Sabotaż planowany latami? Nowe ustalenia w sprawie dywersji na kolei

1 miesiąc temu 27

Nowe fakty ws. sabotażu na kolei ujawniają polskie władze. Karty SIM aktywowane były kilka lat temu. Podejrzanych zdaniem wiceszefa MSWiA może być więcej, a śledczy mówią o długotrwałej operacji.

Miejsce, w którym doszło do uszkodzenia torów Fot. Jacek Marczewski / Agencja Wyborcza.pl

MSWiA ujawnia nowe informacje

Nowe fakty w tej sprawie ujawnił wiceszef Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji Czesław Mroczek. Jak przekazał, karty SIM użyte do rejestracji i transmisji zdarzeń nie zostały zakupione w ostatniej chwili. Karty zostały aktywowane kilka lat wcześniej. Przygotowania mogły być więc rozłożone na lata i krąg osób może być szerszy niż cztery osoby. Śledczy analizują więc teraz, kto mógł uczestniczyć w operacji i jak długo była planowana. Według MSWiA to dowód, że działania sabotażowe mogły być elementem większej, długo przygotowywanej operacji. 

Prośba do Białorusi 

Wiceszef MSWiA zapowiedział, że lista podejrzanych może się wydłużyć. Polska wystąpiła już do Białorusi o wydanie dwóch osób, które śledczy uznają za bezpośrednich sprawców sabotażu. Mińsk zadeklarował współpracę przy ustalaniu ich miejsca pobytu. - Lepsza jest taka deklaracja niż gdyby Białoruś powiedziała, że nic w tej sprawie nie wiedzą - zaznaczył Mroczek. Służby uważają, że sprawa ma charakter międzynarodowy, a działania dywersyjne mogą być elementem szerszej operacji destabilizacyjnej.  

Zobacz wideo Polska otwiera granicę z Białorusią. Tusk przekazał datę

Sabotaż na torach 

W ostatnich dniach to kolejne nowe informacje dotyczące sabotażu na polskiej kolei, jakie wyszły na jaw. Przypomnijmy, w miejscowości Mika w województwie mazowieckim doszło do eksplozji ładunku, który uszkodził tor kolejowy. Kilkanaście godzin później, w pobliżu stacji Gołąb na Lubelszczyźnie, pociąg z 475 pasażerami musiał gwałtownie hamować z powodu zniszczonej sieci trakcyjnej. Śledczy łączą oba zdarzenia i wskazują na działania dywersyjne zlecone przez rosyjski wywiad. Postanowiono już o przedstawieniu zarzutów dwóm obywatelom Ukrainy. Wśród nich jest Jewhenij I., który - jak twierdzą służby - miał zostać zwerbowany w 2024 r. przez GRU. 

Z Charkowa pod Warszawę 

"Gazeta Prawna" ustaliła, że zatrzymany 20 listopada Wołodymir B. to obywatel Ukrainy, który przed wojną mieszkał w Charkowie. W 2022 r. przyjechał do Polski, osiedlił się pod Warszawą i prowadził własną działalność. Zajmował się usługami transportowymi, m.in. przewozem mebli. Jego żona i syn mieszkają na Krymie i posiadają rosyjskie paszporty. Według ustaleń "Gazety Prawnej" to na konto syna miały wpływać środki za współpracę z rosyjskim wywiadem wojskowym GRU. Prokuratura twierdzi, że mężczyzna regularnie jeździł na Krym, a także odwiedzał Biełgorod, Moskwę i Petersburg. Z komunikatu Prokuratury Krajowej wynika, że usłyszał zarzut pomocnictwa przy przygotowaniu i przeprowadzeniu sabotażu na linii kolejowej nr 7. 

Przewiózł sprawcę na miejsce

Według śledczych Wołodymir B. miał zawieźć Jewhenija I. w okolice Miki i Gołębia, gdzie przeprowadzono rozpoznanie terenu i wybór miejsc podłożenia ładunków. Prokuratura podkreśla, że to logistyczne wsparcie umożliwiło precyzyjne rozmieszczenie materiałów wybuchowych i urządzeń rejestrujących. Jewhenij I. po ataku uciekł do Białorusi. Mężczyźni mieli się przyjaźnić w czasach, kiedy obaj mieszkali w Charkowie. Wołodymir B. został zatrzymany 20 listopada i - jak zaznaczył rzecznik Prokuratury Krajowej - od tego momentu nie odzyskał wolności. Sąd zastosował wobec niego tymczasowy areszt. 

Google News Facebook Instagram YouTube X TikTok
Przeczytaj źródło