Kultura, w której nas wychowano, lubi spektakularne wizje końca świata: wybuchy, płomienie, trzęsienia ziemi, mordercze hekatomby. Tymczasem istnieje znaczne ryzyko, że już jest po wszystkim, tylko jeszcze się nie zorientowaliśmy, przegapiwszy znaki na niebie i ziemi.
Żyjemy w czasach apokaliptycznych, w oczekiwaniu na którąś z licznych przepowiedzianych katastrof. Czy jednak zauważylibyśmy koniec świata, gdyby się wreszcie wydarzył? Kultura, w której nas wychowano, lubi spektakularne wizje: wybuchy, płomienie, trzęsienia ziemi, mordercze hekatomby. Tymczasem istnieje znaczne ryzyko, że już jest po wszystkim, tylko jeszcze się nie zorientowaliśmy, przegapiwszy znaki na niebie i ziemi.
Trzeba przyznać, że te znaki nie bywają spektakularne: uschnięte drzewo, żywopłot, z którego znikły wróble, nadzwyczaj miłe ciepełko w grudniu. Innymi słowy – dzień po końcu świata nie będzie się niczym różnił od dnia poprzedzającego. Procesy te zachodzą w skali globalnej, sprowadzając nas do roli mrówek przyglądających się bez zrozumienia ciemnej podeszwie buta, który za moment zdepcze ich mrowisko. „Wciąż nie mogłam pojąć rozumem, że to nie jest historia o nas, że nie gramy w niej ról głównych, lecz jesteśmy tylko postaciami na dalszym planie, które niemal zlewają się z tłem, jak ptasie wołanie w lesie” – zauważa niemiecka pisarka Judith Schalansky w eseju „Rozchwiane kanarki, głębokie doły”, poświęconym sposobom, w jaki język sonduje erę schyłkowego antropocenu (bądź pozostaje wobec niej bezradny).

1 miesiąc temu
17


English (US) ·
Polish (PL) ·