Od trzech lat czekamy na to, żeby polski skoczek realnie liczył się w walce podczas Turnieju Czterech Skoczni. I wygląda na to, że jeszcze poczekamy.
Zobacz wideo Kto jest najlepszym komentatorem? "Ktoś powie, że Pełka, ktoś, że Święcicki, ktoś, że ja. Każdy ma rację"
Zmieniło się jednak jedno: wreszcie tuż przed tymi prestiżowymi zawodami mamy zawodnika, który jest w stanie wskakiwać do czołówki. Ostatni raz, gdy w konkursie poprzedzającym wyjazd do Oberstdorfu mieliśmy skoczka w Top5 to 18 grudnia 2022 roku, gdy w Engelbergu wygrywał Dawid Kubacki. Teraz, po 1105 dniach, odmianę przyniósł 18-letni Kacper Tomasiak, który zajął w Szwajcarii piąte miejsce.
To on ma największe szanse na walkę z najlepszymi na Turnieju, ale na razie nikt raczej nie wymienia go wśród kandydatów do zdobycia Złotego Orła za zwycięstwo w tej słynnej imprezie. Zwłaszcza że to będzie przecież jego debiut podczas zawodów w Oberstdorfie, Garmisch-Partenkirchen, Innsbrucku i Bischofshofen.
Niestety, wyniki Polaków na początku sezonu są za słabe, żeby liczyć na coś więcej niż dobre rezultaty Tomasiaka. O problemach zawodników i trudnych momentach w pierwszych tygodniach olimpijskiej zimy opowiada nam Maciej Maciusiak. Pytamy go także o to, jak widzi swój wizerunek jako trenera Polaków, możliwość zmian w składzie w trakcie TCS i presję, która w najbliższym czasie będzie tylko rosnąć.
Jakub Balcerski: Mocno dały panu popalić pierwsze tygodnie w roli trenera Polaków w Pucharze Świata?
Maciej Maciusiak: Nie tak je sobie wyobrażałem, to na pewno. Zwłaszcza po lecie i pracy, którą wykonaliśmy. Ciągle o tym powtarzam, bo uważam, że zrobiliśmy super robotę, zawodnicy pozostali bez kontuzji, byliśmy dobrze przygotowani sprzętowo. Myślałem, że będzie znacznie łatwiej, ale rzeczywistość przypomniała nam, że cały czas musimy być czujni.
Mamy potencjał, ale poziom jest bardzo wysoki, a stawka wyrównana. Czołówka skacze naprawdę bardzo dobrze. Na razie jest tak, że wszystko musi się zgrać, potrzeba nam trochę farta i możemy mieć dobre konkursy. Za nami dwa takie przypadki: niedzielne konkursy w Wiśle i Engelbergu. Mam teraz wielką nadzieję, że będzie ich znacznie więcej i będą zdarzać się częściej.
Powiedział pan o momentach, kiedy było najlepiej - zgadzamy się, że to te konkursy z Wisły i Engelbergu. A była chwila, gdy poczuł się pan przygnieciony, taka najtrudniejsza?
- Na pewno wietrzny konkurs w Ruce. Pracuje się ciężko każdego dnia, wszyscy wkładają w to serce, a przychodzimy na skocznię i nic nie idzie. Wtedy było ciężko. Chyba wszystkich te zawody trochę zdołowały. Najgorsze w tym wszystkim było, że mieliśmy trochę przerwy do konkursów w Wiśle. Musieliśmy te klocki składać od początku. To trudne momenty, zwłaszcza że wszystko nie przychodzi wtedy od razu. Później spotykam się z zawodnikami, analizujemy sytuację. Optymizmem napawa wiara, że oni też cały czas, każdego dnia, są do tej pracy przekonani. Mamy świadomość, że jesteśmy jedną paczką, dużą drużyną. Nas jest dużo w sztabie, pracujemy z wieloma zawodnikami, a oni wlewają dużo pozytywnych odczuć do tego wszystkiego. Nasza wiara na pewno nie zginęła.
Dobrze rozumiem, że ta paczka lepiej pracuje, gdy trzeba zareagować i poprawić się w krótkim czasie, niż gdy potrzeba odbudowy, a na skoczni nie rywalizujecie przez parę dni przerwy?
- Weźmy to, co działo się w Engelbergu. Pierwszego dnia idzie kiepsko i zaczynamy od niecałych stu metrów Kamila Stocha, braku Pawła Wąska w konkursie. Masz jasną wizję, przekonanie u zawodników, że to zadziała, a na skocznię to się nie przekłada. I później brakuje tej pewności siebie u każdego ze skoczków. Mówią: "Kurczę, tu mi działało, czemu teraz nie działa?". Zaczyna się szukanie, analizowanie i wszyscy tracą dużo energii. Cały czas znają swój potencjał, wiedzą, że trzeba normalnie skoczyć swoje. To w zupełności wystarcza. Ale w takiej sytuacji skaczą pod dużą kontrolą, bo naprawiamy błędy. I tak to często nie zadziała.
Miał pan już taki moment, kiedy trzeba było uderzyć pięścią w stół w tej kadrze?
- Gdy przychodzą gorsze dni, to jak wrócimy, damy sobie z chłopakami jeden wieczór spokoju. Zjemy wspólnie kolację, ale do analizy podejdziemy dzień później, żeby ochłonąć i wszystko robić na spokojnie. To są profesjonaliści. Też widzą, jak wszyscy ciężko pracują. Podam za przykład Dawida Kubackiego, który nie miał żadnych pretensji ani nic, gdy dowiedział się, że nie jedzie na Turniej Czterech Skoczni. Zaakceptował i powiedział, że będzie dalej walczył. I to pokazuje też charakter całej naszej reprezentacji.
Zwłaszcza że u Dawida to zrozumienie jest odmianą po ostatnich sezonach, prawda?
- Można tak powiedzieć.
Zgodzi się pan, że ma pan słaby PR jako trener Polaków?
- Nie przejmuję się tym. Robię swoją robotę, wiem, że staramy się ze wszystkich sił. Nie pracuję z tymi chłopakami pierwszy rok, więc trochę już to znam. Oczywiście, krytyka się należy po takich konkursach, ale jesteśmy spokojni. Ja robię swoje. A jaki mam PR, to już nie ode mnie zależy.
Czyli nie ruszyłoby pana, gdyby po sobocie ktoś zapytał, gdzie była ta "magia Engelbergu", którą podobno widział pan w oczach naszych skoczków już w Klingenthal?
- Ale to co, lepiej z dziennikarzami w ogóle nie rozmawiać czy się nie odzywać? Wiem, że ani ta strona nie jest dobra, ani kiedy wypowiadam się w każdej sytuacji, ale nie ma innego wyjścia. Na pewno musimy podchodzić do każdych zawodów z optymizmem. A ludzie zawsze będą gadać, czy będzie dobrze czy źle. Musimy skupiać się na sobie, wierząc, że nasza ciężka praca będzie widoczna w dobrych wynikach. W sporcie już tak jest, że musisz myśleć głównie o sobie i tym, co ty zrobiłeś. Robisz to po to, żeby później ta praca cię niejako broniła.
Jak opisałby pan swój zespół przed Turniejem Czterech Skoczni jednym słowem?
- (długie milczenie) Nie wiem, nie mam zielonego pojęcia. Chyba się nie da. A jakbyś chciał, żebym opisał?
Niektórzy mówią, że jako cała kadra jesteście trochę bezbarwni. Że na tle innych nie jesteście konkurencyjnym zespołem.
- Czasem na pewno tak to wygląda. Ale Kacper Tomasiak i jego miejsca w czołówce pokazują, że tak do końca nie jest. Cieszy na pewno powrót Pawła Wąska w Engelbergu. Jego przypadek pokazuje, jakim sportem są skoki. W Klingenthal już wydawało się, że chwycił pewność siebie. Że wszystko gra. Skakał na treningu w Zakopanem przed wyjazdem do Engelbergu i tam działało wszystko. Przyjeżdżamy do Szwajcarii i w piątek go nie ma. A w niedzielę wszystko znów się odwraca i notuje najlepszy wynik w sezonie. Cały czas coś się dzieje. Teraz gorsze rezultaty miał Piotrek Żyła, ale pokazywał już dobre skoki, szczególnie w Wiśle. I myślę, że to taki poziom, na który go stać. Kamil miał bardzo przyzwoity początek, a później troszeczkę zgasł. Teraz z próby na próbę jest coraz lepiej. Są pojedyncze wyniki, które pokazują, że możemy bić się z najlepszymi. Potrzeba nam do tego normalnych, dobrych skoków.
Zatrzymajmy się przy Kacprze. Zobaczył pan w nim jakąś zmianę od wejścia do Pucharu Świata? A może właśnie jego największym atutem jest to, że zmieniło się niewiele i nie trzeba się tych zmian doszukiwać?
- Radzi sobie bardzo dobrze. Sam Kacper i my nie wiedzieliśmy do końca, jak jego organizm zaadaptuje się do startowania co tydzień. W końcu to jego pierwszy taki sezon. Jednak jego organizm jest młody, więc ma energię i moc. Wszystko to także monitorujemy. Na pewno dokonujemy coraz mniej korekt błędów. Wprowadzaliśmy ich więcej po Klingenthal, gdzie wszyscy dookoła zaczęli mówić, że Kacper już powoli gaśnie. W Engelbergu wystarczyła mała korekta w pozycji dojazdowej, czy w locie i okazało się, że wszystko gra.
Ciągle pracujemy nad tym, żeby go mniej świdrowało. I żeby nie dokładał tak w nartach, a po prostu leciał dalej. Tam jest dużo rezerwy, w tej drugiej fazie lotu, bo na progu jest naprawdę wyśmienity. Jest jednym z lepszych na świecie. Cały czas małymi kroczkami staramy się robić tak, żeby za dużo nie zmieniać, ale iść do przodu, żeby mógł walczyć o najwyższe lokaty.
Czyli pracujecie już tylko nad małymi detalami w technice? Czy potrzeba też np. trochę skupienia się na psychice?
- Myślę, że widzimy, jak podchodzi do wszystkiego mentalnie. Wszystko jest na odpowiednim poziomie. Potrafi się wyłączyć. Taki jest. Każdy się zastanawia, jak będzie wytrzymywał presję w Pucharze Świata. On sam się tego uczy, sami też obserwujemy to, jak reaguje, ale można powiedzieć, że jego to chyba nie rusza. I czy on startuje w PŚ z najlepszymi, czy w Orlen Cupie w Polsce to podchodzi do tego tak samo. To może brzmieć nudno, jak taka formułka, ale na razie rzeczywiście tak jest. I to jest jego duża przewaga nad innymi.
Dlatego nie muszę się skupiać na jego psychice. Oczywiście, jeśli którykolwiek zawodnik potrzebuje skorzystać z pomocy psychologa to współpracujemy z Danielem Krokoszem, który jest dla nich dostępny online, a także na niektórych konkursach na skoczni. My skupiamy się przede wszystkim na analizie techniki. I często patrzymy na te najlepsze skoki, bo one są takimi, do których staramy się odnosić. Teraz takimi, szczególnie na progu, będą te z Engelbergu. Tam był perfekcyjny. Czasem minimalnie nie działał timing, czasem go troszeczkę przyświdruje w powietrzu, zwłaszcza w pierwszej fazie lotu. Ale to poprawiamy pracą na imitacjach, trzymaniem stóp. Nie potrzeba żadnych dużych korekt, Kacper ma oddawać swoje normalne skoki i na ten moment to powinno mu zupełnie wystarczać.
Kacper od początku sezonu jest jednym z naszych czołowych zawodników. W pierwszych zawodach kroku dotrzymywał mu przede wszystkim Kamil Stoch, czasem był nawet lepszy. Jednak coś się zacięło i myślę, że wiele osób ma problem z tym, jak odebrać to, co teraz się u niego dzieje. Czy od tego momentu, gdy zajmował pozycje tuż za Top10, się pogubił, czy nadal realizuje jakiś plan i nie chce z niego zbaczać? Wyniki, nawet jeśli ostatnio nieco się poprawiły, są wyraźnie gorsze.
- Nie chciałbym o tym szerzej mówić, ale myślę, że sam poczuł, że wszedł bardzo dobrze w sezon i może chciał za szybko, już być w czołowej dziesiątce. Robić to na, co go stać. Niestety, te ostatnie konkursy, szczególnie to Klingenthal dało mu trochę w kość. W Engelbergu widzieliśmy, że Kamil rozpędzał się ze skoku na skok. Te niedzielne były już naprawdę bardzo dobre na progu. Nie miał też szczęścia do warunków w ani jednym skoku, ale z Engelbergu wyjechał naprawdę zadowolony. I zmotywowany do kolejnej części sezonu.
Wspomniał pan, że bardzo cieszy ten powrót Pawła Wąska. Jak sprawiliście, że wrócił do Top15 Pucharu Świata po tak trudnym starcie zimy i przygotowaniach?
- Chodził normalnie na rozgrzewki i tak jak wspomniałem, miał jeden trening na skoczni przed wyjazdem do Engelbergu. Był też na takiej dodatkowej jednostce plyometrycznej (treningu szybkości i mocy ruchów oraz reakcji mięśni i układu nerwowego - red.). Cały czas troszeczkę skacze wbrew swojemu czuciu i wtedy to wychodzi najlepiej. Wiemy, gdzie jest błąd, a Paweł doskonale wie o tym, co ma zrobić. Fajnie, że wreszcie udało mu się to przekuć w najlepsze skoki w zawodach. W Engelbergu w niedzielę oddał dwa najlepsze skoki w sezonie, i to tuż przed Turniejem Czterech Skoczni. Mam wielką nadzieję, że podobnie będzie w Oberstdorfie.
Mamy świadomość, co Paweł chce zrobić na skoczni. To nie jest tak, że da się dużo zmienić jednego dnia i od razu musi być efekt. Czasem jest tak, że gdy widzimy, że ma odpowiednią wizję i pomysł, ale po analizie widać, że to nie wyszło, to brniemy w to dalej. Z przekonaniem, że to jednak musi wyjść. Jak przetrzyma się taki gorszy moment, zrobi się to jeszcze raz, to może zafunkcjonować. Tak było z Pawłem.
Na Turniej pojadą Kacper Tomasiak, Paweł Wąsek, Kamil Stoch, Piotr Żyła i Maciej Kot. Brał pan pod uwagę, żeby któregoś z nich jednak zamienić na kogoś z kadry B? Tam chyba niezłym kandydatem wydawał się być Klemens Joniak, który mógłby się nieco obyć z Pucharem Świata.
- Popatrzmy, jaki jest poziom w Pucharze Kontynentalnym. Cieszą mnie wyniki Klimka i bardzo mu ich gratuluję. Startował z nami w Wiśle i mieliśmy przegląd tego, jak wygląda na tle innych. Mam wewnętrzne przekonanie, że na Turniej zabieram pięciu najlepszych naszych skoczków w tym momencie. Zwłaszcza że świetny w PK Isak Andreas Langmo z Norwegii dwa razy nie kwalifikował się do konkursu na PŚ. Także ciężko to oceniać z takiej perspektywy.
Poza Joniakiem o swoją szansę na powrót do PŚ w drugiej lidze walczy także Aleksander Zniszczoł. Rozmawiał pan z nim w ostatnim czasie?
- Przed świętami widziałem go na treningu, wcześniej był na skoczni dwa czy trzy razy po zawodach. W niektórych skokach to wyglądało całkiem fajnie także zobaczmy. Dawid Kubacki też potrzebuje takiego odsunięcia i skoków na większym luzie. Bez wszystkich okoliczności, burzy medialnej. W Engelbergu jeden skok wyszedł mu jak na treningach przed wyjazdem do Szwajcarii, kiedy oddawał chyba najlepsze próby tej zimy. Ale przyjechał tam i niestety zabrakło tego luzu. W Pucharze Kontynentalnym jest zdecydowanie łatwiej, więc razem z Olkiem potrzebują go nabrać i zdobyć więcej pewności siebie. Tak, żeby w zawodach mu oddać więcej niż jeden dobry skok.
Dopuszcza pan zmiany już w trakcie Turnieju? Czy ten obecny skład jedzie od Oberstdorfu do Bischofshofen?
- Zostawiam sobie otwartą furtkę. Zwłaszcza, jak ktoś się będzie męczył. Wiemy, jak ciężki jest Turniej, gdy coś nie idzie. Będą różne możliwości. Ci, o których rozmawiamy, są powołani na Oberstdorf, a z tym co dalej zaczekam, będzie można reagować.
Ale nie będzie wybierania za pomocą rzutu kostką? Niektórzy śmieją się, że w przypadku końcówki składu pana kadry w tym sezonie czasem można byłoby tak zrobić.
- Cóż, wiemy, że mamy od pięciu do siedmiu zawodników, których stać na punkty Pucharu Świata. Potrzebujemy trochę więcej szczęścia, bo czasem jesteśmy tuż za Top30, czasem nie dopiszą nam warunki. A jeszcze innym razem jest tak, że kilku naszych zawodników jest na odległych miejscach obok siebie, ale tracąc tylko kilka punktów do czołówki, jak teraz w Engelbergu. Czasem te suche wyniki nie odzwierciedlają naszej dyspozycji. Wtedy szczęście może nam pomóc pojawić się z przodu.
Chciałbym, żeby ten, który już tam jest, czyli Kacper, kontynuował to, co skacze do tej pory. Dobrze byłoby, żeby Paweł przeniósł te skoki z Engelbergu, szczególnie te z drugiego konkursu. Piotrek powinien po prostu skakać swoje, to co w Wiśle, a Kamila chciałbym zobaczyć w odsłonie z początku sezonu. Tak jak prezentował się do Falun, z dużą pewnością siebie. W przypadku Maćka liczyłbym, że w każdym konkursie zapunktuje. Wtedy byłbym bardzo zadowolony z całej drużyny.
Z drugiej strony to nadal nie forma, która pozwala zacząć rozmowę o szansach na medal igrzysk, a to cel na ten sezon. Turniej Czterech Skoczni, gdy nie jest się jeszcze w takiej formie, jakby się chciało, to chyba moment, gdy robi się coraz goręcej?
- Presję mamy od samego początku, zawodnicy walczą. I też wiedzą o co. Najważniejszą imprezą są igrzyska olimpijskie, po drodze mamy mistrzostwa świata w lotach. I Turniej, ale na nim się nic nie kończy. Niemniej może też dać dużo odpowiedzi, co z resztą sezonu, czy kto i gdzie pojedzie.

2 tygodni temu
21







English (US) ·
Polish (PL) ·