Świąteczne filmy mają swoje żelazne reguły: powrót do rodzinnego domu, zasypane śniegiem miasteczko, zapach pierników i pytania, przed którymi nie da się uciec. „Kiedy sobie kogoś znajdziesz?”. „A może już czas?”. „My wiemy lepiej”. „Wieczny singiel” (czyli Single All the Way) idealnie wpisuje się w ten schemat - ale jednocześnie próbuje go lekko przesunąć, dopasować do współczesnych realiów i queerowej perspektywy.
To nie jest pierwsza taka próba. Trudno nie wrócić myślami do „The Christmas Setup” - produkcji Lifetime z 2020 roku, która przeszła do historii jako pierwszy świąteczny film stacji z głównym wątkiem LGBT. Tam również mieliśmy powrót do domu, matkę-swatkę (w tej roli Fran Drescher, czyli ikoniczna Niania) i miłość z przeszłości. Oglądając „Wiecznego singla”, trudno oprzeć się wrażeniu, że twórcy - świadomie lub nie - idą bardzo podobną ścieżką.
To pierwszy gejowski "Christmas movie" Netflixa, który regularnie - od dobrych kilku lat - w swoich produkcjach przemyca queerowe wątki. Peter (Michael Urie) mieszka w dużym mieście, pracuje w mediach społecznościowych i - jak sugeruje tytuł - od dłuższego czasu jest singlem. Na święta wraca do rodzinnego domu w małej, zaśnieżonej miejscowości. Już sam ten punkt wyjścia wystarczy, by uruchomić lawinę zdarzeń, które każdy widz komedii romantycznych zna aż za dobrze.
Matka Petera, Carol , nie tylko martwi się szczęściem syna, ale też postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Efekt? Randka w ciemno z Jamesem - przystojnym, serdecznym instruktorem narciarstwa (Luke Macfarlane), który wydaje się chodzącą definicją „dobrego wyboru”. Na uwagę zasługuje także ciotka Sandy - w którą wciela się Jennifer Coolidge znana wszystkim z kultowego serialu „Biały Lotos” - która nad wyraz stara się wesprzeć we wszystkim swojego siostrzeńca - geja. Jest jeszcze Nick (Philemon Chambers) - wieloletni współlokator i najlepszy przyjaciel Petera, cichy bohater drugiego planu, który - jak to zwykle w komediach romantycznych bywa - stopniowo uświadamia sobie, że jego uczucia wykraczają daleko poza przyjaźń.
Brzmi znajomo? Oczywiście. I dokładnie tak ma być. „Wieczny singiel” nie udaje, że wymyśla kino na nowo. Gra znanymi kartami, oferując widzom komfort, przewidywalność i poczucie bezpieczeństwa - coś, czego w świątecznym kinie często szukamy najbardziej.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Święta to festiwal „niewygodnych” pytań
Największą siłą filmu jest obsada. Michael Urie ma w sobie naturalny urok i lekkość, dzięki którym nawet najbardziej schematyczne dialogi nie rażą sztucznością. Philemon Chambers jako Nick jest ciepły, nieprzerysowany i bardzo ludzki - nic dziwnego, że w filmie kochają go wszyscy: rodzina, sąsiedzi a także - pies. Luke Macfarlane sprawia natomiast, że „ten trzeci” nie staje się czarnym charakterem. James jest sympatyczny, uroczy i naprawdę łatwo go polubić - co tylko komplikuje emocjonalny trójkąt.
Problem pojawia się gdzie indziej. Rodzina Petera - choć przedstawiana jako wspierająca i otwarta – bardzo szybko przekracza granicę. Z troski robi się ingerencja, z ciekawości presja, a z dobrych intencji manipulacja. Wszyscy „wiedzą lepiej”, z kim Peter powinien być, i nie wahają się popychać bohaterów w stronę „właściwego” rozwiązania.
To motyw aż nazbyt znajomy, niezależnie od orientacji. Święta potrafią zamienić dorosłych ludzi w dzieci wiercące się przy rodzinnym stole - takie, które wciąż muszą tłumaczyć się ze swoich wyborów. „Wieczny singiel” dotyka tego tematu celnie, choć nie zawsze ma odwagę go naprawdę pogłębić.
Kiedy świąteczna przesada męczy
Oczywiście, nie wszystko w tym filmie działa równie dobrze. Część postaci jest zbyt przerysowana, a niektóre pomysły - jak wyjątkowo karykaturalna rola Jennifer Coolidge - sprawiają wrażenie, jakby pochodziły z zupełnie innej produkcji. Momentami „Wieczny singiel” cierpi na nadmiar wątków i backstory, które niewiele wnoszą do głównej historii, a tylko ją rozpraszają.
A jednak, mimo tych potknięć, film ogląda się z przyjemnością. Być może dlatego, że wciąż jest w nim coś ważnego: próba normalizacji historii miłosnych osób queerowych w przestrzeni, która do tej pory była niemal zarezerwowana dla heteronormatywnych opowieści.
Świąteczna bajka - wciąż do dopisania
„Wieczny singiel” nie jest filmem idealnym i nie zmieni historii kina. Jest jednak krokiem w stronę większej różnorodności - nawet jeśli wciąż ubranym w bardzo klasyczny, momentami wręcz archaiczny kostium. To ciepła, momentami irytująca, ale jednak potrzebna opowieść o miłości, wyborach i presji bycia „na czas”.
Pozostaje tylko jedno pytanie: kiedy w końcu doczekamy się świątecznej komedii romantycznej, w której queerowi bohaterowie po prostu się zakochują - bez swatania, bez rodzinnych intryg i bez konieczności udowadniania czegokolwiek komukolwiek? Na razie „Wieczny singiel” musi nam wystarczyć. I być może właśnie w te święta - z kubkiem herbaty i kocem - to naprawdę nie jest zły wybór.

4 tygodni temu
16






English (US) ·
Polish (PL) ·