To, co kochamy, jest odsłonięte i tajemnicze zarazem. Zdobywane i niezdobyte, dalekie i najbliższe, nazwane i nieodgadnione.
Słowo: PnP 4,1-9
Oblubieniec:
O jak piękna jesteś, przyjaciółko moja,
jakże piękna!
Oczy twe jak gołębice
za twoją zasłoną.
Włosy twe jak stado kóz
falujące na górach Gileadu.
Zęby twe jak stado owiec strzyżonych,
gdy wychodzą z kąpieli:
każda z nich ma bliźniaczą,
nie brak żadnej.
Jak wstążeczka purpury wargi twe
i usta twe pełne wdzięku.
Jak okrawek granatu skroń twoja
za twoją zasłoną.
Szyja twoja jak wieża Dawida,
warownie zbudowana;
tysiąc tarcz na niej zawieszono,
wszystką broń walecznych.
Piersi twe jak dwoje koźląt,
bliźniąt gazeli,
co pasą się pośród lilii.
Nim wiatr wieczorny powieje
i znikną cienie,
pójdę ku górze mirry,
ku pagórkowi kadzidła.
Cała piękna jesteś, przyjaciółko moja,
i nie ma w tobie skazy.
Z Libanu przyjdź, oblubienico,
z Libanu przyjdź i zbliż się!
Zstąp ze szczytu Amany,
z wierzchołka Seniru i Hermonu,
z jaskiń lwów,
z gór lampartów.
Oczarowałaś me serce, siostro ma, oblubienico,
oczarowałaś me serce
jednym spojrzeniem twych oczu,
jednym paciorkiem twych naszyjników.
Medytacja
Trudno jest opisać to, co kochamy. Szukamy właściwych słów, powtarzamy obraz za obrazem. Odwołujemy się do tego, co wzniosłe, niedosiężne, nie do ujarzmienia: jak wysokie wzgórza, odległe kraje, szczyty obwarowane obecnością dzikich zwierząt. W tym opisie jest przepych, bogactwo, egzotyka, zachłanność kogoś, kto chce zdobywać, komu ciągle mało.
Wobec piękna nasz świat staje się nagle za ciasny. Już nie wystarcza. Jeden sposób, jedno porównanie, jeden epitet – to za mało, stanowczo za mało. Próbując mówić, musimy sięgnąć po to, co najczulsze, najdelikatniejsze: gazela, owoc granatu, wstążka. A jednocześnie po to, co odległe, egzotyczne, cenne: jak cedr, wonna mirra, warownie w górach.
Odsłonięte i tajemnicze zarazem. To, co kochamy, jest odsłonięte i tajemnicze zarazem. Zdobywane i niezdobyte, dalekie i najbliższe, nazwane i nieodgadnione.
Kochający nazywa to, co widzi, czemu się z uwagą przypatruje, co chce poznać. Tak, chce. Jest tu decyzja. Jest skrócenie dystansu. To ważne. Bo oto tutaj patrzy na nas ktoś, kto kocha. Jesteśmy niemal zawstydzeni tym opisem, a jednocześnie dziwnie bezpieczni, przekonani o jego prawdziwości, o tym, że miłość wydarza się naprawdę.
Jakiż tu natłok wrażeń! Opis się rwie, metafory nikną, nachodzą jedna na drugą, splatają się – architektura i wojna, rolnictwo i pasterstwo, przestrzeń przyrody i dworu. W tym chaosie porównań oczywista jest jedynie fascynacja patrzącego.
Dlatego trzeba pozwolić mu mówić. Przejrzeć się w jego oczach. Zobaczyć siebie z tej właśnie perspektywy: kogoś budzącego zachwyt.
Oczarowałaś mnie. Trochę jakby mówił: nie miałem wyjścia. Jesteś, kim jesteś – więc stało się to, co się stało. Ten napór miłości. Jej siła. Nieodzowność.
A przede wszystkim wzajemność miłości. Ja pójdę ku wonnym wzgórzom – więc i ty przyjdź, zbliż się, zstąp. Popatrz! Ja nie czekam aż coś zrobisz, działam – ale i wabię cię, nawołuję, przynaglam. Nie możemy istnieć jedno bez drugiego. Pojmujesz to? Daj posłuch mojemu wołaniu… Bo język zachwytu to jednocześnie język tęsknoty, pragnienia. Język takiego przebudzenia, które każe nam czuwać, oczekiwać, wytrwać. Każe wołać.
Cytowane wyżej słowa wychodzą z ust oblubieńca. Równie dobrze jednak mogłaby je wypowiadać oblubienica. Być może inne byłyby metafory, ale język ten sam i taki sam sens: pochwała tego, co uznajemy za najcenniejsze. Boga.

2 tygodni temu
16





English (US) ·
Polish (PL) ·