Ten serial jest jak lukrowane pierniczki na choince. Za słodki i na dłuższą metę niestrawny, ale trudno mu się oprzeć...

3 tygodni temu 22

Płakałam ze śmiechu i przewracałam oczami na zmianę. Nowa „Emily w Paryżu” jest jak pudełko francuskich makaroników — pięknie opakowane, ale w środku kryje cukrową bombę i zjedzone naraz grozi skokiem insulinowym. Niby wiem, że niezdrowe, trochę sztuczne i wygląda ładniej, niż smakuje, ale gdy na Netflixie pojawia się nowy sezon, po prostu nie umiem sobie tego odmówić. „Emily w Paryżu” to moja guilty pleasure jak jedzone po nocy żelki, jadalny brokat czy piżama w jednorożce. I wcale się tego nie wstydzę. Przeciwnie, zawsze zjadam (i oglądam) do końca. Tak samo stało się w przypadku ostatniego, piątego sezonu.

„Emily w Paryżu”: fabuła

Przygody młodej Amerykanki Emily Cooper, która przyjeżdża do Paryża, a jej wiedza o Francji ogranicza się do wieży Eiffla, beretów i słowa "bonjour", podbiła serca widzów i doczekała się już pięciu sezonów. Pod koniec przedostatniego z nich Emily poznaje przystojnego Włocha Marcello, który ratuje ją z opresji na stoku i... kradnie jej serce (kolejny?!). I bardzo dobrze, bo niekończąca się opowieść jej byłego/przyszłego/niedoszłego związku z seksownym kucharzem Gabrielem, ciągnąca się przez wszystkie poprzednie sezony, była już nie do zniesienia. Tym razem Emily zamienia więc francuskiego szefa kuchni na włoskiego dziedzica modowej marki z tradycjami, a trochę oklepany już Paryż na Rzym. I to też całkiem dobra odmiana i odświeżenie fabuły. W Rzymie oczywiście nie może zabraknąć dream teamu Emily z pr-owej agencji Grateau, której właścicielka Sylvie (to dla niej głównie oglądam ten serial) decyduje otworzyć filię właśnie w wiecznym mieście. Emily nie zna chyba powiedzenia, by dwa razy nie wchodzić do tej samej rzeki, bo nagminnie popełnia ten sam błąd i znów łączy pracę z życiem prywatnym, co oczywiście jak zwykle kończy się klęską. Ale też jak zwykle z każdej opresji wychodzi cała (i cała na biało). I zawsze wygląda jakby właśnie zeszła z planu sesji zdjęciowej. Żeby jednak wrócić do meritum — Rzym okazuje się tylko tymczasowym przystankiem, na chwile pojawia się też Wenecja, ale tak naprawdę miejsce (i serce) Emily są w Paryżu, no bo gdzie indziej? A przypomina jej o tym nie kto inny, tylko oczywiście Gabriel, który postanawia rzucić wszystko, zostawić swoją wymarzoną restaurację i ruszyć w rejs dookoła świata, i to nie byle czym, tylko luksusowym jachtem bogatego biznesmena.

„Emily w Paryżu”: obsada

Nie byłoby „Emily w Paryżu” bez postaci drugoplanowych: wspomnianej już Sylvie, przyjaciółki Em Mindy i jej (eks)narzeczonego Nico, Luca czy ekschłopaka Cooper Alfiego. Obok Lily Collins jako Emily, mamy więc świetną Philippine Leroy-Beaulieu jako Sylvie, ikonę chłodnego francuskiego szyku i cynizmu, Lucasa Bravo jako Gabriela i Ashley Park jako Mindy, chińską dziedziczkę fortuny, która kradnie paryskie sceny (i serca). A w roli nowego włoskiego crusha Emily — Eugenio Franceschini.

„Emily w Paryżu”: recenzja

Zacznę od tego, że (na całe szczęście) to nie jest serial, który udaje ambitne kino. Jest jak perfekcyjna rolka z Instagrama super znanej influencerki – podkręcona filtrami, wyretuszowana i totalnie nierealna. Ale w tym właśnie tkwi jego fenomen. Nowy sezon jest jeszcze bardziej cukierkowy i jeszcze bardziej oderwany od rzeczywistości. Twórcy nawet nie próbują udawać, że pokazują prawdziwy Paryż. To raczej zbiór fantazji o Paryżu, i to raczej mało wyrafinowanych, opartych na najbardziej wyświechtanych kliszach i symbolach. Fabuła też jest do bólu przewidywalna, ze wszystkimi nagłymi zwrotami akcji, które są równie zaskakujące, co brak śniegu w święta. Jedyne, w czym momentami trudno się połapać, to status związku bohaterów, bo rozstają się, rotują i wracają do siebie jak w „Modzie na sukces”. Mimo, że jej kariera i życie uczuciowe się rozwijają, tytułowa Emily pozostaje tak samo infantylna i zagubiona jak w pierwszym sezonie. Wciąż popełnia te same błędy, wciąż nie nauczyła się francuskiego i popełnia kolejne gafy i faux pas. Ale oczywiście nawet tuż po przebudzeniu jest perfekcyjnie wystylizowana, uczesana i umalowana. Choć muszę przyznać, że w tym sezonie i tak irytowała mnie chyba najmniej. Czy przewracałam oczami na dialogi, które brzmią jak cytaty z memów o podrywaniu czy motywacyjnych kubków? Oczywiście. Tak samo, jak wkurzałam się na to, że serial znów powiela stereotypy (bo Emily choć niezależna, aktywna, robiąca karierę, dalej wierzy w miłość jak z bajki Disneya). Ale też nie mogłam oderwać oczu – od stylizacji, wnętrz, ujęć miasta. Ten serial jest jak teledysk w wersji haute couture. Piękni ludzie, piękne widoki, piękne ciuchy. Miłe dla oka i nieangażujące dla mózgu, idealne, aby leciało w tle, gdy coś robimy (np. świąteczną kapustę). Przyjemnie się to ogląda, natomiast nie zostaje w głowie ani w pamięci. Ale o to chyba chodzi w guilty pleasure, prawda?

„Emily w Paryżu” – gdzie obejrzeć?

Nowy sezon „Emily w Paryżu”, tak jak i wszystkie poprzednie obejrzysz na Netflixie. Przesłodzony, naiwny, przewidywalny? Wszystko prawda. W sam raz na świąteczne przejedzenie (którego oczywiście ani wam, ani sobie nie życzę).

Emily in Paris. (L to R) Lily Collins as Emily, Samuel Arnold as Julien, Bruno Gouery as Luc, Philippine Leroy-Beaulieu as Sylvie Grateau in Emily in Paris. Cr. Caroline Dubois/Netflix © 2025

Emily in Paris. (L to R) Lily Collins as Emily, Samuel Arnold as Julien, Bruno Gouery as Luc, Philippine Leroy-Beaulieu as Sylvie Grateau in Emily in Paris. Cr. Caroline Dubois/Netflix © 2025 mat. prasowe

Emily in Paris. Ashley Park as Mindy in Emily in Paris. Cr. Courtesy of Netflix © 2025

Emily in Paris. Ashley Park as Mindy in Emily in Paris. Cr. Courtesy of Netflix © 2025

Emily in Paris. (L to R) Lily Collins as Emily, Eugenio Franceschini as Marcello in Emily in Paris. Cr. Caroline Dubois/Netflix © 2025

Emily in Paris. (L to R) Lily Collins as Emily, Eugenio Franceschini as Marcello in Emily in Paris. Cr. Caroline Dubois/Netflix © 2025

Przeczytaj źródło