Do awarii doszło podczas czwartkowego startu rakiety Sojuz z misją MS-28 do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS). Na jej pokładzie było trzech kosmonautów: dwóch Rosjan i Amerykanin, którzy bezpiecznie dotarli do celu. Sam lot przebiegł bez problemów, ale podczas startu rakieta uszkodziła stanowisko startowe. Według wstępnych ocen specjalistów bardzo poważnie - wyłączając je z użytku na niekreślony czas. To pierwszy raz od lotu Jurija Gagarina, kiedy Rosjanie nie są w stanie wysyłać ludzi w kosmos.
To nie tak miało być
Zniszczeniu uległ specjalny pomost techniczny, który w czasie przygotowań do startu znajduje się pod spodem rakiety. Stanowisko startowe Sojuzów to konstrukcja z połowy lat 50. XX wieku, czyli z początków radzieckiego programu kosmicznego. Jest to wielka betonowa płyta, osadzona na filarach nad dużym wykopem, który pozwala rozpraszać potężny strumień gazów wylotowych, generowanych przez silniki podczas startu. W środku płyty znajduje się otwór, w który wstawiana jest rakieta. Jej koniec wisi nad pustką i poniżej poziomu owej płyty. By umożliwić dostęp techników do dolnej części rakiety, podczas przygotowań do startu wsuwany jest masywny metalowy pomost techniczny. Obsługa, która na nim stoi, może między innymi podłączać przewody z paliwem i dokonywać ostatnich inspekcji silników. Tuż przed startem pomost jest odsuwany i chowany za specjalną osłoną przeciwogniową.
Ten system zadziałał prawidłowo podczas ponad tysiąca startów rakiet rodziny Sojuz. Tym razem jednak coś poszło nie tak. Zdjęcia i nagrania, wykonane po starcie misji MS-28, pokazują, że cały pomost techniczny z jakiegoś powodu spadł na dno wykopu pod stanowiskiem startowym. Na czas odpalenia rakiety musiał być odsunięty na bok, bo inaczej proces nie przebiegłby rutynowo. Na dostępnych nagraniach pokazujących moment odpalenia jednostki, też nie widać żadnych anomalii, choć trzeba zastrzec, że wideo nie pokazuje dokładnie tego, co dzieje się pod stanowiskiem startowym. Być może wibracje podczas startu w jakiś sposób odblokowały zabezpieczenia platformy i ta w sposób niekontrolowany wysunęła się ze swojego ukrycia, przetoczyła pod stołem startowym i spadła po jego drugiej stronie do wykopu. Rosjanie na pewno mają wszystko na nagraniach, bo kamer na wyrzutni jest dużo.
Plotki, podawane na rosyjskich forach specjalistycznych i przez dziennikarzy zajmujących się tą tematyką, wskazują na przyczynę wypadku. Przez nieadekwatne finansowanie i brak odpowiedniego nadzoru jakość pracy techników na Bajkonurze miała spaść do tego poziomu, iż najprawdopodobniej zapomnieli prawidłowo zablokować platformę serwisową w jej schronie. Strumień gazów wylotowych rakiety mógł ją z niej wyssać i potem sama już potoczyła się po torach ku przepaści.
Klatka z transmisji startu misji MS-28, na której widać platformę na dnie wykopu:
Niezależnie od przyczyn, skutki są takie, że stanowisko startowe nr 31 na kosmodromie Bajkonur na razie nie nadaje się do użytku. Jest jedynym, z którego mogą startować rosyjskie misje załogowe. Wszystkie pozostałe na kosmodromach Plesieck i Wostoczny nie mają odpowiedniej dodatkowej infrastruktury oraz certyfikacji, przez co nadają się tylko do lotów bezzałogowych. Co więcej, stanowisko nr 31 było używane do wszystkich lotów na ISS, w tym też bezzałogowych statków zaopatrzeniowych Progress (następny miał polecieć 21 grudnia). Nie wiadomo jak długo może trwać usuwanie awarii, ale w międzyczasie istotna część rosyjskiego programu kosmicznego pozostanie sparaliżowana. Chodzi o miesiące, a być może lata, bo wszystko zależy od dostępności zapasowego pomostu i skali uszkodzeń pod stanowiskiem startowym. Na szczęście minęły już czasy, kiedy rosyjskie statki były jedynymi, które mogły dowozić ludzi na ISS. Amerykanie robią to teraz również sami.
Symptom rozkładu
Wypadki się zdarzają, jednak w przypadku tego konkretnego, nie sposób nie wspomnieć o ogólnej zapaści rosyjskiego przemysłu kosmicznego. Kiedy na wszystko brakuje pieniędzy, brakuje też na utrzymanie infrastruktury, a to podnosi ryzyko takich wydarzeń. Roskosmos, państwowy koncern kontrolujący praktycznie cały rosyjski program i przemysł kosmiczny, już od wielu lat zmaga się z problemami finansowymi. Sytuacja jest typowa dla wielu sektorów rosyjskiej gospodarki. W czasach ZSRR cechowała ją znaczna rozbudowa, okres świetności i początkowo nawet pozycja globalnego lidera. Potem nastąpiła stagnacja, a ostatecznie zapaść po rozpadzie imperium. Jednocześnie nadal ma ona ogromne znaczenie symboliczne, ideologiczne i propagandowe, czemu towarzyszą duże ambicje. To dlatego na papierze Rosja ciągle chce budować nową stację kosmiczną, eksplorować Księżyc, Marsa i ogólnie być ważnym graczem, odpowiednio do swoich mocarstwowych pretensji. Przez pewien czas fundamentalne problemy maskowało zapotrzebowanie na wynoszenie satelitów z całego świata na względnie tanich rosyjskich rakietach. Eldorado dewizowe trwało do około 2013/2014 roku, ale zostało całkowicie przejedzone.
Kiedy kolejne problemy i katastrofy podważyły wiarygodność Rosjan, doszły sankcje za agresję na Ukrainę, a w USA zaczęła rosnąć konkurencja w postaci SpaceX, nastąpił krach. O ile przez pierwszą dekadę XXI wieku rosyjskie rakiety rok w rok odpowiadały za ponad połowę globalnych startów, tak rok 2025 zamkną z wynikiem około 5 procent. Całkowita zapaść dokonała się na przestrzeni ponad dekady. Jednocześnie pogarszająca się sytuacja budżetowa Rosji dodatkowo dociskała Roskosmos z drugiej strony. Po 2014 roku roczne wydatki na cały przemysł i program kosmiczny oscylowały w rejonie trzech miliardów dolarów, co było określane przez specjalistów jako zupełnie nieadekwatne do potrzeb. Poza tym realnie było to zazwyczaj jeszcze około 10 procent mniej, niż planowano. Kiedy doda się do tego klasyczną korupcję (z symptomatycznym przykładem budowy kosmodromu Wostocznyj) i skrajną nieefektywność (Roskosmos zatrudnia około 170 tysięcy ludzi, SpaceX Elona Muska około 10 razy mniej), to trudno spodziewać się innego efektu niż zapaść.
Wymownym jej przejawem był sierpniowy list nowego dyrektora firmy Energia do załogi. Energia to nie byle firma, ale symbol, filar i najważniejszy element Roskosmosu. Jest kontynuatorem pierwszego radzieckiego biura konstrukcyjnego i fabryki rakiet z lat 40., utworzonych pod kierownictwem legendarnego dla Rosjan Siergieja Korolowa - ojca ich programu kosmicznego i rakietowego. Energia odpowiada dzisiaj m.in. za rakiety Sojuz, kapsuły załogowe i statki towarowe Progress. "Sytuacja jest krytyczna. Długi na wiele milionów dolarów. Oprocentowanie pożyczek, które pożera budżet. Liczne procesy, które są nieefektywne. Znaczna część zespołu straciła motywację i poczucie odpowiedzialności" - pisał Igor Maltsew, który został dyrektorem Energii zaledwie trzy miesiące wcześniej. "Musimy przestać okłamywać siebie i innych, że wszystko z nami jest ok. Uratować nas może tylko cud" - pisał w liście do załogi, który wyciekł do rosyjskich mediów.
Z kosmosu nie znikną, ale przestali się liczyć
Nie oznacza to oczywiście, że rosyjski program kosmiczny całkowicie zniknie. Przede wszystkim dlatego, że potrzebuje go państwo. Zwłaszcza wojsko, które jest aktualnie głównym klientem branży kosmicznej. Satelity szpiegowskie i telekomunikacyjne jakoś trzeba umieścić na orbicie i nie są to ładunki, które można wynieść rakietami innych państw. Same te satelity trzeba też opracować i wyprodukować. To jednak zupełnie inna skala potrzeb niż w czasach, kiedy znaczna część świata wynosiła swoje ładunki w kosmos na rosyjskich rakietach.
Rosjanie mają nawet kilka nowych modeli rakiet. Wśród nich jest lekka Angara 1.2, która teoretycznie ma przejąć wynoszenie większości satelitów wojskowych z kosmodromu Plesieck od zmodyfikowanych starszych Sojuzów 2. Jest też cięższa Angara A5. Ich rozwój i produkcja są jednak bardzo powolne. Od pierwszego lotu próbnego w 2014 roku do dzisiaj łącznie odpalono zaledwie 12 Angar. Nie ma informacji wskazujących na zwiększenie tego tempa w kolejnych latach. Równocześnie trwają prace nad nową rakietą o mylącej nazwie Sojuz-5, która tak naprawdę ma niewiele wspólnego z rodziną Sojuz. Rozmiarami i możliwościami to odpowiednik Falcon 9, czyli konia roboczego firmy SpaceX, tylko rosyjska rakieta nie jest wielokrotnego użytku. Pierwszy egzemplarz Sojuz-5 niedawno trafił na Bajkonur i ma polecieć przed końcem roku. Podstawowym koniem roboczym Rosjan pozostaje jednak ciągle Sojuz-2, czyli zmodernizowany radziecki Sojuz, będący z kolei rozwinięciem rakiet R-7, czyli tych, które wyniosły w kosmos między innymi Jurija Gagarina.
Różnych planów i wizji innych nowych rakiet oraz statków kosmicznych Rosjanie mają wiele. Jest jednak ewidentne, że era, w której byli poważnym graczem w kosmosie, minęła. Ponieważ Kreml dla potrzeb wizerunkowych będzie potrzebował programu kosmicznego, więc prawdopodobnie ten będzie utrzymywany na kroplówce. Jednak po zakończeniu działania ISS pod koniec tej dekady lub na początku następnej, Rosjanie zostaną właściwie z niczym. Ewentualnie będą mogli zostać drugorzędnym partnerem Chińczyków w ich znacznie ambitniejszym i adekwatnie finansowanym programie kosmicznym.



English (US) ·
Polish (PL) ·