Spodziewali się tłumu uchodźców, przybyło niewielu. "To szczególnie niepokojące"

1 miesiąc temu 21

- Al-Faszir, oceniając na podstawie relacji ocalałych, jest po prostu miejscem zbrodni. Celowe ataki na ludność cywilną, o których słyszałem wielokrotnie, muszą się skończyć - mówił w niedawnym nagraniu podsekretarz Generalny ONZ ds. Pomocy Humanitarnej Tom Fletcher. Odwiedził on w tym miesiącu Sudan, gdzie ONZ-owskie agencje i organizacje międzynarodowe starają się pomóc cywilom, cierpiącym z powodu wojny domowej.

Zobacz wideo Polska organizacja wspiera szczepienie bydła w Etiopii

Pod koniec października pisaliśmy o tym, jak stolica Darfuru Północnego (jeden z regionów Sudanu) została zajęta po długim oblężeniu przez paramilitarne Siły Szybkiego Wsparcia (RSF), bojówkę walczącą z armią rządową. Relacje, nagrania - w tym wykonywane przez samych bojowników - oraz zdjęcia satelitarne pokazywały, że w mieście i jego okolicach dochodzi do masowego mordowania cywilów. 

Teraz w rozmowach z Gazeta.pl przedstawiciele organizacji humanitarnych opisują trwający kryzys w Sudanie i na jego granicach. Osoby wysiedlone ze swoich domów są w bardzo trudnej sytuacji, a jeszcze gorszy może być los tych, którzy nie są w stanie uciec. 

Uwięzieni cywile

Lekarze bez granic, którzy udzielają pomocy medycznej ofiarom konfliktu, już w ubiegłym roku zostali zmuszeni do opuszczenia Al-Faszir. Teraz działają w oddalonej o 60 km niewielkiej miejscowości Tawila oraz położonym nieco dalej Rokero. - To rejon rolniczy, w którym - mimo konfliktu dookoła - sytuacja pozostaje relatywnie stabilna. Dlatego przebywają tu tysiące osób wysiedlonych z innych części Północnego Darfuru - mówi nam Rabia Ben Ali, koordynatorka działań Lekarzy bez Granic w Rokero.

W szpitalach polowych pomagają osobom rannym w wyniku działań zbrojnych, ofiarom przemocy - także seksualnej - oraz osobom cierpiącym na ostre niedożywienie, w tym dzieciom. - Po ostatnich wydarzeniach zwiększamy skalę naszych działań, staramy się też zapewnić pomoc psychologiczną - mówi Ben Ali.

Liczba osób przybywających do nas z Al-Faszir jest niższa, niż się spodziewaliśmy - i to jest szczególnie niepokojące. To może wskazywać, że ludzie, którzy chcieliby uciec, którzy potrzebują pomoc humanitarnej i medycznej, nie mogą się do nas dostać.

Jak mówi koordynatorka, z relacji uchodźców wiadomo, że wydostanie się z okolic Al-Faszir jest bardzo trudne i bardzo niebezpieczne. - Uzbrojeni ludzie wymuszają pieniądze w zamian za zgodę na przejazd. W niektórych wsiach mieszkańcy są po prostu uwięzieni - podkreśla. 

Po tym jak Siły Szybkiego Wsparcia przejęły Al-Faszir, w mieście i jego okolicach zaczęło dochodzić do masowych egzekucji. Według relacji bojownicy rozdzielali kobiety i dzieci od mężczyzn, których później zabijali. Los tysięcy ludzi jest nieznany. 

Na zdjęciach satelitarnych analizowanych przez Laboratorium Badań Humanitarnych przy Szkole Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Yale widać prawdopodobne próby pozbycia się ciał zabitych w mieście ludzi. Obrazy wskazują, że milicja pali ciała zabitych ludzi oraz kopie masowe groby.

Sudańczycy ranni i głodujący

Choć większość z około 260 tys. mieszkańców Al-Faszir nie udało się wydostać z miasta, to i tak tysiące osób przybyły do ośrodków dla uchodźców. Są tam bezpieczne, jednak przy takiej skali potrzeb dostępne środki są niewystarczające.

- Już przed 26 października (kiedy paramilitarne RSF przejęły kontrolę nad Al-Faszir - red.)) w Tawili było ponad 700 tys. osób wysiedlonych, a środki, którymi dysponują tu organizacje pomocowe, pozwalają na pokrycie może 50 proc. potrzeb. Brakuje czystej wody dla wszystkich ludzi - według szacunków na jedną osobę przypada maksymalnie 1,5 litra wody dziennie. Szerzą się choroby zakaźne - relacjonuje Rabia Ben Ali.

Drugim poważnym zmartwieniem jest to, w jakim stanie są te osoby, którym udaje się do nas dotrzeć. To głównie kobiety i dzieci. W rejonie Al-Faszir nie ma pomocy humanitarnej i ludzie przybywają z poważnymi ranami - postrzałowymi, od odłamków - które nie były w żaden sposób opatrzone. W rozmowach powtarzają się relacje o torturach, przemocy seksualnej i braku jedzenia.

Samo Al-Faszir było oblężone przez ponad 500 dni przed tym, jak milicja ostatecznie przejęła nad nim kontrolę, a część wojsk rządowych wycofała się. - Przez oblężenie ludzie mierzyli się z niezwykle ograniczonym dostępem do żywności. Ta, która była na miejscu, była bardzo droga. Efektem tego jest ostre niedożywienie u co najmniej 20 proc. dzieci. Ludzie uciekają się do jedzenia karmy dla zwierząt gospodarskich. Do tego stopnia, że nawet jej ceny zaczęły drastycznie rosnąć - opowiada Ben Ali.

- Jako Lekarze bez Granic nieustannie prowadzimy negocjacje w sprawie dostarczania pomocy humanitarnej i zapewnienia możliwości przemieszczania się mieszkańcom Al-Faszir - podkreśla przedstawicielka organizacji. 

Cichy tłum uchodźców

W południowo-wschodniej części kraju uchodźcy uciekają przed wojną m.in. do sąsiedniego Sudanu Południowego (który odłączył się od kraju po długiej wojnie domowej). Po południowej stronie granicy działania pomocowe prowadzi Polska Akcja Humanitarna, a jej prezes Maciej Bagiński był na miejscu w październiku. 

- Do 10 listopada granicę z Sudanem Południowym przekroczyło 1,2 miliona ludzi. 65 procent z nich to dzieci. W dużej mierze są to osoby pochodzące z Sudanu Południowego, które lata temu szukały schronienia przed wojną domową, a teraz ponownie uciekają przed konfliktem - mówi Bagiński. 

Jak relacjonuje, w tak zwanym punkcie recepcyjnym dla uchodźców w Sudanie Południowym, choć cały czas przychodzą do niego ludzie, panuje zaskakująca cisza. - Nawet dzieci, które w różnych sytuacjach potrafią bawić się i śmiać, są tam bardzo ciche - podkreśla.

Uchodźcy docierają do granicy czasem tylko z małym tobołkiem rzeczy, niektórzy cierpiący na niedożywienie. Wiele jest małych dzieci. Bywa, że dzieci 5-letnie noszą na plecach niemowlęta. Dziennie przybywa tam nawet 1500 osób - mówi Bagiński i dodaje: - Nawet mimo skrajnie trudnej sytuacji w rozmowach z Sudańczykami przebija też wdzięczność za wsparcie. Zwracają uwagę na to, że pomoc płynie z odległej Polski.

Jak wyjaśnia, w takich miejscach, przy bardzo ograniczonym dostępie do wody i dużej liczbie ludzi, z łatwością rozprzestrzeniają się choroby takie jak cholera. - Nasze działania, finansowane zresztą przez UE, skupiają się na zapewnieniu dostępu do czystej wody i możliwości zachowania higieny - opowiada prezes PAH.

Zajmujemy się m.in. budową i remontem studni, stawianiem latryn i stacji do mycia rąk, a także edukacją z zakresu higieny. Monitorujemy jakość wody, zapewniamy też zestawy higieniczne. Skupiamy się na grupach wrażliwych, czyli dzieciach poniżej piątego roku życia, kobietach w ciąży i karmiących, osobach z niepełnosprawnościami.

Zmiana klimatu pogarsza sytuację

Główną przyczyną głodu w Sudanie jest konflikt, jednak destabilizująca pogodę zmiana klimatu tylko pogarsza sytuację mieszkańców kraju.

Jak mówi Rabia Ben Ali, nie tylko w Al-Faszir, ale w całym regionie ludzie mierzą się z bardzo wysokim poziomem niedożywienia. - Według klasyfikacji międzynarodowej mamy do czynienia z klęską głodu. To z jednej strony efekt działań zbrojnych, które odcinają ludziom dostęp do żywności lub uniemożliwiają uprawę roli. Ale z drugiej strony widzimy także wyraźnie efekty zmiany klimatu. Tegoroczna pora deszczowa była krótka, a deszcze mało obfite - to też napędza głód - wyjaśnia. 

Także prezes PAH zauważa, że katastrofa klimatyczna jest tam "bardzo odczuwalna". - Chociaż trwa pora sucha, to zdarzają się burze i bardzo ulewne deszcze. Można by pomyśleć, że to dobrze, bo woda jest potrzebna. Ale w obozach uchodźców oznacza to zalane schronienia, błoto na drogach. Dodatkowo pogarsza to zagrożenie chorobami zakaźnym, w tym malarią - mówi. 

 - Tysiące osób żyją w prowizorycznych schronieniach z blachy falistej, które potwornie nagrzewają się w słońcu. Jednocześnie zimą noce potrafią być bardzo zimne, a ludzie nieraz proszą nas np. o koce - relacjonuje Bagiński.

Przeczytaj źródło