To trzęsienie ziemi, które odczujemy wszyscy. W piątek, 9 stycznia 2026 r., prezydent Karol Nawrocki powiedział stanowcze NIE nowym przepisom o Internecie. Jego weto do ustawy wdrażającej unijne DSA to zimny prysznic dla rządu i prezent dla wielkich korporacji. Mieliśmy zyskać ochronę w sieci, a zostajemy na dzikim zachodzie. Dlaczego ustawa trafiła do kosza i co teraz zrobią Google, Meta i inni?
rozwiń >
Prezydent Nawrocki blokuje bat na Facebooka i TikToka. Co piątkowe weto oznacza dla Twojego smartfona?
Miało być bezpieczniej, bardziej przejrzyście i sprawiedliwie. Zamiast tego mamy polityczny klincz i triumf wielkich korporacji. W piątek, 9 stycznia 2026 roku, kiedy większość Polaków myślami była już przy weekendzie, z Pałacu Prezydenckiego nadeszła wiadomość, która zelektryzowała branżę technologiczną, zwłaszcza Big Techy. Prezydent Karol Nawrocki zawetował kluczową ustawę, która miała uregulować działanie internetowych gigantów w Polsce.
O co tyle hałasu? Chodzi o ustawę z 18 grudnia 2025 r. o zmianie ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz niektórych innych ustaw (druk sejmowy nr 1757). Brzmi nudno? Może, ale to właśnie ten dokument miał dać polskim urzędom zęby i pazury do walki z bezkarnością gigantów technologicznych w sieci. To miało być nasze wdrożenie unijnego Aktu o usługach cyfrowych (Digital Services Act - DSA). Decyzja prezydenta sprawia, że te zęby właśnie zostały wybite, zanim zdążyły ugryźć, a pazury spiłowane.
Prezent dla Big Techów na Nowy Rok - działajcie jak dotychczas, w Polsce nic Wam nie grozi
Nie oszukujmy się – w siedzibach Facebooka (Mety), Google'a czy TikToka nikt z tego powodu płakać nie będzie. Wręcz przeciwnie. Weto prezydenta to dla nich idealny scenariusz. Dlaczego?
Unijne rozporządzenie DSA co prawda obowiązuje w całej Europie, ale żeby działało w praktyce w konkretnym kraju, potrzebne są przepisy lokalne. To one wyznaczają, jaki polski urząd ma prawo wejść do firmy, zrobić kontrolę i – co najważniejsze – wlepić karę za naruszenie lub zmusić do zaprzestania naruszeń. Bez ustawy, którą w piątek zablokował Karol Nawrocki, polskie organy państwowe są jak żołnierz bez karabinu. Mogą pogrozić palcem.
Dla globalnych korporacji oznacza to zyskanie bezcennego czasu. Każdy miesiąc opóźnienia to miesiąc bez surowych, krajowych kontroli. To miesiąc, w którym mogą działać po staremu, nie martwiąc się, że polski urzędnik zapuka do drzwi z nakazem zapłaty milionowej kary. Eksperci nie mają wątpliwości: to tymczasowy, ale wyraźny triumf platform internetowych.
Dalszy ciąg materiału pod wideo
Co to weto oznacza dla Ciebie i wszystkich użytkowników Internetu oraz platform cyfrowych?
Możesz zapytać: "A co mnie to obchodzi? Ważne, że Instagram działa". Otóż obchodzi Cię to bardziej, niż myślisz. Zawetowana ustawa miała wprowadzić szereg ułatwień dla zwykłych użytkowników oraz zmusić wielkie koncerny technologiczne do respektowania ich praw, zwłaszcza do prywatności.
Wyobraź sobie sytuację: algorytm YouTube’a pomyłkowo kasuje Twój film z wakacji, albo Facebook blokuje Ci konto firmowe, bo uznał, że sprzedajesz coś nielegalnego (choć sprzedajesz ręcznie robione świeczki). Do tej pory walka z gigantem przypominała kopanie się z koniem. Piszesz odwołania, dostajesz automatyczne i generowane odpowiedzi, nikt Cię nie słucha.
Ustawa miała to zmienić. Miała zmusić platformy do stworzenia jasnych, szybkich ścieżek odwoławczych w Polsce. Miała dać Ci możliwość poskarżenia się do polskiego urzędu, który zmusiłby portal do reakcji. Przez weto z 9 stycznia wracamy do punktu wyjścia. Jesteś nadal zdany na łaskę regulaminu napisanego prawdopodobnie w Kalifornii (Dolina Krzemowa - siedziba większości Big Techów) i humor sztucznej inteligencji, która moderuje treści.
SZYBKA SONDA - co myślisz o wdrażaniu Digital Service Act w Polsce?
Polityczna szachownica - układ sił na scenie nie sprzyja kontrowersyjnym zmianom
Dlaczego prezydent Nawrocki zdecydował się na tak radykalny krok? Weto to w polskim systemie opcja atomowa, ostatnio jednak powszednieje. Prezydent nie odesłał ustawy do Trybunału Konstytucyjnego, by sprawdzić jej zgodność z prawem. On po prostu powiedział od razu: nie podpiszę.
To stawia rząd w arcytrudnej sytuacji. Ustawa o zmianie ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną wraca teraz do Sejmu. Ale matematyka jest bezlitosna. Żeby odrzucić weto prezydenta, rządząca koalicja musiałaby zebrać większość 3/5 głosów. W obecnym układzie sił to zadanie z gatunku mission impossible.
W praktyce oznacza to, że ustawa w tym kształcie w zasadzie już ląduje w koszu. Rząd będzie musiał albo próbować dogadać się z prezydentem i napisać nową ustawę (co potrwa kolejne miesiące, w których korporacje i właściciele social mediów będą dalej śmiać się czegoś takiego jak "prawa i skargi użytkowników"), albo pogodzić się z porażką. W tym czasie Polska będzie czarną plamą na mapie cyfrowej Europy – krajem, który teoretycznie jest w Unii, ale w praktyce nie potrafi wdrożyć unijnych standardów ochrony internautów.
Czy grożą nam kary za brak ustawy wdrażającej Digital Services Act (DSA)?
To pytanie, które powinni zadać sobie wszyscy podatnicy. Unia Europejska nie lubi, gdy kraje członkowskie ociągają się z wdrażaniem kluczowych przepisów. Brak ustawy wdrożeniowej DSA może skończyć się tym, że Komisja Europejska straci cierpliwość i pozwie Polskę do Trybunału Sprawiedliwości UE. A stamtąd droga do kar liczonych w milionach euro dziennie jest już bardzo krótka. Jeśli do tego dojdzie, za polityczny spór na linii Pałac Prezydencki – Rząd zapłacimy my wszyscy.
Internet w Polsce nadal na dzikim zachodzie - silniejszy Big Tech wygrywa
Decyzja z 9 stycznia 2026 r. to coś więcej niż tylko podpis (a właściwie jego brak) na papierze. Jak się okazuje, regulowanie Internetu w Polsce wciąż budzi ogromne emocje i jest polem brutalnej walki politycznej.
Dla zwolenników prezydenta Nawrockiego może to być dowód na jego niezależność i niechęć do przyjmowania wszystkiego, co przychodzi z rządu czy Brukseli "jak leci". Dla krytyków – to dowód na to, że interesy polityczne są ważniejsze niż bezpieczeństwo polskich dzieci w sieci (bo DSA to też ochrona nieletnich) czy prawa konsumentów.
Jedno jest pewne: na razie w polskim Internecie nie zmieni się nic. I w tym konkretnym przypadku, brak zmian to zła wiadomość dla użytkowników, a doskonała dla prezesów Big Techów.






English (US) ·
Polish (PL) ·