jeffa, syna mojej siostry Patrycji – nasz dziadek Peter też płynął tym statkiem”.

I zaczęła się korespondencja, wymiana metryk. Amerykańscy Walkowiczowie przez cztery pokolenia szukali informacji, skąd pochodzą, bo pierwsi osadnicy, Jan i Rozalia, nie mieli ze sobą metryk. Zachował się tylko notes ich syna z pożółkłymi kartkami i wyblakłym pismem – ma ponad 100 lat. Przywożą go do Polski. Gosia bierze go do ręki i na drugiej stronie widzi niewyraźne, pochyłe pismo: „Rychwałd, powiat Tarnów”. Gdyby amerykańska rodzina rozszyfrowała ten napis wcześniej, byłoby jasne, skąd pochodzili.

Czytaj także: Poszukiwanie przodków: Moda na odkrywanie rodzinnej historii

Gosia wsparła się genealogiem, ale drzewo można tworzyć samodzielnie. Od czego zacząć? Karolina Szlęzak, Stowarzyszenie Twoje Korzenie w Polsce: – Zawsze zaczynamy od siebie. Bierzemy zwykłą kartkę albo posiłkujemy się programem genealogicznym i spisujemy wszystko to, co pamiętamy na temat przodków. Czyli: imiona, nazwiska, daty i miejsca urodzenia oraz śmierci. Tak naprawdę to bardzo ciekawe ćwiczenie. Pokazuje, jak ulotna jest nasza pamięć. Pamiętamy różne daty, świętując razem z członkami rodziny, ale jeśli odejdą dziadkowie i babcie, gdy nie było nas na świecie, to nie znamy tych dat i różnego rodzaju kontekstów, więc nie mamy co pamiętać.

Drugim krokiem, jaki radzi zrobić Karolina Szlęzak, jest zwrócenie się do osób w rodzinie, które wiedzą więcej. Przy czym warto pytać różne osoby, bo każdy z nas zapamiętuje przeszłość inaczej – to, co pamiętamy, niekoniecznie jest spójne z tym, co pamiętają inni. Najwięcej wiedzy mają oczywiście najstarsi członkowie rodziny, więc do nich, póki żyją, dobrze jest się zwrócić.

Trzeci krok to wykorzystanie tego, co znajdziemy w domowym archiwum. – Żartujemy często, że każdy z nas je ma, na przykład pudełko po butach, w którym są stare zdjęcia, dokumenty, akty stanu cywilnego, dowody osobiste, książeczki zdrowia, dokumenty dotyczące własności, dziedziczenia – mówi Karolina Szlęzak. – To cenne informacje na dobry początek. Ale w budowaniu drzewa genealogicznego nie chodzi tylko o fakty. Daty są ważne, bo można je umieścić na drzewie. Ale jeżeli uda nam się dotrzeć do prywatnych dokumentów, pocztówek, pamiętników, relacji, życiorysów, notatek spisanych ręką przodka, to możemy go lepiej poznać, zobaczyć w jakimś kontekście, dowiedzieć się na przykład, jaki zawód uprawiał. Najpierw jednak zawsze budujemy ten core, czyli rdzeń. Możemy posiłkować się tym, co znajduje się na tablicach nagrobnych. Co ważne, bardzo wiele archiwów jest już zdigitalizowanych i zindeksowanych, nie trzeba jeździć na cmentarze, można je odkrywać online. Większość cmentarzy w Polsce jest zinwentaryzowanych albo są w trakcie tego procesu, więc jest coraz łatwiej korzystać z baz danych.

Ilustracja Sylwia Krachulec

Ilustracja Sylwia Krachulec

Kinga Urbańska ze Stowarzyszenia Twoje Korzenie w Polsce: – Jako Stowarzyszenie służymy pomocą wszystkim zainteresowanym. Jesienią organizujemy cykl genealogicznych webinarów z Muzeum Emigracji w Gdyni, między innymi na temat tego, jak szukać informacji o przodkach w ramach indeksów cmentarnych.

Kinga Urbańska zwraca uwagę na to, jak bardzo ważna jest konsekwencja. Bo na początku może nas frustrować mała liczba informacji, a potem – wraz z kolejnymi źródłami – zniechęcać ich przerost.– Dlatego bardzo dobrze jest od początku porządkować je w ramach programu genealogicznego albo stworzyć w Excelu tabelkę, bo to ułatwia bieżącą pracę, a po drugie – sprawia, że jej efekty będą bardziej dostępne dla osób, z którymi będziemy się chcieli nimi podzielić. Chodzi też o to, żeby stworzyć profile naszych przodków. A te tworzy się na podstawie pięciu informacji genealogicznych, o których mówiła Karolina. Ważne są zarówno miejsca związane z życiem przodków, bo wskazują, gdzie przechowywana jest dokumentacja, jak i ich wyznanie.

Karolina Szlęzak wyjaśnia, dlaczego tak istotne jest odrobienie tej pracy domowej. Otóż dlatego, że w Polsce obowiązuje ochrona danych osobowych do 100 lat od urodzenia danej osoby. Jeżeli dotrzemy do informacji o dziadkach, pradziadkach, to dochodzimy do okresu, który zazwyczaj już nie jest objęty ochroną danych osobowych. Czyli dokumenty dotyczące tych osób są prawdopodobnie w archiwum państwowym, archidiecezjalnym, diecezjalnym albo parafialnym. – Ale zanim pobiegniemy do archiwum – radzi Karolina Szlęzak – co powinno być jednym z ostatnich etapów naszej pracy, możemy korzystać z baz tworzonych online. Dla osób wyznania rzymskokatolickiego najważniejsze są archiwa kościelne, ale część z tych dokumentów będzie również w archiwum państwowym. Najpierw więc je sprawdzamy, na przykład poprzez bazę Szukaj w Archiwach – to największa baza stworzona przez archiwa państwowe.

Czytaj także: Nie tylko kolor oczu i włosów. Co dziedziczymy po rodzicach?

Istnieją też bazy tworzone przez wolontariuszy, genealogów pasjonatów, którzy pracując nad swoją genealogią, dotarli do wielu źródeł parafialnych, diecezjalnych i je zindeksowali. Największą tego typu bazą jest Geneteka tworzona przez Polskie Towarzystwo Genealogiczne i wielu wolontariuszy w Polsce i za granicą. Liczy ponad 60 milionów indeksów urodzeń, zgonów, małżeństw ludzi mieszkających w przeszłości na terytorium Polski albo w granicach dawnej Polski, w tym indeksy ukraińskie, białoruskie, litewskie. Takich baz jest bardzo dużo, w wielu z nich są odniesienia do skanów na stronach archiwów państwowych. – Można skorzystać też z usług profesjonalnych genealogów – dodaje Kinga Urbańska. – Nasze Stowarzyszenie również świadczy taką usługę. Bo, nie ukrywajmy, pewne genealogiczne niuanse wymagają bardziej pogłębionego warsztatu. Do 1918 roku mamy bowiem do czynienia z dokumentacją dotyczącą naszych przodków w czterech językach: łacinie, polskim, niemieckim i rosyjskim. A są jeszcze dokumenty pisane odręcznie. Wymaga to więc znajomości kontekstu historycznego, wiedzy o tym, jak zmieniały się nasze granice. Wykonujemy takie poszukiwania na zlecenie, ale chcę mocno podkreślić, że bezpłatnie podpowiadamy, jak to zrobić samodzielnie, można od nas dostać taką konsultację, poradzimy, gdzie szukać dokumentów.

Karolina Szlęzak: – Zachęcamy ludzi do samodzielnego wykonania pracy u podstaw. Bardzo zależy nam w Stowarzyszeniu na inspirowaniu do zainteresowania się genealogią, do przeżycia tej przygody. Stworzyliśmy podręcznik o tym, jak samodzielnie stworzyć swoje drzewo.

Genealożki podkreślają, że często potrzebna jest wiedza historyczna do zrozumienia historii rodziny. One, tworząc drzewo genealogiczne amerykańskiemu senatorowi Berniemu Sandersowi, znalazły świadectwa szkolne jego prapradziadków i rodzeństwa pradziadka. Widniały na nim same niedostateczne oceny. Karolina Szlęzak: – Nie mogliśmy zostawić Berniego z taką informacją, bo mógłby pomyśleć, że miał mało ambitnych przodków. A tak nie było. Wiemy, jak wyglądało życie na wsi, że dzieci musiały pracować. W przypadku rodzin żydowskich ważniejsza niż szkoła polska była ta religijna. Zawsze mówiąc o genealogii, powtarzamy, że badając historię rodziny, poznajemy też historię przestrzeni, w której ona żyła. I nie znając historii tej przestrzeni, bardzo trudno odpowiedzieć na wiele pytań, które się pojawiają. Genealogia i historia małych ojczyzn są bardzo mocno ze sobą powiązane, są właściwie nierozerwalne. Istnieje jeszcze genealogia genetyczna, której źródłem jest nasze DNA, w odróżnieniu od genealogii klasycznej, gdzie pracuje się na dokumentach. Jak podkreślają genealożki, w większości przypadków to, co pokazuje nasze DNA, odpowiada temu, co jest na wykresie genealogicznym i w dokumentach. Poza wyjątkami, kiedy ojcowie nie wychowują swoich biologicznych dzieci. Zatem genealogia genetyczna daje odpowiedź na to, czego nie ma w dokumentach.

Istnieje kilka portali, gdzie zarejestrowane są wyniki testów genetycznych, na przykład MyHeritage, Ancestry. Jak działają? Zobrazować to można na przykładzie Karoliny Szlęzak, która zrobiła sobie test DNA i jej wynik został umieszczony w ogólnoświatowej bazie w ramach portalu Ancestry. Po pewnym czasie dostała informację z Brazylii – o osobach, które również wykonały ten test i mają zbliżone do niej fragmenty DNA, wskazujące na pokrewieństwo. Okazało się, że jej pradziadek wyemigrował do Brazylii. Kinga Urbańska: – Ta metoda sprawdza się u osób adoptowanych, które nie mają pojęcia, skąd pochodzą, kim byli przodkowie. Test DNA zwiększa prawdopodobieństwo dowiedzenia się czegokolwiek o swoich korzeniach.

Czy jest coś takiego jak gen Polaka? Genealożki często są o to pytane.– Nie ma – odpowiada Karolina Szlęzak. – Jest po prostu gen charakterystyczny dla mieszkańców Europy Środkowo-Wschodniej, czyli Czechów, Słowaków, Ukraińców, Rosjan, Białorusinów. W jego ramach są wydzielone podgrupy, na przykład bałtycka, aszkenazyjska. To wynika z historii Polski, przez którą przechodziły różne armie, pozostawiając tu swoje geny. Trzeba zauważyć, że im więcej osób zrobi sobie badanie DNA, tym łatwiej będzie można odnaleźć swojego pobratymca. I może wtedy uda się określić gen Polaka. Kinga Urbańska: – Miałyśmy kiedyś taki pomysł, żeby zrobić testy naszym politykom. Byłybyśmy ciekawe rezultatów i tego, jak wpłynęłyby one na postrzeganie na przykład imigrantów czy szeroko pojętego pochodzenia,

Karolina Szlęzak: – Nasze poszukiwania genealogiczne, a także testy DNA pokazują, że Polska była przez wieki krajem wielonarodowym, wielokulturowym, wielowyznaniowym. I ta różnorodność jest w nas zapisana. Jeszcze się z tym nie spotkałam, żeby ktoś miał 100 procent genów środkowoeuropejskich, zawsze są jakieś domieszki żydowskie, niemieckie, szwedzkie, rosyjskie. Więcej nas łączy, niż dzieli.

– Warto robić testy DNA? – pytam.Karolina Szlęzak: – Myślę, że najpierw dobrze zrobić sobie badania genealogiczne na podstawie dokumentów, a dopiero potem test DNA. Możemy wtedy skonfrontować te dwa rodzaje źródeł wiedzy o rodzinnej przeszłości, ewentualnie szukać jakichś niuansów.

Dla obu pań, historyczek z wykształcenia, genealogia to w pierwszej kolejności zawód, ale też przygoda. Sporządziły wiele drzew dla swoich klientów. Po co ludziom taka wiedza? Karolina Szlęzak uważa, że dla satysfakcji, bo wiemy, skąd pochodzimy, bo możemy chwalić się przodkami. Ale – przestrzega – możemy poczuć się też rozczarowani. Kinga Urbańska opowiada, że jej tata całe życie twierdził, że Urbańscy mają pochodzenie szlacheckie, z czym związany jest herb i historia przekazywana z pokolenia na pokolenie. – Ale kiedy sprawdziłam dokumenty związane z Urbańskimi, to nic takiego nie znalazłam. Oczywiście jako historyczki nigdy nie mówimy nigdy.

Karolina Szlęzak: – Myślę, że jest w nas głęboko zakorzeniona potrzeba bycia zapamiętanym. Bo nasze życie przemija, a skoro znaleźliśmy przodków i ich uwieczniliśmy na drzewie, to żywimy nadzieję, że nas też potomkowie nie zapomną. Może nie do końca robimy to świadomie, ale taka potrzeba stopniowo w nas się odzywa. Jesteśmy konsekwencją decyzji i życia naszych przodków. Poznanie tych decyzji i tych konsekwencji, dobrych i złych, na pewno pomaga odnaleźć się w dzisiejszym świecie. Genealogia to element łączący, niezależnie od tego, po której stronie politycznego sporu się znajdujemy, jakie są nasze zainteresowania. To ciekawy temat do rozmów, choćby przy wigilijnym stole. To też wartościowy sposób spędzania czasu w rodzinie, międzypokoleniowy, bo często oznacza współpracę między dziećmi i seniorami.

Kinga Urbańska: – Bombarduje się nas dzisiaj wieloma informacjami. W dużej mierze to, kim jesteśmy, wynika z tego, czym jesteśmy bombardowani. A prawda o nas zapisana jest w genach, czyli też w tym, co przeżyli nasi przodkowie. Odkrywanie korzeni jest więc sposobem na zrozumienie samego siebie, ale z drugiej strony – na uhonorowanie przodków. Każda z osób na naszym drzewie była potrzebna, żebyśmy byli tu, gdzie jesteśmy.

Czytaj także: Ucieczka z krainy dzieciństwa – jak wyjść z rodzinnych traum?

Co Gosi dało odkrycie historii swojej rodziny? Po pierwsze to, że wypełniły się białe plamy w księdze życia jej rodziny, że odnalazły się brakujące ogniwa w łańcuchu pokoleń.

– Drugi bonus był taki, że poczułam się silna – mówi. – Dowiedziałam się, że oto pochodzę z rodziny, której członkowie mieli odwagę i siłę, żeby wyjechać w nieznane. Bo nigdy wcześniej nie byli w większym mieście, nie jechali pociągiem, nie płynęli statkiem. Ale się odważyli! Emigracja do Ameryki była dla nich jak lot w kosmos. Znieśli ciężkie warunki podróży na statku i potem w obcym mieście Detroit, gdzie budowali życie od nowa. Pokazali niebywały hart ducha, siłę i determinację. Przetrwali. Zatem ja też dam radę, bo czym są moje trudności wobec tych, jakie były ich udziałem!

Podkreśla, że wiedza o przodkach uczy akceptacji gorszych momentów w życiu. Oni znieśli trudy i jeszcze byli szczęśliwi! Zobaczyła, jak wiele łączy ją z przodkami. Przede wszystkim podobne zainteresowania związane z ziemią, naturą, rolnictwem. Patrycja z Ameryki jest z wykształcenia biolożką, miała farmę, jak pradziadek i dziadek. Gosia jest pasjonatką ziół, uprawia je m.in. na działce w Klimkówce koło Wysowej. W swojej ,,Chatce pachnącej miętą” prowadzi warsztaty zielarskie. To tam gościła amerykańską rodzinę. Śmieje się, że zioła połączyły rodzinę na zawsze – teraz wysyłają sobie z Patrycją zdjęcia nasadzeń, konsultują się, radzą. Co więcej, jedna z nowo poznanych kuzynek, która od lat mieszka w Rychwałdzie, interesuje się ziołami. – Jest trochę młodsza ode mnie, też ma na imię Małgosia i stworzyła minifarmę lawendy i ziół, podobnie jak ja. Gdy przyjechaliśmy do niej z amerykańską rodziną, poczułam, jakby zamknęło się koło. Bo właśnie z tego miejsca wyjechali 141 lat temu Jan i Rozalia. A teraz przyjeżdżają tu ich potomkowie. Przyjęto nas ciepło i gościnnie. Jemy razem obiad, potem podwieczorek w ogrodzie, w miejscu, gdzie stała chata, w której urodzili się mój dziadziuś i Jan ze statku. Czy to nie jest niesamowite?

Ilustracja Sylwia Krachulec

Ilustracja Sylwia Krachulec

Rodzinie amerykańskiej zajęło trochę czasu, zanim przyjechali do Polski, obawiali się wojny w Ukrainie. W końcu w lipcu 2025 roku przylatują z USA, ze stanu Michigan, wnuk i dwie wnuczki Piotra (syna Jana i Rozalii) oraz ich współmałżonkowie: Dan z żoną Patti, Patrycja z mężem Calem i Diane. Witają się wzruszeni do łez. To uczucie nie opuszcza ich przez cały pobyt w Polsce. Największe ich wzruszenie Gosia widzi, kiedy odwiedzają cmentarz koło Pleśnej. Tu od XVIII wieku chowani byli wszyscy z ich rodziny, także dzieci zmarłe tuż po urodzeniu.

W rodzinie jest dużo Janów, więc Gosia nadaje im przydomki: Jan z Ameryki, Jan z Rychwałdu, syn Jan z ojca Jana. – Połapanie się w imionach to jedyna trudność wynikająca z odkrycia nowej rodziny – śmieje się. – Bo tak naprawdę to mam same pozytywy. Odczuwam olbrzymią ulgę, wiedząc, skąd jestem, znając osoby z mojej najbliższej rodziny. Cieszę się, że poznałam nowe kuzynki z Rychwałdu (córki Jana Walkowicza): Beatę i wspomnianą Małgosię, mamy o czym rozmawiać. Posiadanie wspólnego DNA nie sprowadza się tylko do wspólnych genów, na pewno implikuje cały zestaw zarówno pozytywnych, jak i trudnych spraw, bo dowiadujemy się o rodzinnych traumach. Ale poznanie swojego drzewa genealogicznego, wiedza o tym, jak sobie radzili moi przodkowie, spektakularne przykłady ich odwagi, mocno mnie z nimi związały, dając poczucie pewności i osadzenia. Symbolicznym dopełnieniem tej historii, jaka wydarzyła się po obu stronach oceanu, był dar amerykańskiej rodziny – album z nieznanymi nam dziejami następnych pokoleń Walkowiczów, potomków Jana i Rozalii.

Gosia już wie, skąd jest. Choć od 19. roku życia mieszkała z rodzicami w Sosnowcu (tata był inżynierem górnikiem), potem w wymarzonym Krakowie, to teraz wie, że tak naprawdę pochodzi od strony dziadków mamy z okolic Tarnowa. Uświadamia sobie, że przez lata chodziła po tych samych śladach, co przodkowie, bywała na tej samej stacji w Mysłowicach ( jeżdżąc do Krakowa na studia), skąd zaczęli swoją podróż pociągiem Jan i Rozalia z rodziną. – A po naszych śladach będą chodzić następne pokolenia – mówi. – Te ślady układają się w gruby warkocz doświadczeń, przeżyć, sytuacji, które właściwie nigdy się nie kończą, bo moim zdaniem jesteśmy tu po to, żeby się rozwijać.

Dopiero teraz Gosia zrozumiała mamę. Nie miała z nią łatwej relacji. A teraz wie, skąd brał się jej lęk. Mama, jako najstarsza z sióstr, doświadczyła, czym jest wojna, głód, dlatego całe życie przywiązywała wagę do jedzenia, tęskniła za dobrobytem. Gosia wie, że to wszystko z poczucia braku odczuwanego w dzieciństwie. – Domknęłam rodzinne koło, zobaczyłam całą złożoność relacji przodków, poznałam ich ciężkie życie. Ta wiedza pomogła mi się zintegrować, przyniosła spokój, i w tym sensie był to proces uzdrawiający. Mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że poszukiwanie korzeni spełniło w moim przypadku funkcję terapeutyczną.

A co z jej lękiem przed posiadaniem dzieci?

– Oczywiście dawno dałam sobie z nim radę, urodziłam dwóch wspaniałych synów. Tak naprawdę zajęłam się poszukiwaniem korzeni dla nich, aby pomóc im rozjaśnić i poznać dzieje przodków, ponieważ wiedza, skąd pochodzimy, daje siłę i pewność. Uważam, że tworzenie drzewa genealogicznego to nie tylko działania wstecz, grzebanie w przeszłości, ale ruch w kierunku przyszłości, następnych generacji. Bo jesteśmy tylko i aż ogniwem w łańcuchu pokoleń.

Autopromocja

Przeczytaj źródło