Relacjonują drogę przez piekło. "Upili się, zabrali nas na pustynię. I zagrozili, że zabiją"

1 miesiąc temu 20

Z jednej strony rabunki, tortury i morderstwa popełniane przez bojowników, z drugiej - głód i wycieńczenie. Z tym mierzą się mieszkańcy jednego z regionów Sudanu - Darfuru, a szczególnie miasta Al-Faszir. Przez większość trwającej tam wojny domowej było oblegane przez walczącą z rządem bojówkę RSF. Gdy w październiku przejęła ona kontrolę nad miastem, zaczęło dochodzić do zbrodni na ludności cywilnej.

Zobacz wideo Rosja udaje, że nie musi negocjować, a jest do tego zmuszona

A.M. był świadkiem śmierci swojej żony i córki podczas bombardowań miasta. Dzień po wejściu RSF, pod koniec października, wyruszył w czterodniową drogę do obozu uchodźców w miejscowości Tawila. Podczas marszu on i jego rodzina byli torturowani, bici i okradani. Po drodze musiał pochować swoją siostrzenicę, która zmarła z wyczerpania i głodu. - Nie była w stanie pokonać tak długiej trasy. Podróż była bardzo ciężka - mówił. Mimo tego mężczyzna dotarł do obozu z pozostałymi dziećmi, a także spotkanymi w drodze sierotami. 

Tę i inne relacje przekazała organizacja Lekarze bez granic, która prowadzi szpital polowy około 60 km od Al-Faszir, w obozie dla uchodźców w Tawili. Chociaż Sudańczycy, uciekający przed walkami i terrorem bojówek, znajdują tam schronienie, to sytuacja jest bardzo trudna - brakuje środków i zasobów do zapewnienia nawet podstawowych potrzeb.

A.M., 44 lata, stracił żonę i córkę podczas bombardowania w Al-Faszir. Stracił również kontakt z drugą żoną i pozostałą dwójką dzieci, którzy zostali w Al-Faszir. Podczas podróży do Tawili on i inni członkowie jego rodziny zostali pobici, znęcano się nad nimi i okradziono

A.M., 44 lata, stracił żonę i córkę podczas bombardowania w Al-Faszir. Stracił również kontakt z drugą żoną i pozostałą dwójką dzieci, którzy zostali w Al-Faszir. Podczas podróży do Tawili on i inni członkowie jego rodziny zostali pobici, znęcano się nad nimi i okradzionoFot. Natalia Romero Peuela

Ataki i tortury 

W toczącej się od ponad dwóch lat wojnie domowej w Sudanie, paramilitarne Siły Szybkiego Wsparcia (RSF) walczą z armią rządową. Ta druga - po długich walkach - kontroluje wschód kraju, m.in. Chartum, stolicę kraju i kluczowy port nad Morzem Czerwonym. Z kolei milicja RSF zajęła duże tereny na południowym zachodzie, w tym większość regionu Darfur, gdzie jednym z głównych miast jest Al-Faszir.

Korzenie RSF sięgają konfliktu w Darfurze sprzed 20 lat, kiedy rządzący wykorzystywali muzułmańską milicję przeciwko rebeliantom i ludności regionu. Wtedy także dochodziło do zabijania na masową skalę cywilów z innych grup etnicznych. Stany Zjednoczone uznały działania milicji (z których wywodzi się dzisiejsze RSF) za ludobójstwo. Teraz grupa, postrzegana jako kontynuacja ówczesnej milicji, znów dokonuje zbrodni w Darfurze. Potwierdzają to także osoby, które dotarły do szpitali polowych Lekarzy bez granic. 

Jak opisała medykom jedna z kobiet, podczas ucieczki z miasta ona i wiele innych osób wpadło w ręce milicji. - Zostaliśmy podzieleni na grupy - mężczyźni i kobiety. Bito nas, wyzywano okropnymi, rasistowskimi obelgami, niektórzy ludzie zostali zabici. Przez około trzy godziny przetrzymywano nas w palącym słońcu. Kobiety zostały ostatecznie zwolnione, ale mężczyźni zostali w tym upale. Odchodziłyśmy, nie wiedząc, czy żyją, czy nie. Nie znamy ich losu - opowiedziała. Jej mąż został zabity w ostrzale, a ona w końcu wraz z  dziećmi dotarła do obozu dla uchodźców. Cały ich dobytek stanowiły jedynie ubrania, które mieli na sobie. Byli w stanie niedożywienia, a jeszcze w Al-Faszir ich posiłki stanowiła karma dla zwierząt. 

I.O. i jej dwoje dzieci uciekli z Al-Faszir w piątek przed przejęciem władzy przez RSF. Podczas drogi byli świadkami śmierci wielu osób w wyniku intensywnego ostrzału, a sami padli ofiarą pobicia i rasistowskich obelg. Jej mąż zginął od pocisku, próbując zdobyć dla nich pożywienie

I.O. i jej dwoje dzieci uciekli z Al-Faszir w piątek przed przejęciem władzy przez RSF. Podczas drogi byli świadkami śmierci wielu osób w wyniku intensywnego ostrzału, a sami padli ofiarą pobicia i rasistowskich obelg. Jej mąż zginął od pocisku, próbując zdobyć dla nich pożywieniefot. Natalia Romero Peuela

- W dniu, w którym upadło Al-Faszir, zginęło wiele osób. Atakowali wszystkich, a ostrzał był bardzo intensywny - relacjonował lekarzom w obozie uchodźców w Tawili A.M.

Dotarcie tu pieszo z moimi dziećmi zajęło mi około czterech dni. Moja żona i córka zginęły w Al-Faszir. Moja siostrzenica zmarła w wiosce Garni i tam ją pochowaliśmy. Nie była w stanie pokonać tak długiej drogi. Podróż była bardzo ciężka. Bojownicy na motocyklach torturowali nas na punktach kontrolnych. Po tym jak okradziono mnie z wszystkich pieniędzy, musiałem błagać o pomoc. Znaleźliśmy dobrych ludzi, którzy nas tu przywieźli.

FI, 50-letni mężczyzna, był przetrzymywany przez dziesięć dni. Uzbrojeni mężczyźni bili go i wiązali mu sznur na szyi. Porywacze zażądali 10 milionów funtów sudańskich (15 tys. zł) za jego uwolnienie. - Upili się i zabrali nas na pustynię. Kazali nam położyć się w krzakach, bili nas i poniżali. Mówili, że nas zabiją i strzelali do nas ostrą amunicją - opowiadał. Ostatecznie, gdy mężczyzna zaczął chorować, a w jego rany wdało się zakażenie, porywacze puścili go wolno, gdy dostali okup w wysokości 500 000 funtów sudańskich (około 700 zł).

Inny mężczyzna dotarł do szpitala polowego z raną postrzałową - kula strzaskała mu piszczel. - Mój brat opatrzył ranę kartonem, położył mnie na wózku ciągniętym przez osła i tak tu dotarliśmy. Zajęło to trzy dni. Wyobrażacie sobie ten ból? - mówił. Lekarze udzielili mu pomoc, ale nogi nie dało się uratować - konieczna była amputacja. 

Podczas podróży okradziono nas z całego dobytku, ale dzięki Bogu podróżowaliśmy nocą. Ci, którzy wyruszyli w dzień, byli bici i zabijani. Widzieliśmy wiele ciał wzdłuż drogi, często po pięć lub sześć martwych osób. Niektórzy zginęli też z braku wody. 

A.M. został ranny w nogi podczas ataku na meczet w Al-Faszir. Mówi, że ceny żywności były bardzo wysokie, a w mieście ciągle dochodziło do grabieży i bombardowań

A.M. został ranny w nogi podczas ataku na meczet w Al-Faszir. Mówi, że ceny żywności były bardzo wysokie, a w mieście ciągle dochodziło do grabieży i bombardowańFot. Natalia Romero Peuela

Brakuje nawet wody

Ocalali, którzy docierają do Tawili, trafiają do obozów z już przeciążoną infrastrukturą. Przebywa tam ponad 650 tys. osób, które uciekły z domów w ciągu ostatnich dwóch lat, z czego większość przybyła tam w bieżącym roku.

- Warunki życia w obozach w Tawili są krytyczne - mówi Myriam Laaroussi, koordynatorka ds. sytuacji kryzysowych Lekarzy bez granic w Darfurze. - Ludzie znajdujący się w fatalnej sytuacji przybywają do miejsca, w którym nie ma wystarczających zasobów, aby zaspokoić ich podstawowe potrzeby: śpią w prowizorycznych namiotach zbudowanych z desek i prześcieradeł, a pomoc żywnościowa zapewnia tylko jeden posiłek dziennie dla najbardziej potrzebujących - opisuje.

Jak wyliczają Lekarze bez granic, w niektórych obozach średnio na jedną osobę przypada tylko 1,5 litra wody dziennie. Tymczasem minimalny próg humanitarny to 15 litrów.

Niepokojąca liczba uchodźców

Od końca października do Tawili dotarło około 10 tys. uchodźców. To stosunkowo niewiele, biorąc pod uwagę, że szacowana populacja  Al-Faszir wynosiła w połowie tego roku 260 tys. ludzi. To - jak pisaliśmy - budzi obawy organizacji humanitarnych, bo wskazuje, że większość mieszkańców może nie być w stanie uciec z terenu zajętego przez bojowników. Nie wiadomo też, ilu zostało zabitych. Relacje oraz analiza zdjęć satelitarnych wskazują, że w mieście i jego okolicach dochodzi do masowych egzekucji. 

- Zaczęliśmy przyjmować ludzi z Al-Faszir na tydzień przed zajęciem miasta. Początkowo były to głównie kobiety i dzieci, które były wyczerpane, niedożywione, odwodnione i przywiezione ciężarówkami. Po upadku miasta zaczęli pojawiać się również mężczyźni, z których większość miała rany pourazowe, postrzałowe - opisuje dr Mouna Hanebali, kierownik zespołu medycznego w szpitalu Tawila. Ani Lekarze bez granic, ani żadna inna organizacja pomocowa nie ma obecnie dostępu do zajętego przez milicję Al-Faszir.

Przeczytaj źródło