To idealny film na końcówkę roku. Ukazuje przemijanie i starość na różnych poziomach. Wyreżyserował go mistrz

3 tygodni temu 16

„Młodość” Paolo Sorrentino to film, który nie tyle się ogląda, ile się w nim zanurza. Rozgrywający się w luksusowym alpejskim sanatorium w Davos dramat z 2015 roku jest medytacją nad czasem, ciałem i pamięcią. Dwaj przyjaciele — Fred i Mick — spędzają tu dni na rozmowach, obserwacjach i powolnym oswajaniu się z myślą, że wszystko, co najważniejsze, wydarzyło się już kiedyś.

Dwaj mężczyźni, dwie postawy wobec czasu

Fred, emerytowany kompozytor i dyrygent, odcina się od świata i od własnej przeszłości, odrzucając zaproszenie do występu przed królową Elżbietą II. Mick, reżyser, wciąż próbuje tworzyć — jakby ostatni film mógł zatrzymać czas i nadać sens temu, co nieuchronnie dobiega końca. Ich spotkanie staje się pretekstem do opowieści o przemijaniu, które nie boli mniej tylko dlatego, że jest pięknie sfilmowane.

Fred (Michael Caine) wybiera ciszę. Wycofanie. Kontemplację. Jego milczenie jest pełne żalu, ale i pogodzenia — jakby muzyka, którą nosi w sobie, była już wystarczająca. To postać zanurzona w pamięci, dla której teraźniejszość nie niesie już obietnicy.

Mick (Harvey Keitel) idzie w przeciwnym kierunku. Otoczony młodymi scenarzystami, pracuje nad swoim filmowym testamentem, desperacko próbując pozostać częścią świata, który pędzi dalej bez oglądania się za siebie. Jego energia zderza się jednak z brutalną świadomością końca — zarówno twórczego, jak i biologicznego.

Akcja filmu rozgrywa się w sanatorium położonym w szwajcarskich Alpach — miejscu, gdzie czas traci swoją linearność. To czytelne nawiązanie do „Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna, w której życie toczy się według innych zasad. U Sorrentino uzdrowisko staje się metaforą egzystencji: zawieszonej między tym, co było, a tym, co już się nie wydarzy.

Ciało jako świadek przemijania

Sorrentino z charakterystyczną dla siebie czułością i bezwzględnością zestawia młodość i starość. Gładkie ciała Miss Universe, energia młodego alpinisty czy świeżość młodych aktorów kontrastują z fizycznością kuracjuszy sanatorium — zmęczoną, niedoskonałą, czasem groteskową. Reżyser nie idealizuje starości, ale też jej nie ośmiesza. Pokazuje ją taką, jaka jest: cielesną, kruchą, nieuniknioną.

"Młodość" to film o tym, co tracimy — i o tym, czego już nie da się odzyskać. O miłości, która została w przeszłości. O pasji, która powoli gaśnie. O decyzjach, których nie da się cofnąć. Fred i Mick, choć różni, spotykają się w jednym punkcie: w świadomości, że czas jest jedyną rzeczą, nad którą nigdy nie mieli kontroli.

Sorrentino przypomina, że młodość nie zawsze ma związek z wiekiem. Jest raczej stanem ducha — zdolnością do ciekawości, do tworzenia, do bycia obecnym tu i teraz.

Przeczytaj źródło