Polacy ruszyli do FIS z protestem. To on ich zatrzymał

1 tydzień temu 15

Przypadek Wąska to jeden z 20-25, które pojawiły się we wszystkich dyscyplinach pod egidą FIS od początku tego sezonu. Niedawno swój pierwszy w historii miała kombinacja norweska, teraz przydarzył się także w skokach narciarskich. Od wprowadzenia zakazu używania fluorowych smarów w 2023 roku zdarzyło się to grubo ponad 100 razy na poziomie Pucharu Świata i o wiele więcej na niższych poziomach rywalizacji. Już w pierwszym sezonie obowiązywania nowych regulacji we wszystkich dyscyplinach i zmaganiach odnotowano właśnie około 100 przypadków.

Zobacz wideo Niesamowity wyczyn Tomasiaka. Czekaliśmy na to 18 lat

Sprawa Wąska jest w tym momencie bardzo głośna oczywiście ze względu na to, że pierwsza taka dyskwalfikacja w historii skoków. Jej znaczenie, wpływ fluoru na wyniki osiągane przez skoczków i wiele innych kwestii związanych z okolicznościami sprawy w rozmowie ze Sport.pl tłumaczy menedżer ds. fluoru FIS Augusto Gillio.

Jakub Balcerski: Był pan zaskoczony pierwszym przypadkiem wykrycia fluoru w historii skoków narciarskich? Spodziewał się pan, że to się kiedyś wydarzy?

Augusto Gillio: To pierwszy przypadek wykrycia obecności fluoru, odkąd wprowadzano zakaz w FIS, ale nie wiemy, czy pierwszy przypadek użycia od tego czasu (wcześniej smary zawierały fluor, wykorzystywano go w przeszłości, gdy zakazu jeszcze nie było, ale nie na taką skalę jak w innych dyscyplinach - red.). Nie możemy sprawdzić wszystkich na każdych zawodach. Ale tak, to pierwszy oficjalny przypadek. Dla nas to była zupełnie jasna sprawa. Maszyna zadziałała perfekcyjnie. Sprawdziłem z kontrolerką, czy wszystko działało (zapewne chodzi o Dorotę Szczepanek, kontrolerkę FIS obecną wokół kabiny w trakcie dyskusji pomiędzy FIS a polskim sztabem - red.). Powiedziała mi: "Zobacz, mam taki przypadek i wynik pomiaru. Możesz to zweryfikować?". Byłem bardzo zaskoczony, że to się wydarzyło.

Ile szczegółów jest pan w stanie przekazać w sprawie dyskwalifikacji Pawła Wąska. O ile stężenie fluoru wykryte w smarze na jego nartach przekroczyło dozwolone limity?

W tych sprawach nie mówimy o konkretnych liczbach. Mówimy o kolorach, tak maszyna sygnalizuje nam, czy coś jest nie w porządku. Jeśli lampka zaświeci się na zielono wiemy, że granicą pomiaru dla tej narty jest skala do jednego. Czyli, że pomiar wyszedł od 0 do 0,99. W naszej skali zbyt duże stężenie fluoru zaczyna się od wartości 1. I w takim przypadku lampka świeci się na czerwono. Oczywiście, znamy konkretny pomiar i jeśli sprawa jest na granicy, to staramy się pracować wobec niej tak, żeby korzystał na tym zawodnik. Bo niewielkie stężenie nie daje jeszcze żadnych korzyści. Nie jesteśmy od karania, a sprawiania, że rywalizacja będzie tak sprawiedliwa, jak to tylko możliwe. W tym przypadku sprawa nie była na granicy.

Smary fluorowe są zakazane przez FIS od 2023 roku, to trzeci sezon, gdy nie można ich używać. Wiemy, że najwięcej można na nich zyskać w innych dyscyplinach, głównie narciarstwie alpejskim i biegach narciarskich. Służą głównie zwiększaniu prędkości, mogą też dostosowywać narty do różnych warunków w trakcie zawodów. Na początku tej zimy mieliśmy pierwsze przypadki dyskwalifikacji w tych okolicznościach w kombinacji norweskiej, a teraz dołączają do niej skoki narciarskie. Wie pan w czym stosowanie takich smarów pomaga konkretnie w skokach?

- Moim zdaniem najwięcej dałoby się zyskać w deszczowych warunkach, na bardzo mokrych torach najazdowych. Wtedy fluor mógłby wpłynąć na prędkość najazdową tak, jak dzieje się to w przypadku poruszania się po trasach w innych dyscyplinach. Nie dysponujemy jednak bardzo szczegółowymi danymi.

Według mnie to był błąd polskiego serwismena lub producenta czegoś, z czego skorzystał sztab. Wiemy z doświadczeń przy innych dyscyplinach, że to się zdarza. Czasem zastosowany zostanie wadliwy lub zły produkt, ale wcale nie celowo, przez przypadek. Oczywiście nie wiemy, jak mógłby się znaleźć wśród smarów używanych przez kadrę, ale mieliśmy już do czynienia z takimi sytuacjami. Sprawdzamy to jednak także, żeby pomóc. Kontroler FIS jest tam, by dokonać pomiaru, a potem zweryfikować, czy na pewno wszystko wyszło odpowiednio. Dokładnie tak, jak stało się to w tej konkretnej sytuacji z Pawłem Wąskiem. Wiem, że teraz FIS sprawdzi też z Polakami możliwy scenariusz tego, dlaczego to się stało przez dodatkową kontrolę przed zawodami w Innsbrucku. I zawsze dążymy do tego, żeby wszystko wyjaśnić, to cenne także dla nas.

Po przeprowadzeniu rozmowy z Gillio, już na skoczni w Innsbrucku, przed serią próbną została przeprowadzona dodatkowa kontrola obecności fluoru w nartach Polaków. Na jej podstawie trener Maciej Maciusiak przekazał dziennikarzom, że najprawdopodobniej przyczyną tego, że w sprzęcie Pawła Wąska wykryto stężenie zakazanej substancji, było wynikiem niewłaściwego lub zanieczyszczonego smaru dostarczonego Polakom przez szwajcarską firmę TOKO. Informacja nie została na razie potwierdzona przez FIS, ale zgadza się z hipotezą stawianą powyżej przez menedżera ds. fluoru pracującego dla federacji. O sprawie więcej piszemy w tym tekście.

Czyli ma pan na myśli, że przyczyną tego całego zamieszania był niewłaściwy smar?

- Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, bo nie mamy stuprocentowej pewności co do żadnej hipotezy. Czasem nie da się na nie odpowiedzieć. Możemy się tylko domyślać i mówić o przypuszczeniach. To, co widzimy jako FIS, to wynik, który pokazuje nam maszyna. Kontrolerzy widzieli, jak ona pracuje, potem dostali też narty i używany produkt. Poza tym tak naprawdę nie wiemy, co się dzieje. Tylko informujemy, że wykryliśmy stężenie fluoru i w jakich kategoriach się mieści.

Jest procedura zwiększenia kontroli na obecność w fluoru w smarach do nart, gdy pojawia się dyskwalifikacja? Czy będzie tak teraz, zwłaszcza że to pierwszy przypadek w skokach?

- Myślę, że mamy bardzo dobry system, poukładaliśmy to tak jak powinniśmy. Dzięki niemu kontrolujemy sto procent zawodów Pucharu Świata, Pucharu Europy i Pucharu Kontynentalnego. Radzimy też sobie z zejściem na jeszcze niższe poziomy rywalizacji. Mowa tu o wszystkich dyscyplinach zrzeszonych w FIS, liczbie siedmiu tysięcy zawodów. Zatem to sporo, a organizaja tego wszystkiego dotąd nas nie zawiodła. To już trzeci sezon, a nadal regularnie wykrywamy obecność fluoru w smarach w wielu dyscyplinach. Widzimy że sztaby próbują z nich korzystać albo popełniają błędy, przez które potem musimy wdrażać dyskwalifikacje. Nadal chcemy to jednak rozwijać i nad tym pracować.

Co z zawodnikami, którzy startowali po Pawle i mogli zanieczyścić swoje narty na rozbiegu?

- Pracowaliśmy bardzo dużo i ciężko nad sprawami dotyczącymi możliwych zanieczyszczeń sprzętu, gdy ktoś używał np. nart z fluorowym smarem chwilę przed startem kolejnych zawodników. To był temat już na samym starcie projektu, gdy tworzyliśmy ten wspomniany system. W pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że tak nie da się "ubrudzić" nart fluorem. Puszczaliśmy narciarzy bez fluorowych smarów pomiędzy tymi, którzy je wykorzystywali. I oni później podczas kontroli nie mieli stwierdzonej obecności stężenia fluoru na narcie. Dla nas to był szok. Najbardziej prawdopodobne wydawało się to w biegach narciarskich, ale nigdy nie mieliśmy takiego przypadku.

Jak dokładnie wygląda procedura sprawdzania nart pod względem obecności fluoru w skokach?

- Mamy dość elastyczny protokół, zależy od możliwości logistycznych i infrastruktury na skoczni. Mają jedną oddelegowaną do tego osobę, kontrolera skupiającego się na sprawdzaniu właśnie nart przez naszą maszynę. To musi być odpowiednio przeszkolona osoba z kontroli sprzętu FIS (obecnie FIS ma, według informacji Sport.pl, około dziesięciu osób zdolnych do przeprowadzania takich kontroli, w zależności od tego, kto jest obecny na zawodach - red.). Sam byłem na skokach kilka razy i to robiłem. Raz na dole, dwa-trzy razy na górze, przed startem. Wybór zawodników do kontroli odbywa się losowo. Jeśli robimy kontrolę na dole po skoku, mamy do czynienia ze zwykłą dyskwalifikacją. Jeśli na górze, to zawodnik nie powinien zostać dopuszczony do startu.

To dlaczego Paweł Wąsek, skoro został sprawdzony na górze, został zdyskwalifikowany, dopiero po kwalifikacjach i oddał w nich swój skok?

- Kontrolerzy chcieli sprawdzić wszystko na dole. Wyjaśnialiśmy też sprawę z Polakami, którzy chcieli złożyć protest ws. dyskwalifikacji, ale wykluczenia za wykrycie obecnośc fluoru im nie podlegają. Na podstawie tej sprawy widzimy jednak, że przypadki zastosowania fluoru, intencjonale lub nie, się zdarzają. Nawet tam, gdzie moglibyśmy się ich nie spodziewać. A zakaz to zakaz. W skokach obowiązuje za to dyskwalifikacja i w konsekwencji żółta kartka. To zawsze przykra sprawa, ale tak to przebiega. I musi przebiegać.

Przeczytaj źródło