- Powiedziałem chłopakom, że jeśli strzelę gola, to zdejmę koszulkę i pokażę swój wielki brzuch - przyznał po meczu Paul Dawson. Strzelił i już miał tę koszulkę z siebie zerwać, ale zdroworozsądkowo przypomniał sobie, że jest dopiero pierwsza połowa. Nie mógł przecież do końca meczu grać z żółtą kartką. On? Kapitan, który już w pierwszych minutach tak ostro walczył o piłkę z Jeydeem Canvottem, że zalał się krwią i przez resztę spotkania grał z zabandażowaną głową? Jeszcze w szatni, przed meczem, piłkarze Macclesfield obiecali sobie, że przepaść w umiejętnościach spróbują zasypać zaangażowaniem i walką. Ale sami nie przypuszczali, że to wystarczy.
Zobacz wideo Oskar Pietuszewski to polski Yamal? Żelazny: Trochę właśnie zapominamy, że to jest dzieciak
Dwa światy. Sprzedawca, murarz i nauczyciel wyeliminowali gwiazdy Premier League
Oni grają w National League North, na szóstym poziomie rozgrywkowym, gdzie bliżej im do spadku niż do czołówki. Trenują dwa razy w tygodniu, po pracy - Dawson jest sprzedawcą w firmie produkującej świeczki zapachowe, Max Dearnley murarzem, Lewis Fansome właścicielem siłowni, Luke Duffy trenerem w klubowej akademii, Isaac Buckley producentem muzycznym, Carlos Dos Santos studentem, a Sam Heathcote uczy w podstawówce wuefu. - Przez ostatnie dni uczniowie nie mówili mi niczego pozytywnego, tylko: "Byle nie dostał pan czerwonej kartki"; "Niech pan spróbuje nie faulować w polu karnym". Zobaczymy, co teraz powiedzą! Kilku z nich było na stadionie - uśmiechał się po meczu.
Jeszcze we wtorek, cztery dni przed spotkaniem z Crystal Palace w 3. rundzie Pucharu Anglii, piłkarze Macclesfield musieli odśnieżać swoje boisko, a w środę naprędce przymierzali zakupione dresy, by jakoś prezentować się przed kamerami. Tymczasem ich rywale, zawodnicy Crystal Palace, noc poprzedzającą mecz spędzili w czterogwiazdkowym hotelu Mottram Hall, położonym niedaleko stadionu. Za nimi najlepszy rok w historii klubu - wygrali Puchar Anglii, pokonując w finale Manchester City, zdobyli też Tarczę Wspólnoty, po zwycięstwie nad Liverpoolem, występują w Lidze Konferencji Europy i byli niepokonani w dziewiętnastu kolejnych meczach między kwietniem a październikiem 2025 r. Twórcą tych niespotykanych wcześniej sukcesów jest Oliver Glasner, trener, o którego latem zabiegać będą znacznie mocniejsze kluby.
- Gdy wchodziliśmy na boisko, zobaczyłem, że obok mnie są piłkarze, których dotychczas oglądałem tylko w telewizji. Surrealistyczna chwila - przyznał Heathcote.
I nie przesadził. Glasner nie zlekceważył rywali, wystawił mocny skład - z Markiem Guehim i Adamem Whartonem, reprezentantami Anglii, którzy latem niemal na pewno zostaną powołani na mundial, z Yeremym Pino, reprezentantem Hiszpanii, i Chrisem Richardsem, podstawowym stoperem reprezentacji Stanów Zjednoczonych. W dodatku, zaraz po przerwie, gdy Crystal Palace przegrywało już 0:1, na boisko weszli Brennan Johnson, najdroższy piłkarz w historii klubu, za którego kilka dni temu zapłacono 40 mln euro, a także Will Hughes i Tyrick Mitchell, którzy w sumie mają prawie 400 występów w Premier League. Owszem, kadra Crystal Palace jest przetrzebiona kontuzjami, ale i tak Glanser miał pełne prawo przypuszczać – jak sam przyznał po meczu – że piłkarze, których wystawił, wbiją rywalom pięć-sześć goli i odprawią ich z kwitkiem.
Ale mecz przebiegał zupełnie inaczej. Nie tylko nie było gradu goli, ale nawet naporu ze strony Crystal Palace. Dość powiedzieć, że w 43. minucie, gdy Dawson wykorzystał dobre dośrodkowanie z rzutu wolnego i dał Macclesfield prowadzenie, Crystal Palace wciąż nie miało na koncie choćby jednego celnego strzału. Zawodzili i ofensywni zawodnicy, i obrońcy. Drugi gol - Isaaca Buckley’a, który kilka lat temu został pogoniony z akademii Manchesteru City i nie znalazł zaczepienia na profesjonalnym poziomie - Glasner określił "komediowym". Nie ze względu na zachowanie strzelca, ale jego piłkarzy, którzy nie potrafili wybić piłki z pola karnego. Gorzko podsumował zresztą cały mecz, mówiąc, że jego zespół nie miał w nim żadnego punktu zaczepienia: ani groźnych strzałów, ani dryblingów, ani kreatywnych podań, ani charakteru. Gola Pino z rzutu wolnego w 90. minucie przemilczał, bo i tak niczego nie zmienił.
Historyczne zwycięstwo Macclesfield. 117 miejsc!
Dość jednak o Crystal Palace. Macclesfield przeszło do historii Pucharu Anglii, bo choć rozgrywki te mają już 155 lat, to jeszcze nie zdarzyło się, by szóstoligowiec wyeliminował obrońcę trofeum. Oba kluby dzieliło aż 117 miejsc w ligowej piramidzie! Angielskie dzienniki błyskawicznie porównały to zwycięstwo do biblijnego triumfu Dawida nad Goliatem. To historia, której potrzebowali wszyscy futbolowi romantycy, przytłoczeni wszechobecną komercją i topniejącą autentycznością. To też historia dla wszystkich, którzy potrzebują dowodu, że niemożliwe nie istnieje. Czasem nawet Paul Dawson, ani lewo-, ani prawonożny, mający 13 kg nadwagi, stojąc między atletami wartymi dziesiątki milionów, dopadnie do piłki jako pierwszy i zdobędzie bramkę.
Czasem po prostu dzieje się coś, czego nie da się wytłumaczyć. Wayne Rooney, były reprezentant Anglii, był na tym meczu ekspertem w telewizyjnym studiu. Przyznał, że nie wie, co powiedzieć i z trudem powstrzymywał łzy wzruszenia, bo trenerem Macclesfield od niedawna jest jego młodszy brat - John, który też nie potrafił wyjaśnić tego, co się stało i z rozbrajającą szczerością przyznał, że w przerwie meczu nie dał swoim piłkarzom żadnych szczegółowych wskazówek. - Nie wiem, jak to zrobiliśmy. Nadal wydaje mi się to niemożliwe, żeby wyjść na boisko i zagrać tak, jak zagraliśmy. Mówiłem przed meczem o odrobinie nadziei. Ale czy chłopaki mi wierzyli? Raczej nie. Kiedy wyszliśmy na prowadzenie, wszyscy zastanawialiśmy się, czy dotrwamy z tym 1:0 do przerwy. W przerwie powiedzieliśmy sobie tylko, żeby dalej tak zarządzać grą i spróbować zwolnić tempo - zdradził.
Gdy wybrzmiał ostatni gwizdek, kibice wbiegli na murawę ponad sześciotysięcznego stadionu, by świętować razem z piłkarzami. Niektórzy biegali jak szaleni i przytulali każdego, kto akurat wpadł im w objęcia. Inni płakali. Dawson, jako kapitan i bohater meczu, był noszony na rękach. Zakrwawiony bandaż, który nosił niemal od pierwszej minuty i który rozwiązał mu się po uderzeniu piłki głową, stał się idealnym symbolem tego wywalczonego zwycięstwa Macclesfield. - Na boisku nie czuję bólu. Moja głowa jest jak beton - mówił zaraz po meczu. Nie czuł go też później, gdy z kibicami i kolegami z drużyny opijał sukces w pobliskim barze.
Kupił klub po czterech dniach picia na Ibizie. Teraz obiecał zabrać na wyspę wszystkich piłkarzy
Nie byłoby tej radości, gdyby we wrześniu 2020 r. Robert Smethurst, lokalny biznesmen działający w branży motoryzacyjnej, nie wskrzesił upadłego klubu. Macclesfield Town w przededniu sezonu został wykluczony z National League z powodu ogromnych długów, sięgających 500 tys. funtów, i był przeznaczony do likwidacji. Historia klubu założonego w 1874 r. dobiegła końca. Smethurst wypoczywał wtedy na Ibizie i na portalu z nieruchomościami znalazł wystawiony na sprzedaż stadion. Niewiele z tego pamięta - jak sam przyznaje, był to już czwarty dzień picia - ale namawiany przez znajomych zdecydował się na zakup. Nabył stadion i prawo do wykorzystywania marki. Przechrzcił klub na Macclesfield FC, zgłosił do gry w dziewiątej lidze, a przy okazji położył na stadionie sztuczną trawę i zaczął wynajmować boisko na godziny. Na stadionie otworzył też bar, by mieszkańcy Macclesfield mieli gdzie się spotykać i wspólnie oglądać mecze. Przez ostatnie cztery lata jego klub wywalczył trzy awanse i zaczął wypożyczać piłkarzy z wyższych lig. Kilku zawodników ma nawet podpisane kontrakty i utrzymuje się z gry w piłkę.
Smethrust drugą połowę meczu z Crystal Palace oglądał w milczeniu. Głos stracił już w pierwszej, gdy wydzierał się po golu Dawsona. Żartował też, że był pierwszym kibicem, który wbiegł na murawę po zakończeniu meczu. - Poczułem, jakbyśmy już zdobyli Puchar Anglii! - przyznał w pomeczowym wywiadzie. Obiecał też zabrać wszystkich piłkarzy na zasłużone wakacje. Symbolicznie - na Ibizę.
"Ethan był dzisiaj z nami. Patrzył z góry i był z nas dumny"
Wiele pomeczowych rozmów z piłkarzami, trenerem i właścicielem Macclesfield aż kipiało od autoironii, żartów i dystansu do siebie. Ale była w tym wszystkim historia opowiadana ze wzruszeniem, bardzo poważnie. 16 grudnia Ethan McLeod, 21-letni napastnik Macclesfield, wracał z ligowego meczu z Bedford Town. Około godz. 22.40 wpadł w poślizg niedaleko zjazdu z autostrady M1, uderzył w barierkę i zginął na miejscu. Koledzy widzieli to z bliska, jechali autobusem kilkadziesiąt metrów za nim, utknęli w korku. -Autobus stał tam pięć godzin. Wszyscy przechodzili obok miejsca wypadku i widzieli zniszczony samochód. Na początku nie wiedzieli, że to samochód ich kolegi. Dopiero dwóch zawodników zaczęło ze sobą rozmawiać, czy Ethan nie miał takiego białego mercedesa. Kilku z nich napisało do niego wiadomość, pytając, czy wszystko w porządku. To było straszne - opowiadał The Athletic Rob Smethrust.
John Rooney przyjaźnił się z Ethanem i namówił go na przejście do swojej drużyny. Zaraz po tym, jak dowiedział się o jego śmierci, dzwonił do wszystkich członków drużyny po kolei, by osobiście powiedzieć im o tragedii. - Drużyna wciąż jest w żałobie. Zawodnicy stracili nie tylko kolegę z drużyny, ale przyjaciela - powiedział Smethrust.
W szatni, pod numerem 20, pozostało puste miejsce. Koledzy powiesili tam czarno-białe zdjęcie Ethana. Jego rodzice byli na meczu z Crystal Palace, a później odwiedzili piłkarzy w szatni. – Dzień przed meczem dostałem od taty Ethana pięknego SMS-a. Zastanawiałem się, czy przeczytać go wszystkim przed meczem, ale nie chciałem nakładać dodatkowej presji. Biorąc pod uwagę wszystko, przez co przeszliśmy, pomyślałem, że zostawię tę wiadomość na czas po meczu. Wciąż jest nam bardzo trudno. Żałoba w szatni nigdy nie minie. Ale myślę, że Ethan był dzisiaj z nami. Patrzył z góry i był z nas dumny. To zwycięstwo jest dla niego - powiedział Dawson, kapitan z krwi i kości.

5 godziny temu
5






English (US) ·
Polish (PL) ·