Oto najbardziej przeciętny geniusz światowej piłki. Właśnie został bohaterem

2 dni temu 9

Tytuł MVP klasyku w Dżuddzie dla Brazylijczyka nie podlegał dyskusji. "Raphinha brylował, Lewandowski strzelił, grał Yamal" – podsumował dziennik "El Pais" tekst o dominatorach ligi hiszpańskiej. Atak Barcelony, właśnie w tym zestawieniu, budził w ubiegłym sezonie lęk w całej Europie. Zdobyli razem 94 bramki i zaliczyli 54 asysty - mieli więc bezpośredni udział przy 148 golach! Żadne inne trio napastników w wielkich ligach kontynentu nie zbliżyło się nawet do tego wyniku.

Zobacz wideo Robert Kubica odciska dłoń! Wielka chwila na Gali Mistrzów Sportu

Należą do trzech pokoleń. W jednym z ostatnich wywiadów 37-letni Lewandowski zwrócił uwagę, że jest starszy od ojca Yamala. Młoda gwiazda Barcelony zaledwie pół roku temu osiągnęła pełnoletność i wciąż marzy o prawie jazdy. 29-letni Raphinha jest w optymalnym wieku dla piłkarza i w szczycie możliwości, choć nie lubi tego określenia, bo uważa, że zawsze może grać lepiej.

Taki dziwny "Geniusz" jak Raphinha

"Geniusz", "Osobistość", "Czarna bestia Realu" – napisał madrycki dziennik "Marca" o Raphinhy po finale Superpucharu Hiszpanii. Przed rokiem w grze o to samo trofeum także wbił dwie bramki Królewskim. Dołożył do tego trzy gole w dwóch klasykach ligowych poprzedniego sezonu. 26 października 2025 roku, gdy Barca uległa Realowi 1:2 w meczu Primera Division, Brazylijczyk leczył kontuzję. Tak jak Lewandowski i Dani Olmo.

Raphinha był na siebie wściekły, bo stracił aż dwa miesiące. Uraz uda odniesiony 26 września ubiegłego roku nie był groźny, a jednak Brazylijczyk za wcześnie próbował wrócić do gry i kontuzja się odnowiła. Opuścił dziewięć meczów Barcelony, która przegrała z nich trzy: z PSG w Lidze Mistrzów oraz z Realem Madryt i Sevillą w lidze hiszpańskiej.

Odkąd wrócił, zespół Flicka przegrał raz – na Stamford Bridge z Chelsea 0:3. Wtedy jeszcze Brazylijczyk odbudowywał formę, wszedł na boisko w 62 min. za Lewandowskiego przy stanie 0:2, gdy po czerwonej kartce dla Ronalda Araujo Barcelona grała w dziesiątkę.

Jego droga na szczyt jest dość standardowa jak na piłkarza z Brazylii, bo zaczęła się w faweli Porto Alegre. Jak sam mówi – piłka uratowała mu życie. Wielu przyjaciół z dzieciństwa zginęło w porachunkach gangów narkotykowych. - Od złego strzegła mnie miłość do piłki – wspomina Raphael Dias Belloli, bo to prawdziwe imię i nazwisko Raphinhy.

Marzenie o zawodowej karierze było jak bujanie w obłokach, trzymało go jednak na dystans od pokusy poszukiwania "łatwych" pieniędzy. Lekarstwem na nędzę miała być piłka – tak to sobie wyobrażał Raphinha od najmłodszych lat, narzucając sobie sportowy reżim. – Nie byłem wcale najbardziej utalentowany wśród chłopców z okolicy. Ci z większymi talentami nie mieli jednak tak silnej motywacji jak ja – wspomina.

Jego kariera jest niekończącą się walką o uznanie, którego mu odmawiano. Nie jest bajecznym technikiem w stylu Ronaldinho Gaucho, przed którym Brazylia padała na kolana. Atuty Raphinhy szybciej pewnie by doceniono w Europie, gdzie liczy się dyscyplina, siła, determinacja. Trener Barcelony Hansi Flick podkreśla, że w klubie to Raphinha daje sygnał do wysokiego pressingu. Atak na obrońców rywala po stracie piłki zaczyna się od Brazylijczyka. Za nim idą koledzy, zmuszeni jego przykładem.

Pressing to podstawowa broń Barcelony. Ale też coś, co doceniają przede wszystkim specjaliści. Przeciętny kibic oczekuje od gracza z Brazylii, by był czarodziejem piłki. Raphinha panuje nad nią dobrze, ale dryblerem nie jest. Ma jednak dynamit w mięśniach i atut bardzo mocnego strzału. Jego piłkarska wielkość jest jednak proporcjonalna do wielkości serca do walki.

Raphinha na kolanach

Zaczynał w klubie Aval z Florianopolis, stolicy stanu Santa Catarina na południu Brazylii, skąd trafił do portugalskiej Vitorii Guimaraes, jeszcze jako nastolatek. Już wtedy był jednak starszy od Yamala dzisiaj, bo też nikt nie widział w nim zadatków na piłkarskiego geniusza. Dwa sezony w Vitorii wystarczyły jednak, by Sporting Lizbona zapłacił za niego 6,5 mln euro. Po roku francuski Stade Rennes wydał na Raphinhę 21 mln euro. Był wtedy drugi na liście najdroższych graczy w historii klubu. Po sezonie w Ligue 1 zatrudnił go angielski Leeds, płacąc Francuzom 18,6 mln euro.

To były czasy, gdy Raphinha strzelał ledwie po kilka bramek w sezonie i trenerzy nie dostrzegali w nim raczej potencjału na gwiazdę. Dopiero w drugim roku w Premier League zdobył 11 goli. Leeds utrzymało się w Premier League po meczu ostatniej kolejki. Raphinha spełnił swoje przyrzeczenie złożone Bogu. Kiedy koledzy świętowali z kibicami, Brazylijczyk ukląkł na środku boiska i przemaszerował na kolanach pod przeciwne pole karne. To było jego pożegnanie z Leeds i angielską piłką.

Barcelona wykupiła go za 58 mln euro. Przyszedł do niej latem 2022 roku razem z Lewandowskim i francuskim obrońcą Julesem Kounde. Plany zadłużonego klubu były ambitne, sięgały triumfu w Lidze Mistrzów. Raphinha obiecał, że jeśli tak się stanie, przejdzie na kolanach boisko stadionu olimpijskiego imienia Ataturka w Stambule, gdzie rozgrywano wtedy finał.

Sen Barcelony o podboju Europy prysł już w fazie grupowej Champions League, po porażkach z Bayernem Monachium i Interem Mediolan, ale Raphinha, owinięty flagą Brazylii, przemaszerował na kolanach Camp Nou po wygraniu mistrzostwa Hiszpanii. To był dla niego życiowy sukces. W 50 meczach Barcelony we wszystkich rozgrywkach zdobył 10 bramek i zaliczył 12 asyst. To był jego pierwszy sezon w karierze z dwucyfrowymi liczbami w dwu najważniejszych statystykach dla gracza ofensywnego. 

Grał wtedy jeszcze na pozycji prawoskrzydłowego, było to przed eksplozją talentu Yamala. Kolejne rozgrywki Barcelona zakończyła bez trofeum, a Raphinha z podobnymi liczbami (10 bramek, 13 asyst). Kibice klubu uważali, że nie jest to jednak piłkarz zdolny poprowadzić zespół do wielkich celów. Próbowali wymusić na prezesie Barcelony Joanie Laportcie, by pozbył się Raphinhy i zastąpił skrzydłowym Athletic Bilbao, Nico Williamsem – rewelacją reprezentacji Hiszpanii na Euro 2024. W sieci pojawiły się nawet zdjęcia Nico Williamsa w koszulce Barcelony z numerem 11, który należy do Brazylijczyka.

Raphinha poczuł się głęboko urażony, ale zareagował w najlepszy możliwy sposób. Rozegrał sezon życia, który dał mu piątą pozycję w klasyfikacji "Złotej Piłki" magazynu France Football. To wysokie miejsce jak na gracza mało medialnego. Gdy jednak FIFA nie umieściła go w jedenastce sezonu, wyśmiał tę decyzję w mediach społecznościowych. Poparł go Flick, który uważa Raphinhę za serce Barcelony. W minionym sezonie Brazylijczyk zdobył 34 gole i miał 26 asyst. Przy tym jego praca dla zespołu z Camp Nou nie ma odbicia wyłącznie w liczbach.

Jest dziś Raphinha największą gwiazdą brazylijskiej piłki, bo ci bardziej utalentowani od niego, jak Neymar czy Vinicius Junior, mają kłopoty. Ten ostatni zagrał świetnie w niedzielnym finale Superpucharu Hiszpanii, ale zdobył dopiero pierwszego gola dla Realu Madryt od 4 października. Raphinha bije profesjonalizmem wielu piłkarzy zdolniejszych od siebie. W końcu jednak doczekał statusu, o jaki tyle lat zabiegał.

Przeczytaj źródło