Data utworzenia: 8 stycznia 2026, 9:50.
Premier Donald Tusk zdecydował o wstrzymaniu prac nad reformą Państwowej Inspekcji Pracy, która wywołała w rządzie awanturę. Chodziło o przepisy, które miały dać inspektorom prawo do administracyjnego przekształcania umów cywilnoprawnych — takich jak zlecenia czy B2B — w umowy o pracę. Szef rządu uznał, że projekt niesie zbyt duże ryzyka dla gospodarki. — Inspektor mógłby podejmować decyzje hurtowo, bez analizy każdego przypadku z osobna. Decyzje administracyjne wchodziłyby w życie natychmiast, a przedsiębiorca latami walczyłby w sądzie — twierdzi Krzysztof Inglot, ekspert rynku pracy i założyciel Personnel Service. — Mogłoby to po prostu zniszczyć niektórych pracodawców finansowo — ostrzegł rozmówca "Faktu".
Decyzja wywołała spore zamieszanie w rządzie. Reforma była już procedowana i znalazła się nawet wśród tzw. kamieni milowych Krajowego Planu Odbudowy. Jak informowali autorzy "Podcastu Politycznego" w TVN24+, wokół projektu doszło do ostrej dyskusji na posiedzeniu rządu. Premier miał mieć pretensje m.in. do minister Agnieszki Dziemianowicz-Bąk, że rozwiązania, na które nie było zgody, zostały wpisane do dokumentów strategicznych. Ostatecznie Donald Tusk przesądził, że prace nad zmianami w PIP nie będą kontynuowane.
Premier wycował kontrowersyjną reformę. Ekspert komentuje
O decyzję premiera "Fakt" zapytał Krzysztofa Inglota, eksperta rynku pracy. — Po pierwsze, przedsiębiorcy w Polsce mierzą się dziś z wieloma wyzwaniami. W codziennym funkcjonowaniu potrzebują elastyczności i swobody gospodarczej, bo muszą mieć z tyłu głowy to, żeby wszystko było zrobione na czas i zgodnie z przepisami. Podpisanie tej ustawy nałożyłoby na nich kolejne, bardzo poważne obciążenia. Z tej perspektywy uważam, że ta reforma była nietrafiona — ocenia Inglot.
Jak podkreśla, kluczowy problem dotyczył sposobu podejmowania decyzji. — Po drugie, to urzędnik administracyjny, a nie sąd, decydowałby o przekształceniu umów. Przedsiębiorca mógłby później przez lata dochodzić swoich racji w sądzie. To potencjalnie oznaczałoby finansową katastrofę. Jeśli podważonych zostałoby np. 500 umów cywilnoprawnych, miesięczne obciążenia mogłyby sięgać nawet miliona złotych. A jeśli decyzja sięgałaby 12 miesięcy wstecz, mówilibyśmy o kwocie rzędu 12 mln zł. Taka decyzja mogłaby po prostu zniszczyć niektórych pracodawców finansowo — zaznacza ekspert.
Inglot zwraca też uwagę, że reforma nie uwzględniała zmian zachodzących na rynku pracy. — Trzeci aspekt to kierunek, w jakim zmierza rynek pracy. W analizach dotyczących sztucznej inteligencji i robotyzacji coraz częściej mówi się o tzw. gig economy. W przyszłości rynek pracy będzie oparty na pracy dla więcej niż jednego pracodawcy — na częściowych etatach, projektach i elastycznych formach współpracy. W tym kontekście ta reforma szła całkowicie w przeciwnym kierunku — mówi. — To właśnie elastyczne formy zatrudnienia, takie jak umowy zlecenia czy B2B, wpisują się w nadchodzące zmiany gospodarcze — dodaje.
Zobacz też: Wolna Wigilia za ponad 400 tys. zł? Tyle rząd wydał na kampanię
"Inspektor mógłby podejmować decyzje hurtowo"
Ekspert podkreśla, że państwo ma już narzędzia do reagowania na nadużycia. — Państwowa Inspekcja Pracy ma dobrze wyszkolonych kontrolerów, którzy mogą prowadzić kontrole i kierować sprawy do sądów pracy. Ten system działa sprawnie i skutecznie. Dlatego decyzję premiera o niewprowadzaniu tej reformy oceniam jako korzystną zarówno dla polskich przedsiębiorców, jak i dla całej gospodarki oraz jej przyszłości — ocenia rozmówca "Faktu".
Nie zgadza się także z tezą, że na tej decyzji tracą pracownicy. — W Polsce mamy jeden z najniższych w Europie odsetków pracy w niepełnym wymiarze czasu. Wielu pracowników chce korzystać z umów cywilnoprawnych, bo pozwalają im pracować elastycznie — wskazuje. — Dają możliwość współpracy z więcej niż jednym podmiotem i wyższe dochody. W mojej ocenie ponad połowa, a być może nawet więcej umów cywilnoprawnych, jest korzystna dla obu stron — podsumowuje.
Zdaniem Krzysztofa Inglota wejście reformy w życie niosłoby też ryzyko nadużyć. — Inspektor mógłby podejmować decyzje hurtowo, bez analizy każdego przypadku z osobna. Decyzje administracyjne wchodziłyby w życie natychmiast, a przedsiębiorca latami walczyłby w sądzie. W tym czasie mógłby stracić płynność i zbankrutować — nawet jeśli ostatecznie sąd przyznałby mu rację. A firm, które upadną, nie da się już przywrócić do życia — podsumowuje.
Czytaj również: Ile naprawdę zarabiają Polacy? Niepokojące dane GUS
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Newsletter
Najlepsze teksty z Faktu! Bądź na bieżąco z informacjami ze świata i Polski
Masz ciekawy temat? Napisz do nas list!
Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas!

1 tydzień temu
10



English (US) ·
Polish (PL) ·