Nauczycielka miała wyrzucić krzyż do kosza. Tak się tłumaczy

3 dni temu 10

Nauczycielka z podstawówki w Kielnie na Pomorzu miała chwycić za krzyż, który wisiał w jednej z klas i zerwać go ze ściany. Symbol chrześcijaństwa trafić miał następnie do kosza. – To była plastikowa zabawka – twierdzi kobieta w rozmowie ze stacją TVN24.

Do zdarzenia dojść miało w połowie grudnia ubiegłego roku – w Szkole Podstawowej z Oddziałami Integracyjnymi im. Bohaterów Westerplatte w Kielnie. Incydent miał mieć miejsce na lekcji języka angielskiego. Zanim samodzielnie pozbyła się krzyża, ponoć najpierw poprosiła o to uczniów, którzy jednak nie wykonali jej polecenia.

Mieszkanka Pomorza zgodziła się po raz pierwszy w rozmowie z TVN24+ opowiedzieć o swojej perspektywie całego zdarzenia, które odbiło szerokim echem w całej Polsce, do czego przyczyniły się media. Kobieta wskazuje, że feralnego popołudnia prowadziła swoje ostatnie zajęcia z harmonogramu. W pewnym momencie sięgnęła do szafy, by wyjąć z niej pomoce naukowe dla belfrów – wtedy dostrzegła krzyż nad klatką dla chomika (to klasowe zwierzę, uwielbiane przez młodych).

Była to jednak zabawka lub gadżet cosplay'owy (chodzi o rodzaj sztuki, polegający na przebieraniu się za postaci znane m.in. z bajek, seriali, filmów czy gier komputerowych). – Od początku to było jasne, że to nie jest przedmiot czci religijnej, tylko fragment halloweenowego przebrania. (...) Zresztą, gdyby to był taki przedmiot, to tym bardziej nie było dla niego właściwie miejsce. Poprosiłam, by tę zabawkę zdjęli, a gdy nie posłuchali, po prostu ją wyrzuciłam – relacjonuje nauczycielka, która poprosiła redakcję o nie podawanie jej imienia i nazwiska do publicznej wiadomości.

Nauczycielka otrzymała telefon. „Potem zaczęło się piekło”

Pracownica podstawówki zapewnia, że „jest osobą tolerancyjną”. – Szanuje innych ludzi, w tym ich wiarę. W życiu nie wyrzuciłabym do kosza czegoś, co jest dla innej osoby przedmiotem czci. I jeśli ostatecznie tak się stało, ktoś poczuł się urażony, to jest mi naprawdę przykro – podkreśla.

Później inna nauczycielka, po rozmowie z nią, wyjęła z kosza krzyż-zabawkę i wspólnie pozostawiły ją na parapecie – na wypadek, gdyby właściciel chciał zabrać ją do domu.

Następnie, wieczorem, ta sama koleżanka z pracy zadzwoniła do niej i poinformowała z zaniepokojeniem, że ktoś w kościele rozpowiada, iż „wyrzuciła krzyż do kosza”. – Potem zaczęło się piekło – mówi. Rozdzwoniły się telefony w parafii, w szkole, nie mówiąc o gorzkich wpisach, które pojawiały się na tej czy innej platformie społecznościowej.

Czytaj też:
Ile dać księdzu po kolędzie? Duchowny zdradza, co znalazł w kopertach
Czytaj też:
Zajęcia w szkołach odwołane przez zimę. Rodzice wściekli

Przeczytaj źródło