Porody przy SOR-ach. Rozporządzenia wciąż brak a idea dzieli i wzbudza obawy

1 dzień temu 7
  • W powiatach, gdzie zamknięto oddziały położnicze, a do najbliższej porodówki jest co najmniej 25 km, szpitale miały mieć możliwość tworzenia tzw. stacji pośrednich. Rozporządzenie jednak utknęło w MZ
  • Strajk Kobiet apeluje do premiera o wstrzymanie prac nad projektem przewidującym tworzenie izb porodowych i powtórzenie konsultacji
  • Eksperci są podzieleni: krytycy ostrzegają przed brakiem dyżurów ginekologa i neonatologa, zwolennicy mówią o zabezpieczeniu „na wszelki wypadek”

Od stycznia br. szpitale bez porodówek miały zyskać możliwość realizowania całodobowej opieki położnych dla wykluczonych komunikacyjnie ciężarnych, w miejscowościach oddalonych od oddziałów położniczych o co najmniej 25 kilometrów. 

Kluczowym warunkiem było posiadanie szpitalnego oddziału ratunkowego lub izby przyjęć, wokół którego zrodziła się narracja, że po zmianach ciężarne będą rodziły na SOR-ach. I choć opublikowany projekt rozporządzenia nie zakłada przyjmowania porodów na oddziałach ratunkowych, a jedynie stawia zainteresowanym szpitalom wymóg ich posiadania, to koncepcja w dalszym ciągu dzieli ekspertów, wywołując przy tym obawy kobiet.  

Kobiety apelują do premiera. „To jasny sygnał: nie obchodzi nas, czy przeżyjecie poród”

Nieformalny, oddolny ruch społeczny i feministyczny, Ogólnopolski Strajk Kobiet wystosował 8 stycznia apel do premiera Donalda Tuska o wstrzymanie prac nad projektem i ponowne przeprowadzenie konsultacji z położnymi i pacjentkami. 

- „Po ponad 30 latach zakazu aborcji kobiety w ciąży wiedzą, że w sytuacji zagrożenia ich zdrowia lub życia system może zawieść. (...) Lęk stał się częścią doświadczenia ciąży w Polsce. Zamiast go zmniejszać, Ministerstwo Zdrowia proponuje rozwiązanie, które go pogłębia: możliwość porodów na SOR-ach i w izbach przyjęć. Dla kobiet - szczególnie w ciąży zagrożonej - to jasny sygnał: nie obchodzi nas, czy i jak przeżyjecie poród” - napisały w apelu do premiera aktywistki.  

Zwracają przy tym uwagę, że SOR nie jest miejscem, „które daje poczucie bezpieczeństwa”, a „położna nie powinna być zostawiona sama z odpowiedzialnością systemu”.

Pod apelem opublikowanym w sieci w formie petycji podpisało się do piątku popołudnia blisko 2,5 tys. osób. 

O to, „co za szatan wymyślił, żeby ogłosić potencjalnym matkom, że jak zajdą w ciążę, to będą rodziły na SOR-ach”, dopytywał dziś na antenie radia TOK FM ministrę Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk Jacek Żakowski. W odpowiedzi usłyszał, że szefowa resortu pracy i polityki społecznej, nie przypomina sobie rozmów o projekcie na posiedzeniu Rady Ministrów. Przyznała jednak, że lęk jest jedną z podstawowych barier stojących kobietom na drodze do podjęcia decyzji o założeniu rodziny.

- Niezależnie od tego, gdzie dochodzi do porodu, każda kobieta, która rodzi, powinna mieć zagwarantowane faktyczne bezpieczeństwo i powinno być ono tak wysokie, żeby oprócz faktycznego bezpieczeństwa, także czuła się bezpieczna i zaopiekowana. Zwłaszcza w sytuacji kryzysu demograficznego, kiedy podejmujemy szereg działań prorodzinnych - jak "Aktywny rodzic" czy babciowe - mówiła ministra. 

Tymczasem resort zdrowia w sprawie przyszłości rozporządzenia milczy. Z jednej strony przekonuje na oficjalnej stronie internetowej i w mediach społecznościowych do koncepcji w niej zawartej, z drugiej - dotąd nie skierował go do publikacji ani nie odpowiada na pytania, kiedy to zrobi. Mimo że jeszcze w grudniu gotowy był raport z przeprowadzonych konsultacji.

Porody bez porodówek. MZ przekonuje, że będą incydentalne 

Zmiany w organizacji opieki nad rodzącymi wymusza, jak przekonuje resort, demografia. Z roku na rok rodzi się coraz mniej dzieci. W 2024 r. na świat przyszło zaledwie 252 tys. dzieci, a w pierwszych trzech kwartałach 2025 ok. 181 tys. W efekcie są oddziały położnicze, które czekają w gotowości, ale przez wiele dni nie rodzi się tam żadne dziecko i część szpitali rezygnuje z porodówek. Tak było np. z ostatnim w Bieszczadach, oddziałem położniczym w szpitalu w Lesku. 

Zgodnie z projektem rozporządzenia MZ szpitale bez porodówek, ale z izbą przyjęć lub SOR-em, położone ponad 25 km od najbliższej porodówki, miałyby realizować nowe świadczenie: opieka nad kobietą w ciąży lub kobietą rodzącą realizowana przez położną. Miałaby to być rozwiązanie dla kobiet, które mieszkają w powiatach bez oddziału ginekologiczno-położniczego. 

Chodzi o to, aby w sytuacji ewentualnego porodu, zagwarantować pacjentce przyjęcie go na miejscu. Rozwiązanie gwarantowałoby:

  • zbadanie jej przez położną,
  • dokonanie oceny stanu zaawansowania akcji porodowej,
  • przetransportowanie pacjentki do podmiotu leczniczego, w którym znajduje się oddział położniczo-ginekologiczny.

W placówkach zostałyby wyodrębnione miejsca umożliwiające bezpieczne przyjąć porodu - tzw. izby porodowe, czyli osobne, odpowiednio wyposażone i przystosowane do tego pomieszczenia.

- To rozwiązanie dla sytuacji nagłych, gdyby kobieta ciężarna transportowana przez zespół ratownictwa medycznego poszerzony o położną, nie mogła dojechać bezpiecznie do szpitala położniczo-ginekologicznego - przekonuje na platformie X wiceminister Maciejewski. 

Resort zdrowia w swoim komunikacie zapewnia jednocześnie, że nowelizacja przepisów nie przewiduje likwidacji oddziałów położniczo-ginekologicznych.

- Wszelkie decyzje dotyczące szpitali oraz zmiany profilu ich działalności należą wyłącznie do ich właścicieli - przypomina wydział prasowy MZ. 

W swoim oficjalnym komunikacie Ministerstwo zapewnia także, że „przyjęcie porodu w izbie porodowej będzie miało charakter incydentalny i nastąpi tylko w sytuacji, gdy stopień zaawansowania akcji porodowej uniemożliwi bezpieczny transport pacjentki do najbliższego szpitala posiadającego oddział ginekologiczno-położniczy”. Dodaje także, że obecnie, w pojedynczych przypadkach, także dochodzi do porodów na SOR-ach, w których aktualnie nie ma wydzielonych do tego celu pomieszczeń ani dedykowanego personelu. 

Eksperci podzieleni. "Lepiej, żeby w szpitalu była położna na wszelki wypadek, niż jej nie było"

Zaproponowany model opieki - jeszcze na etapie prac nad projektem - odbił się szerokim echem w środowisku medyków. Obawy wzbudzała zwłaszcza wizja porodu na oddziale ratunkowym lub izbie przyjęć. Była komentowana szeroko także w mediach społecznościowych. Sporo wątpliwości do projektu rozporządzenia zgłosiły także same położne i organizacje pacjenckie.

Ostrzegały przede wszystkim przed brakiem całodobowych dyżurów lekarzy ginekologa i neonatologa w izbach porodowych. Ich zdaniem może to zwiększać ryzyko w sytuacjach nagłych i powikłanych porodów. Projektu broni zwłaszcza konsultantka krajowa w dziedzinie położnictwa i ginekologii prof. Ewa Wender-Ożegowska, która brała udział w jego opracowywaniu.

Ekspertka Związku Powiatów Polskich Bernadeta Skóbel w rozmowie z PAP tłumaczyła, że punkt z położną to zabezpieczenie dla szpitala bez porodówki na wypadek sytuacji, gdy trafi do niego kobieta z trwającą akcją porodową.

- Lepiej, żeby w szpitalu była położna na wszelki wypadek, niż żeby jej nie było. Tak trzeba czytać przepisy resortu zdrowia - zaznaczyła.

Podkreśliła, że jeden ze znanych jej szpitali powiatowych taką usługę położnej finansuje obecnie z własnego budżetu. - Przez półtora roku zdarzyły się dwie sytuacje, gdy kobiety trafiły do tego szpitala z akcją porodową i zostały przewiezione do szpitala z porodówką - wyliczyła.

Przyznaje, że głównym powodem zamykania porodówek w szpitalach powiatowych jest demografia. - Jeśli porodów jest faktycznie mało, to utrzymywanie oddziałów położniczych nie ma sensu - zaznaczyła.

Dodała też, że finansowanie jest powodem zamykania tych oddziałów w jednostkowych przypadkach.

- Dzisiaj system finansowania sprzyja monospecjalistycznym szpitalom, które mają dobrze wyspecjalizowane oddziały. Szpitale powiatowe utrzymują porodówki, mimo braku rentowności, jeśli taka jest potrzeba - zaznaczyła.

Zdaniem ekspertki szpitale będą tworzyć izby porodowe, jeśli MZ zapewni im odpowiednie finansowanie, czyli ryczałt "za gotowość", a nie płatność za świadczenie, czyli udzielenie opieki rodzącej.

Resort w swoim komunikacie wskazuje jedynie, że projekt nie będzie miał wpływu na budżet państwa i budżety jednostek samorządu terytorialnego.

- Skutki finansowe zostaną pokryte w ramach środków określonych w planie finansowym NFZ, bez konieczności ubiegania się na ten cel o dodatkowe środki z budżetu państwa - informuje. 

Materiał chroniony prawem autorskim - zasady przedruków określa regulamin.

Dowiedz się więcej na temat:

Przeczytaj źródło