Nie będzie sprawiedliwego pokoju dla Ukrainy. Nie oznacza to jednak Jałty i zdrady

1 miesiąc temu 22

Jeśli z prowadzonych obecnie negocjacji nad zakończeniem wojny w Ukrainie coś wyjdzie, to efektem na pewno nie będzie sprawiedliwość i przykładne ukaranie Rosji. - To nie musi oznaczać porażki naszej i Ukraińców - mówi Gazeta.pl Anna Maria Dyner z PISM.

Protest przed ambasadą USA w Pradze Fot. REUTERS/Eva Korinkova

- Naprawdę sprawiedliwie zawarty pokój oznaczałby całkowite wycofanie się Rosji z terytorium Ukrainy i wypłatę reparacji na jej rzecz. Jednak jest oczywiste, że to mało realne - mówi analityczka Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (PISM) Anna Maria Dyner, specjalizująca się w tematyce bezpieczeństwa międzynarodowego. I dodaje, że na coś takiego Rosja z własnej woli się nie zgodzi. Musiałaby zostać zmuszona. - Choćby dlatego, że byłoby to polityczne samobójstwo dla Putina i jego współpracowników. Trudno sobie wyobrazić, że mieliby na to ochotę. Natomiast żeby próbować Rosję zmusić do tego, musiałaby być państwem całkowicie izolowanym i niemającym broni jądrowej. To się nie uda, choćby ze względu na politykę Chin - mówi analityczka.

Sporo brakuje do rozmów z pozycji siły

W tym kontekście Anna Maria Dyner sugeruje wstrzemięźliwość w ocenianiu trwających obecnie negocjacji. Od momentu ujawnienia tydzień temu wstępnego zarysu planu pokojowego, przez media i media społecznościowe przetoczyło się już kilka fal spekulacji oraz eksplozja emocji. Wśród nich zarzuty o powtórkę z Jałty, sugestie, że to Monachium 2.0, zdrada i temu podobne. - Paniczne wrzutki analizujące punkty, które miały dotyczyć Polski, należy odłożyć na bok. Do finału negocjacji i podpisywania czegokolwiek jeszcze daleko i ciągle poruszamy się w sferze spekulacji. Aczkolwiek kształt przyszłego porozumienia będzie istotnie wpływał na europejskie bezpieczeństwo – stwierdza Dyner.

W tym wszystkim trzeba mieć jednak na uwadze to, że negocjacje toczą się w rzeczywistości, w której Ukraina nie wygrywa na froncie. Jak mówił Gazeta.pl Konrad Muzyka, który regularnie odwiedza rejony walk i rozmawia z wojskowymi, ukraińskie wojsko niestety tylko słabnie i nie jest w stanie zatrzymać Rosjan. Nie wspominając w ogóle o odbijaniu tego, co już zostało stracone. Ukraińskie wojsko ma poważne problemy z powodu niedostatku ludzi, nieefektywnej rekrutacji w niechętnym do dalszego przelewania krwi społeczeństwie i ogólnie niewydolnego systemu dowodzenia. Bez poważnych reform, których chęci przeprowadzania nie widać u samych Ukraińców, trajektoria tej wojny się nie zmieni. Mała jest szansa, aby istotnie wpłynęły na to ukraińskie ataki na rosyjskie rafinerie czy elektrownie. Przynajmniej w dającym się przewidzieć czasie.

Rosja, owszem, ma problemy ekonomiczne, ale nie jest pod ścianą. Zachód, w tym Polska, jest temu współwinny. Wspieramy Ukrainę tak, aby nie dać jej przegrać, ale też tak, aby nasi obywatele nie odczuli poważniej wynikających z tego obciążeń. Przykładem są ciągłe istotne zakupy od Rosji gazu skroplonego przez część krajów zachodniej Europy, czy powolne i ograniczone dostawy bardziej zaawansowanych systemów uzbrojenia dla Ukrainy. Można by też wspomnieć o alergicznych - w niektórych krajach (w tym Polsce) - reakcjach na sugestie wysyłania sił pokojowych, czy o mało skutecznym egzekwowaniu sankcji. Oczekiwanie teraz negocjacji z pozycji zwycięzców dyktujących Rosji warunki jest nierealne. Jeśli cokolwiek ma zostać podpisane, to Rosja musi się na to zgodzić z własnej woli.

Kreml też nie wygrywa

- Choć finalne porozumienie może nie być sprawiedliwe z naszego punktu widzenia, to nie musi to oznaczać porażki naszej i Ukraińców. Rosja nie szła na tę wojnę z zamiarem zajęcia jakiegoś kawałka Ukrainy, który ta teraz być może będzie musiała oddać. Największe państwo świata nie potrzebuje zdewastowanych 20 procent terytorium sąsiada - podkreśla Anna Maria Dyner. - Celem była kontrola polityczna całej Ukrainy i zmiana równowagi sił w całym regionie. To była i jest dla Rosji wojna imperialna, ideologiczna, mająca potwierdzić jej wielkość i zdolność do zarządzania wyimaginowaną strefą wpływów -dodaje Dyner.

W ocenie analityczki wstępny zarys aktualnie negocjowanego porozumienia trudno wobec tego nazwać pełnym sukcesem dla Kremla. - Wszystko wskazuje na to, że Ukraina obroni swoją niezależność. Może też zyskać znaczną świadomość swojej tożsamości narodowej, utrzymać demokrację i prozachodni kurs - mówi Dyner. Jest to coś przeciwnego od początkowych zamiarów Rosji, która nigdy nie ukrywała swojej chęci podporządkowania i zdominowania Ukrainy. - Dużo tu będzie jednak zależało od postawy i gotowości wsparcia samych państw europejskich, tak aby Ukraina nie miała poczucia, że z wyzwaniami rzuconymi przez Rosję została sama - stwierdza analityczka.

Poważnym pytaniem w przypadku podpisania jakiegoś porozumienia pokojowego, będzie: co dalej. Skoro Rosja tej wojny tak naprawdę nie wygra, ale nie zostanie też pokonana, to nadal będzie pielęgnowała swoje ambicje imperialne. Skoro zostanie powstrzymana, ale nie dotkliwie ukarana, to może próbować znów. I to jest główny problem oraz potencjalne źródło zmartwień na przyszłość. Nie to czy Ukraina będzie zmuszona oddać ten lub inny skrawek swojego terytorium. Nawet jeśli wiemy, że to niesprawiedliwe i chcielibyśmy, żeby było inaczej. Kluczowym pytaniem jest, jak odstraszyć Rosję od kolejnych prób używania siły, by decydować o tym, co mogą, a czego nie mogą robić jej sąsiedzi.

Google News Facebook Instagram YouTube X TikTok
Przeczytaj źródło