Nie do wiary, co chcieli zrobić Polakom. Zaczęły się groźby, Małysz się wściekł

1 miesiąc temu 17

Cała sprawa dotyczy wątku łączenia kalendarzy męskich i kobiecych skoków. Dyrektor Pucharu Świata Sandro Pertile chce, żeby po olimpijskiej zimie zawody PŚ obu płci odbywały się dokładnie w tych samych miejscach. Na razie przystosowuje do tego kalendarz dyscypliny i zgadza się na kompromisy. Chociaż wobec Polski długo na taki nie chciał pozwolić.

Zobacz wideo Gorąco wokół polskich skoków. Chodzi o skład na igrzyska

Na tyle długo, że wiosną pojawiły się groźby, że zawodów, które w czwartek ruszają na skoczni imienia Adama Małysza w Wiśle-Malince, w ogóle mogło nie być.

Wisła nagle zniknęła z kalendarza. Szef skoków groził, że zawodów w ogóle nie będzie

FIS rzeczywiście zagroził Wiśle przeniesieniem zawodów do Klingenthal w Niemczech - sprawę w pełni opisywaliśmy tutaj. Dodajmy, że wówczas lokalni organizatorzy tamtejszych zawodów nie mieli o tym zielonego pojęcia - negocjacje prowadził tylko Niemiecki Związek Narciarski. FIS, a konkretniej przede wszystkim sam Pertile, nie chciał dla Wisły robić żadnego wyjątku w stosowaniu się do swojej filozofii jednoczesnego skakania kobiet i mężczyzn w tym samym miejscu. Polakom to nie odpowiadało, bo na skoczni w Wiśle nie tak łatwo pomieścić wszystko, co potrzebne do zawodów mężczyzn, a w połączeniu z kobiecymi zrobiłby się chaos. Co prawda, Wisła organizowała już podwójny PŚ w 2022 roku w formie hybrydowej - lodowego najazdu i lądowania na igelicie, a także w Letnim Grand Prix, ale niewielka baza noclegowa i ograniczony teren na skoczni nadal sprawiały wrażenie organizacyjnego potworka.

Prezes Adam Małysz nie jest zwolennikiem tego, co próbuje w skokach wprowadzać Pertile i proponował przeprowadzenie oddzielnych zawodów PŚ kobiet w Szczyrku w innym terminie. Na to Włoch nie chciał się zgodzić. A Małysz nie chciał przystać na zrobienie w Wiśle podwójnego Pucharu Świata. I za zaczęło się robić nerwowo. Na spotkaniach podkomitetów FIS w Pradze, gdzie prezentowano m.in. kalendarze zawodów na sezon olimpijski, Wisła zniknęła z tego dotyczącego PŚ. W miejsce polskiej miejscowości wpisano wielkim literami słowo "OPEN" - jednocześnie wzbudzając wątpliwości wobec tego, czy zawody się odbędą, ale nie zamykając Wiśle drzwi. Ogłaszał to zresztą bardzo ceremonialnie - najpierw zwołał przerwę w spotkaniu tuż przed prezentacją kalendarza, a potem gdy na sali zapadła cisza, starał się odpowiednio dobrać słowa. Tak, żeby pokazać Polakom, że muszą się ugiąć. Wydarzenia z Czech opisywaliśmy tutaj.

Adam Małysz z pewności wściekał się na FIS i Pertile. Włoch stracił w oczach wielu polskich działaczy. Także dlatego, że w ramach ustaleń tzw. tzw. Media Rights Centralization Agreement (MRCA), czyli porozumienia dotyczącego zcentralizowania praw telewizyjnych, Polsce od sezonu 2026/27 aż do 2033/34 przypadają dwa weekendy PŚ w skokach. A to ustalenia ponad FIS, narzucające im pewne działania. W dodatku PZN zagroził odwołaniem konkursów Pucharu Kontynentalnego czy FIS Cup, które w kolejnym roku finansuje się z tego, co zostanie pozyskane po zimowym Pucharze Świata mężczyzn

Dlatego Pertile i Małysz musieli znaleźć pewien kompromis. Stąd pomysł połączenia weekendu ze skokami mężczyzn i kobiet tylko częściowo. Pokryją się tylko w piątek - wtedy zostaną rozegrane treningi i kwalifikacje skoczków, a także drugi konkurs skoczkiń. Po obu stronach daleko jednak od pełnego zadowolenia osiągniętym rozwiązaniem.

Nadchodzi wielka porażka dyrektora Pucharu Świata. Oto przyszłość PŚ w Wiśle

I oczywiście, PZN nigdy nie był ogromnym zwolennikiem zawodów kobiet, a działaczom często nie pasowało, że w ogóle trzeba przeznaczać na nie pieniądze. Ale pozbawianie ich zawodów pomimo nadrzędnych ustaleń? Cytując klasyka, Sandro Pertile "pomylił odwagę z odważnikiem". Działania Włocha, wielokrotnie krytykowanego za swoje decyzje i sposób zarządzania skokami w Polsce, nie pomogły wizerunkowo ani jemu, ani FIS. Osiągnął jednak częściowo to, co chciał - PZN, który na początku nie chciał grudniowych zawodów kobiet, musi je przeprowadzić.

Pytanie jednak: co dalej z pomysłem łączenia kalendarzy? Skoro ten już podczas sezonu 2026/27 - i którego pierwsze wersje nie zostały opublikowane na czas, a teraz są opóźniane - w teorii ma być taki sam dla kobiet i mężczyzn, to Wisła musiałaby się zgodzić w pełni na rozwiązanie proponowane przez Pertile - wraca temat tego samego terminu i miejsca skoków w obu cyklach. Słyszymy jednak, że sytuacja wygląda podobnie do tej tegorocznej.

Pertile nadal bardzo chciałby przeprowadzić zawody obu płci w Wiśle w tym samym czasie i ma być przekonany, że musi się udać, ale PZN odmawia. I w rozmowach w kontekście przyszłej zimy pozostaje przede wszystkim ten sam termin - pierwszy weekend grudnia. Konkursy kobiet zapewne znów musiałyby się odbyć w środku tygodnia. I choć w weekend raczej nie przyciągnęłyby tłumów jak choćby w Ljubnie w Słowenii, gdzie co roku pojawia się kilka tysięcy kibiców, to widok pustej skoczni i zaledwie kilkudziesięciu osób na trybunach zaboli zarówno teraz, jak i za rok. Bo nie ma perspektyw na to, żeby za dwanaście miesięcy coś się zmieniło.

FIS i Pertile w swoich planach najpewniej będą musieli uwzględnić pewne kompromisy i kalendarze kobiecych oraz męskich skoków raczej nie pokryją się dokładnie ze sobą już od kolejnej zimy. A to będzie spora wizerunkowa i komunikacyjna porażka szefa skoków. Na razie nie widać jednak innego wyjścia.

PZN musiał sięgnąć po pół miliona złotych. Małysz ujawnia

Jak obecnie wyglądają stosunki Małysza i Pertile oraz PZN z FIS? Oficjalnie mówi się, że co najmniej neutralnie lub po prostu dobrze. Jednak zza kulis dalej słyszymy o niesmaku, niechęci, a nawet trwającym konflikcie. - Moje relacje z Sandro Pertile? Choć często go krytykuję, to nie żyjemy jakoś bardzo źle. Nie mamy złych relacji. Wiadomo, że mam tak, że, jak myślę o czymś i jak mówię, że ja bym to zrobił inaczej, to robię to otwarcie. Nie będę chodził i tutaj przytakiwał, a potem przed drugą osobą mówił zupełnie co innego. Jeśli takie jest jakby moje zdanie i myślę, że to nie powinno tak wyglądać albo powinno być inaczej, no to o tym mówię - opisuje w rozmowie ze Sport.pl Adam Małysz.

- To wszystko nie było dla nas łatwe. Tym bardziej że trzeba było znaleźć budżet na ten wariant organizacji zawodów - wskazuje Małysz. I zdradza, że chodzi o około pół miliona złotych. Cały PŚ w Wiśle kosztuje w granicach dwóch milionów.

- I to nawet nie chodziło o to, ale o całe zamieszanie, które przy tym wszystkim się zrobiło. Myśmy walczyli o to, żeby zrobić zupełnie inny konkurs dla dziewczyn, w innym terminie, w Szczyrku. No ale Sandro się nie zgodził wtedy i wręcz o tym mówił, że w ogóle nie będziemy mieć konkursu. Wtedy, wiosną, chyba nie zdawał sobie też sprawy z tego, że są umowy, które uniemożliwiają mu zabranie nam zawodów - tłumaczy prezes PZN.

Relacje pomiędzy organizatorami a FIS - zazwyczaj chwalącym Wisłę i Polskę na miejscu - będą pewnie dość chłodne. A z Pertile parę osób pośle sobie wzajemne nieprzyjemne spojrzenia. Trzeba jednak współpracować. W czwartek o godzinie 17:15 zaplanowano pierwszy konkurs kobiet, a wcześniej, bo już od 10, ruszą treningi, a następnie kwalifikacje. W piątek zostaną rozegrane drugie zawody skoczkiń, a także treningi i kwalifikacje skoczków. Na sobotę i niedzielę zaplanowano po jednym konkursie mężczyzn. Bilety na weekend ponoć sprzedały się bardzo dobrze i wręcz ich brakuje. Na zawodach kobiet trudno będzie jednak o zebranie nawet kilkuset widzów. Relacje z zawodów PŚ w Wiśle na Sport.pl i w aplikacji Sport.pl LIVE.

Przeczytaj źródło