Nowy film Paula Thomasa Andersona dzieli widzów i zachwyca krytyków. DiCaprio w roli, o której będzie się mówić latami

3 tygodni temu 13

To nie jest film, który próbuje się wszystkim podobać. I właśnie dlatego stał się jednym z najgłośniejszych tytułów roku. Najnowsza produkcja Paula Thomasa Andersona z Leonardo DiCaprio w roli głównej weszła do kin z rozmachem, zebrała niemal jednogłośne uznanie krytyków i jednocześnie rozpaliła emocjonalną dyskusję wśród widzów. Jedni wychodzili z sali poruszeni, inni zirytowani. Teraz produkcja dostępna jest w streamingu.

Kino autorskie w wersji szerokiego rażenia

Paul Thomas Anderson po raz kolejny udowadnia, że nie interesuje go bezpieczne kino środka. „Jedna bitwa po drugiej” to film, który świadomie porusza się między gatunkami, tonami i emocjami. Z jednej strony przypomina thriller akcji, z drugiej momentami skręca w groteskę, satyrę i kino politycznego niepokoju. To opowieść o byłym rewolucjoniście Bobie, który próbuje żyć z dala od dawnych ideałów, wychowując córkę i udając, że przeszłość da się zamknąć na klucz. Oczywiście nie jest to możliwe. DiCaprio gra bohatera nieheroicznego, zmęczonego, często zagubionego. Nie próbuje go wybielać ani uczynić symbolem. To człowiek pełen sprzeczności, który sam nie wie, czy bardziej ucieka przed światem, czy przed sobą.

Aktorskie starcie gigantów

Obok DiCaprio na ekranie pojawiają się m.in. Sean Penn i Benicio del Toro, a ich obecność wyraźnie zmienia ciężar poszczególnych scen. Szczególnie Penn przyciąga uwagę widzów i krytyków. W jednej z opinii czytamy wprost: „Sean Penn przyćmił DiCaprio swoją kreacją. To najlepszy od «Aż poleje się krew» film PTA.” Ten głos nie jest odosobniony. Penn gra postać niepokojącą, charyzmatyczną i trudną do jednoznacznej oceny, co idealnie wpisuje się w filozofię całego filmu.

Film, który prowokuje i nie tłumaczy się widzowi

„Jedna bitwa po drugiej” nie prowadzi za rękę. Nie upraszcza tematów, nie łagodzi konfliktów i nie zamyka ich w wygodnych pointach. Dla jednych to ogromna zaleta, dla innych bariera nie do przeskoczenia. Jeden z widzów trafnie podsumował: „Film o tym, że wojny ideowe to zawsze wojny międzypokoleniowe, czyli nieskończony bezsens, który nie sposób przerwać”. Anderson pokazuje Amerykę rozdwojoną, zmęczoną własnymi mitami, w której rewolucja i konserwatyzm są równie groteskowe. Robi to z empatią, ale bez taryfy ulgowej. Stąd tak skrajne reakcje. Wśród komentarzy pojawiają się również głosy skrajnie krytyczne, jak ten: „Najgorszy, najbardziej kretyński film na jakim byłam. Wyszliśmy po 25 minutach”.

Krytycy mówią jednym głosem

O ile widzowie są podzieleni, o tyle krytycy pozostają niemal jednomyślni. Film osiągnął 96% pozytywnych recenzji w zagranicznych agregatorach opinii i ocenę 8.0 na polskim Filmwebie. Recenzenci podkreślają odwagę reżysera, precyzję formalną i aktorską intensywność. Pojawiają się także głosy interpretujące film jako satyryczny portret współczesnego chaosu ideologicznego. Jak zauważa jeden z nich: „Satyra na aktualne przesiąknięte chaosem czasy, beka z nihilizmu i samej idei rewolucji.”

Gdzie obejrzeć „Jedną bitwę po drugiej”?

Film trafił do szerokiej dystrybucji kinowej, ale jest również dostępny w streamingu. „Jedna bitwa po drugiej” można już obejrzeć na HBO Max, co daje szansę na spokojny, domowy seans bez presji i oczekiwań. To dobra opcja zwłaszcza dla tych, którzy wolą kino wymagające oglądać w skupieniu, z możliwością powrotu do scen i dialogów, które nie zawsze od razu się odsłaniają.

Fot. materiały prasowe

Fot. materiały prasowe

Fot. materiały prasowe

Fot. materiały prasowe

Fot. materiały prasowe

Fot. materiały prasowe

Przeczytaj źródło