Odbili się od dna i niszczą wszystkich. Największa sensacja el. MŚ

1 miesiąc temu 19

Feta zaczęła się już po ostatnim golu w meczu z Włochami w Mediolanie. Bramkę na 4:1 Norwegowie zdobyli w ostatniej minucie. Ławka rezerwowych zerwała się w całości. Były łzy szczęścia i taniec radości. Trener Stale Solbakken przepraszał potem selekcjonera Włochów za ten nadmierny wybuch radości. Włosi przecież mocno cierpieli. Ale trudno się emocjom norweskiego szkoleniowca dziwić. On sam występował z Norwegią na mundialu w 1998 r. Wtedy w 1/8 finału jego drużynę z turnieju wyrzuciła właśnie Italia. Jak się później okazało, na długie 28 lat.  

Zobacz wideo Bereszyński z Zielińskim. Urban i Magiera w rozmowie z Cashem

Książę w szatni, co piąty Norweg przed telewizorem, tłumy przed ratuszem

To dlatego teraz w Mediolanie w szatni Norwegów pojawił się nawet Haakon, syn króla Norwegii Haralda V. Trafił na moment, gdy piłkarze polewali się piwem. Jak przekazał potem telewizji NRK napastnik Alexander Sorloth, "garnitur księcia nadawał się do prania".  

Radość przeniosła się też na ulice Norwegii. Dzień po meczu z Włochami dla najlepszej drużyny tych eliminacji w Europie zorganizowano spotkanie z kibicami. Na fetę na placu przed ratuszem w Oslo przyszło 50 tys. kibiców. Asystenci Solbakkena nie mogli opanować łez, co szybko wychwyciły transmitujące spotkanie kamery publicznego nadawcy.

W norweskiej reprezentacji dzieje się coś wielkiego. Kadra narodowa od roku nie przegrała meczu, wygrała wszystkie starcia o punkty. W eliminacjach MŚ wbiła rywalom najwięcej bramek z europejskich drużyn, aż 37. Erling Haaland został najlepszym strzelcem kwalifikacji (16 goli). Na fali tych wyników nie dziwiło też, że decydujący o awansie mecz w Mediolanie obejrzało przed telewizorami rekordowe 1,2 mln Norwegów. W kraju liczącym nieco ponad pięć mln obywateli to wynik znakomity, najlepszy od 22 lat.

Choć jasne było, że Norwegowie piłkarsko systematycznie się rozwijają, to jednak ich eliminacyjne rezultaty były zaskoczeniem. Mówimy o drużynie, która nie była w stanie awansować z trzeciego miejsca  do baraży Euro 2024. Nie tak dawno gubiła punkty z Gruzją. 

- To, co się teraz wydarzyło, jest pewnym zaskoczeniem - mówi Sport.pl Paweł Tanona, specjalizujący się w norweskiej piłce. - Reprezentacja Norwegii była europejskim średniakiem. W pewnym momencie atmosfera wokół trenera Stale Solbakkena zaczęła się robić zła. Został zatrudniony, by wywalczyć awans na Euro 2024, ale tego nie zrobił. Pojawiały się głosy, że Solbakken zaczyna marnować złote pokolenie. Coś jednak ruszyło w ostatniej edycji Ligi Narodów, paradoksalnie najbardziej po meczu z Austrią, przegranym 1:5. To był taki moment, gdzie masa ludzi chciała już głowy trenera. Ja też. No ale związek się go trzymał, bo zawodnicy bardzo go popierali. Po tym meczu z Austrią okazało się, że ta drużyna dojrzała, bardzo się zgrała, że więzi między zawodnikami a szkoleniowcem zaczęły się zacieśniać. Solbakken trochę zmienił styl i nagle się okazało, że mecz z Austrią odmienił tę drużynę. Od tamtego momentu wszystko wystrzeliło - opisuje.  

Gdy pytamy o przełom w Norwegii, słyszymy, że po 25 latach rozczarowań wierzono raczej, że reprezentacja przełamie klątwę wielkich imprez hartem ducha, a nie ośmioma zwycięstwami z rzędu. Nie jest też tak, że te dwa zwycięstwa przyszły tylko dzięki bohaterom pierwszego planu, Erikowi Haalandowi i Martinowi Odegaardowi, tym bardziej że ten drugi jesienią leczył kontuzję. Przy nich w kadrze urośli inni.  

Nie tylko Haaland i Odegaard. Norwegia bezczelna w pojedynkach

- Haaland i Odegaard wyrośli na prawdziwych liderów, a ich standardy podniosły poziom kultury gry wszystkich - mówi nam Thore Haugstad, dziennikarz publikujący na portalu największej norweskiej telewizji NRK.

- Skrzydłowi, Antonio Nusa i Oscar Bobb, zrobili ogromną różnicę w tych kwalifikacjach. Obaj są młodzi i dali Norwegii coś, czego brakowało od dekad: dobrych dryblerów. Wcześniej drużyna zbyt mocno polegała na Odegaardzie, który sam kreował akcje. Teraz reprezentacja ma groźnych graczy na kilku pozycjach. W szczególności Nusa był zmorą wielu rywali. Poza tym linia pomocy z Sanderem Berge i Patrickiem Bergiem jest bardzo solidna. Kiedy połączysz rozgrywającego takiego jak Odegaard, dwóch bardzo dobrych skrzydłowych i najlepszego napastnika na świecie, to bardzo trudno jest taką maszynę zatrzymać - podsumowuje.  

Dryblingi uwypuklają statystyki całych eliminacji MŚ. Norwegia w Europie była drużyną najczęściej wchodzącą w pojedynki. Średnio na mecz miała 34 akcje jeden na jednego, czym przewyższyła nawet Belgię i Hiszpanię. 

Obaj nasi rozmówcy zaznaczają, że na rezultaty wpłynęła stabilność składu, zgranie i zaakceptowanie przez wszystkich najlepszej taktyki, która podpasowała szybko rozwijającym swe umiejętności graczom.  

Złote pokolenia nie funkcjonowały jako zespół. Norwegowie do siebie lgną

- Widać w tej drużynie rękę Solbakkena. On zmienił jej oblicze - punktuje Tanona. Norwegia zaczęła grać bardziej bezpośrednio. Wiadomo, że trener miał czas, mógł eksperymentować z różnymi ustawieniami, z różnymi stylami gry. Szukał tego złotego środka i go znalazł. Sama jego osoba już tej drużynie sporo daje. Zbudował team spirit. Zawodnicy mówią, że na kadrę lubią przyjeżdżać, że dobrze im się współpracuje z tym trenerem i całym sztabem, że fajnie razem spędzają czas. Wiadomo, że ma to przełożenie na boisko, bo zupełnie inaczej się pracuje w grupie osób, z którymi lubisz spędzać czas i z taką, z którą spędzasz czas za karę - słyszymy od Tanony.

SOCCER-WORLDCUP-ITA-NOR/

SOCCER-WORLDCUP-ITA-NOR/Fot. REUTERS/Alessandro Garofalo

Selekcjoner Stale Solbakken od początku kadencji (którą objął pod koniec 2020 roku) rzeczywiście koncentrował się na budowaniu silnych więzi między zawodnikami. Atmosfera na zgrupowaniach jest taka, że nieco nowsi członkowie kadry, jak Oscar Bobb, przyjeżdżają tu jak do domu. Spędzają ze sobą czas po treningach.

Wspomina też o tym Haugstad, który nazywa obecną kadrę złotym pokoleniem norweskiej piłki. Przypomina, że znakomitych pokoleń, które nie spełniły oczekiwań, było sporo, z Anglią i Stevenem Gerrardem, Paulem Scholesem, Frankiem Lampardem i Davidem Beckhamem na czele. Była też Belgia z gwiazdami Premier League - Romelu Lukaku, Edenem Hazardem, Kevinem De Bruyne - ale to pozwoliło tylko raz na półfinał mistrzostw świata (2018). - Norwegia ma nad tymi drużynami jedną przewagę. Złote pokolenia często nie funkcjonowały jako zespół - puentuje to dziennikarz, przytaczając słowa Gerrarda o tym, iż ten nienawidził treningów reprezentacji Anglii. W obozie norweskim na spotkanie kadry wszyscy czekają jak na gwiazdkę.  

Liga w górę, reprezentacja korzysta

Zespół norweski jest raczej młodą ekipą, szczególnie w zachwycającej ofensywnej części. Antonio Nusa ma 20 lat, gra w RB Lipsk. Oscar Bobb ma 22 lata i jest brylantem Manchesteru City, podobnie jak 25-letni Erling Haaland. Martin Odegaard ma 26 lat, jest kapitanem Arsenalu. Ich poziom może być jeszcze wyższy. Będą to też zawodnicy, którzy mogą przysłużyć się Norwegii nie tylko na najbliższym mundialu, lecz także na kilku wielkich imprezach. Zresztą cały skład Skandynawów jest perspektywiczny. Żaden z zawodników z pola nie ma więcej niż 30 lat. Niemal wszyscy grają w top 5 lig Europy. Kilku występuje w norweskiej Elitserien, głównie w Bodo/Glimt, niedawnym półfinaliście Ligi Europy. Wzrost poziomu norweskiej piłki ligowej to kolejny element, który buduję reprezentację. 

- Przez ostatnie pięć lat Bodo/Glimt pokazało reszcie ligi, co można osiągnąć dzięki odpowiedniemu treningowi i wierze w ofensywny styl gry. Myślę również, że rozwój Odegaarda i Haalanda uświadomił europejskim klubom, że w Norwegii są dobrzy zawodnicy, co doprowadziło do większej liczby transferów naszych piłkarzy. Kiedy dostają szansę w przyzwoitych klubach na całym kontynencie, rozwijają się szybciej, co też pomaga reprezentacji - mówi nam Haugstad. 

Obecne sukcesy nie byłyby możliwe bez coraz lepiej działającego systemu szkolenia. System norweski oznacza dla najmłodszych piłkarzy brak presji, radość z gry, nieprzykładanie uwagi do wyników meczów.  

Czerpią z kadr juniorskich. "Nacisk na sam dół piramidy"

- Norwegowie w pewnym momencie zaczęli dostrzegać, że ich futbol zarówno ligowy, jak i reprezentacyjny pikuje - przypomina Tanona. - Lata 90. dla kadry były świetne, najlepsze w historii. Po tym, jak Rosenborg przestał królować na krajowym podwórku i grać w Lidze Mistrzów, okazało się, że Norwegia jest piłkarskim średniakiem. To był kraj, który w eliminacji do mundialu 2018 potrafił dwukrotnie przegrać z Niemcami, tracąc w sumie dziewięć goli. Poprzednia dekada była tragiczna - dodaje Tanona. Była też impulsem do działania.  

- Norwegowie chcieli coś z tym zrobić. Postanowili przebudować system szkolenia. Położyli nacisk na sam dół piramidy, na małe kluby. Nastąpiła poprawa w zakresie edukacji trenerów. Zauważyli, że zawodnicy, którzy trafiają jako nastolatkowie do większych klubów, muszą mieć wspólną bazę: piłkarską i taktyczną. Zajęto się tym. Powstały i dalej działają też związkowe programy, które wyłaniają najzdolniejszych zawodników w każdym roczniku. Są dla nich robione zgrupowania, treningi, nie tylko piłkarskie, lecz także mentalne - zauważa nasz rozmówca. Zresztą to, że coś drgnęło w norweskim futbolu, widać było właśnie w juniorskich reprezentacjach.  

- Roczniki '99 i '00 są pierwszymi, które zaczęły z tych programów wychodzić. To są też zawodnicy, którzy grali na MŚ U20 w Polsce w 2019 roku, kiedy Haaland strzelił słynne dziewięć goli Hondurasowi. Norwegia nie wyszła wtedy z grupy, ale z tych młodych chłopaków spora część poważnie lub bardziej poważnie gra teraz na profesjonalnym poziomie. Obecna reprezentacja U21 też ma kilka bardzo obiecujących nazwisk. Wystarczy powiedzieć, że do seniorskiej kadry nie łapią się Sverre Nypan i Sindre Walle Egeli, którzy trafili odpowiednio do Manchesteru City (aktualnie na wypożyczeniu do Midlesbrough) i Ipswich, a w ostatnim oknie transferowym łącznie kosztowali te kluby blisko 40 milionów euro. Zresztą ci utalentowani zawodnicy przez wiele lat w różnych kadrach się przecinają. Jak wchodzą do seniorskiej reprezentacji, to już się dobrze znają. Jest między nimi chemia - obrazuje to Tanona.  

Obecną formę Norwegii doceniają też analitycy. Wskazują, że Norwegia jest dziewiątą w kolejności drużyną do zdobycia mistrzostwa świata. Ekipa Solbackkena wyprzedza w prognozach Belgię, Chorwację, Urugwaj i USA. To ma być czarny koń mundialu.

Nic dziwnego, że norwescy kibice po meczu z Włochami masowo ruszyli do biur podróży, które oferują wycieczki na MŚ z biletami na mecze ich drużyny. Ceny takich pakietów są horrendalnie wysokie, ale to przecież oferta, która do tej pory przytrafiała się raz na niemal 30 lat.  

Przeczytaj źródło