Rodzina uchodźców ze Wschodu od kilku miesięcy tuła się po Warszawie. Jak się okazuje, w ich historii pojawia się wiele znaków zapytania.
Od kilku dni w Polsce aura zdecydowanie bardziej przypomina wczesną zimę, niż jesień. W wielu regionach kraju temperatura spadła poniżej 0 stopni Celsjusza, spadło także mnóstwo śniegu. Mimo tych trudnych warunków pogodowych, pewna kobieta pojawiła się wraz z dwójką swoich dzieci nad Wisłą w rejonie Wybrzeża Szczecińskiego w Warszawie. Rodzina próbowała ogrzać się przy ognisku.
O sprawie została powiadomiona stołeczna straż miejska. Gdy mundurowi dotarli na miejsce, kobieta nie chciała ujawnić żadnych danych na swój temat. Początkowo próbowała również zaprzeczać, jakoby miała drugie dziecko. Ostatecznie okazało się, że są to uchodźcy ze Wschodu, a konkretnie z Mołdawii. Dzieci mają 8 oraz 12 lat. Mundurowi postanowili zaalarmować o zdarzeniu Centrum Kultury Prawosławnej przy ulicy Cyryla i Metodego. Matka i jej dwoje dzieci trafili do ośrodka.
Jak się jednak okazuje, sprawa ma swój ciąg dalszy. Z ustaleń Gazety Wyborczej wynika, że jeszcze tego samego dnia rodzina zniknęła z placówki. Kobieta zostawiła na miejscu swoje torby z bagażami. Dziennikarze dowiedzieli się, że nie był to pierwszy raz, gdy matka i jej dzieci pojawili się w ośrodku na warszawskiej Pradze-Północ. Uchodźcy z Mołdawii mają się od co najmniej kilku miesięcy tułać po Warszawie. - W tej rodzinie rozgrywa się dramat. Dzieci są pozbawione edukacji, należytej opieki i warunków do życia. Trudno jednak przekonać do tego ich matkę – przyznał ks. Andrzej Lewczak, dyrektor Centrum Kultury Prawosławnej.
Duchowny po raz pierwszy dostrzegł rodzinę w lipcu – w późnych godzinach wieczornych chłopcy byli sami na ulicy i ciągnęli ze sobą ciężkie walizki. W trakcie rozmowy wyszło na jaw, że ich mama jest w pracy – była zatrudniona w jednej z firm sprzątających na stołecznym lotnisku. – Zaproponowałem, żeby u nas zamieszkali na jakiś czas, załatwili sprawę edukacji dzieci. Zaproponowaliśmy im kurs polskiego, ale nie można kogoś zmusić do przyjęcia pomocy – wyjaśniał ks. Andrzej Lewczak.
Po niespełna dwóch tygodniach rodzina opuściła ośrodek. Po tym jak do wolontariuszy docierały informacje, że dzieci tułają się po parkach i dworcach, próbowano pomóc kobiecie oraz jej dzieciom. Pomoc była jednak wielokrotnie odrzucana. – Problem wynika raczej z przekonania, że dzieci powinny być zawsze z matką – komentował szef środka przy Cyryla i Metodego.
Czytaj też:
16-latek zginął na torach. Rodzina apeluje przed pogrzebemCzytaj też:
Tragiczna śmierć 22-letniej piosenkarki. Prokurator mówi o brutalnym ataku



English (US) ·
Polish (PL) ·