Siły zbrojne Rosji i Ukrainy są obecnie równorzędne i o losach wojny zdecyduje potencjał gospodarczy walczących stron. Europa, wspierając Ukrainę pieniędzmi, może przechylić szalę na korzyść Kijowa - pisze "Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung".
Fot. REUTERS/Stringer
"Chociaż każdy metr kwadratowy pod Pokrowskiem nasiąknięty jest krwią, od lipca 2024 r. Rosja przesunęła się zaledwie o 28 km. (…) Wojna zastygła w morderczej stagnacji, w której stracony jest każdy, kto poruszy się na terenie obserwowanym przez roje zabójczych dronów. Po stronie rosyjskiej ginie dziennie 1033 żołnierzy" - pisze Konrad Schuller w niedzielę we "Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung" (FAS).
Ponieważ front nie posuwa się ani do przodu, ani się nie cofa, już dziś należy przyjąć, że wygra ten, kto dłużej wytrzyma straty w ludziach, pieniądzach i zapasach materiałowych. "Losów wojny nie rozstrzygnie prawdopodobnie spektakularny przełom, lecz zgromadzone rezerwy. Komu wcześniej się wyczerpią, ten przegra" - tłumaczy autor, były korespondent gazety w Polsce i Ukrainie.
Zobacz wideo W Niemczech jest potencjał na jeszcze bardziej prawicową partię niż AfD
O zwycięstwie zdecydują potencjał ekonomiczny i rezerwy
Na pierwszy rzut oka można by wyciągnąć wniosek, że to Rosja zwycięży. Ma trzy i pół razy więcej ludności, a jej terytorium jest 28 razy większe. Przy bliższym spojrzeniu widać, że przewaga ludnościowa nie przyniosła Rosji zwycięstwa. Putin pragnie spokoju w kraju i posługuje się prawie wyłącznie najemnikami z obszarów na peryferiach kraju. Liczba zabitych z Republiki Baszkortostanu jest sześciokrotnie wyższa niż z okolic Petersburga - czytamy w "FAS".
Natomiast w Ukrainie jest obowiązkowa służba wojskowa, walczy cały kraj, front trzyma się. Obie armie są obecnie równorzędne - o losach wojny zdecyduje ekonomiczna wytrwałość. Pod tym względem przewaga Rosji wydaje się być na pierwszy rzut oka oczywista. Produkcja dronów rośnie, eksport ropy i gazu trwa. Jednak wskutek sankcji, zyski spadają, podatki rosną, wzrost gospodarczy słabnie, a czołgi wysyłane na front pochodzą z dawnych rezerw.
Czy Putin sięgnie po metodę Stalina - kałasznikowy zamiast konsumpcji?
Jeżeli Putin chce nadal zwiększać produkcję uzbrojenia, musi sięgnąć po metodę Stalina z II wojny światowej - kałasznikowy zamiast konsumpcji i szpitali. W ten sposób Putin ryzykowałby bunt w Petersburgu i Moskwie - pisze Schuller.
Autor zastrzegł, że na tym polu Ukraina była do tej pory jeszcze słabsza niż Rosja. Ma co prawda doświadczonych żołnierzy i najbardziej innowacyjną technikę zbrojeń. Brakuje jej jednak środków do masowej produkcji. "Najgenialniejsze prototypy nie pomogą, jeżeli brakuje pieniędzy i hal fabrycznych na masową produkcję" - tłumaczy dziennikarz "FAS".
Europa rzuca na szalę pieniądze
Zdaniem "FAS" tutaj właśnie Europejczycy mogą odegrać decydującą rolę. "Od kiedy Ameryka chwieje się, Friedrichowi Merzowi i jego kolegom zaczęło świtać, że mogą stać się marionetką wielkich mocarstw, jeżeli Putin po pokonaniu Ukrainy będzie miał wolną drogę na Zachód. Dlatego UE rzuca na wagę swoją najsilniejszą broń - pieniądze i jako zabezpieczenie, zamrożone aktywa agresora" - pisze autor.
"Europa pokazuje, że może pomóc, stając się zapleczem potrzebnym Ukrainie do złamania rosyjskiej woli niszczenia w wojnie na wyczerpanie. To może się udać. PKB Rosji wynosi 2,5 bilionów euro, kraje UE mają PKB o wartości 21 bilionów euro - osiem razy większe. Muszą tylko częściej solidarnie i z determinacją rzucać swój potencjał na szalę" - czytamy w konkluzji komentarza w "FAS".
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!







English (US) ·
Polish (PL) ·