Jak dywersanci uciekli z Polski? Ekspert o "czerwonych flagach"

2 miesięcy temu 26

Dlaczego nikt nie zatrzymał dywersantów na granicy? Czego możemy się spodziewać w nadchodzącym czasie? Czy aktów dywersji będzie więcej? Na te pytania odpowiada Gazeta.pl dr Michał Piekarski z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Pociąg Kolei Mazowieckich, który zatrzymał się przed uszkodzonym w wyniku eksplozji fragmentem torów. 16 listopada 2025 r. Fot. Dariusz Borowicz / Agencja Wyborcza.pl

Jak dywersanci mogli przedostać się do Polski? 

Premier Donald Tusk poinformował we wtorek 18 listopada w Sejmie, że za aktami dywersji na polskich torach stoi dwóch obywateli Ukrainy. Wjechali oni do kraju z Białorusi. Dlaczego nikt ich nie zatrzymał? Dr Michał Piekarski podkreśla, że granica nie jest całkowicie zamknięta i wciąż funkcjonują przejścia. - Ruch graniczny nie jest zamknięty w stu procentach. Mało tego, niedawno otworzyliśmy dwa przejścia graniczne. Zasadniczą kwestią jest to, czy te osoby były w jakiś sposób znane naszym służbom, ponieważ jedna z nich była skazana w Ukrainie. Trzeba pamiętać, że Ukraina nie jest państwem Unii Europejskiej - to raz. Więc przepływ danych pomiędzy służbami jest ograniczony. Nie jest taki jak pomiędzy służbami państw UE - podkreśla ekspert. Dr Piekarski zaznacza, że brak centralnych baz danych oraz możliwość użycia fałszywych dokumentów mogły utrudnić weryfikację osób przekraczających granicę. - Po drugie - nie ma automatycznego przepływu danych pomiędzy rejestrami skazanych, a tym bardziej osób podejrzewanych czy notowanych przez służby. To zależy od wielu czynników. Co istotne, te osoby mogły poruszać się na podstawie fałszywych dokumentów. W takim przypadku stopień trudności jest jeszcze wyższy i niestety mogły po prostu dostać się na terytorium Polski - zauważa nasz rozmówca. 

Czy służby mogły sprawdzić podejrzewanych wcześniej? 

Czy zatem Polacy nie mogli uzyskać takich danych od służb ukraińskich? - Potencjalnie tak, natomiast Ukraina nie jest w Unii Europejskiej. Przepływ danych jest po prostu inny, bardziej ograniczony, ponieważ Ukraina nie jest w systemie informacyjnym Schengen. Możemy potencjalnie prosić Ukrainę o takie informacje, ale trzeba pamiętać, że są tam tysiące osób skazanych albo podejrzewanych np. o działanie na rzecz Rosji. Według mojej wiedzy - automatyzmów przekazywania takich danych nie ma - zaznacza ekspert.

Ryzyko ataków wzrasta 

Według specjalisty obecne wydarzenia mogą być częścią szerszego planu destabilizowania Polski. Zauważa, że zagrożone mogą być nie tylko tory, lecz także cała infrastruktura. - Istnieje ryzyko, że takie ataki - mówiąc wprost to są zamachy terrorystyczne - będą się powtarzać. Mogą być wymierzone w sieć kolejową albo w inne elementy infrastruktury, np. energetyczną - uważa dr Piekarski. Ekspert przypomina, że Polska od dawna mierzy się z atakami w przestrzeni cyfrowej. Teraz zagrożenie może przybrać formę fizyczną. - Musimy funkcjonować z założeniem, że usługi, do których jesteśmy przyzwyczajeni - prąd, gaz, paliwa, sieć komórkowa, możliwość płatności kartą lub elektronicznej - mogą być ograniczone albo na jakiś czas zniknąć. To samo dotyczy transportu. Ktoś może dokonać akcji dywersyjnej wymierzonej w sieć drogową - podkreśla. - Nie chodzi tu o zawieszenie swobód obywatelskich, tylko o to, że ktoś może doprowadzić do wyłączenia prądu czy sieci komórkowej - dodaje. 

Zobacz wideo Wojna z Rosją? NATO może nam wysłać pocztówkę zamiast wojska [To nie takie proste]

Stopień alarmowy "Charlie" 

Polski rząd postanowił wprowadzić trzeci stopień alarmowy. Ekspert apeluje, aby zwracać uwagę także na drobne zachowania w rejonie torów. - Należy mieć na uwadze, że są zachowania, które nie pasują do schematu, nie są typowe dla osób przebywających na terenie kolejowym. Jeżeli ktoś zakłada coś przy torach, kręci się przy nich, próbuje zdobyć informacje o rozkładzie pociągów przewożących niebezpieczne ładunki albo ładunki wojskowe, albo chce poznać szczegóły zabezpieczenia ruchu kolejowego - to są czerwone flagi i takie sytuacje należy zgłaszać służbom. Osoba robiąca zdjęcia pociągom może być po prostu pasjonatem. Ale dzięki temu spośród stu zgłoszeń o kimś, kto kręci się przy torach, może wyłonić się jedno dotyczące kogoś, kto chce tam założyć ładunek wybuchowy - podkreśla dr Piekarski. 

Wojsko na kolei - czy to ma sens? 

Rząd zdecydował również o wsparciu Straży Ochrony Kolei przez Wojska Obrony Terytorialnej. Ekspert uważa, że to potrzebny krok. - Oczywiście, ponieważ Wojska Obrony Terytorialnej są m.in. od ochrony infrastruktury na terytorium państwa. Kiedy potrzeba więcej personelu i sprzętu - również takiego, którym SOK nie dysponuje, np. bezzałogowych statków powietrznych - WOT może je wykorzystać do patrolowania linii kolejowych. Ta decyzja jest słuszna i potrzebna - podkreśla w rozmowie z Gazeta.pl dr Michał Piekarski. 

Dywersanci uciekli - co dalej? 

Przypomnijmy, premier Donald Tusk poinformował, że dywersanci uciekli z kraju przez granicę z Białorusią. Nasz rozmówca uważa jednak, że nie jest to koniec tej sprawy. - Tak, są poza granicami. Ale jeżeli ich tożsamość jest znana, to istnieje szansa, że za pięć czy dziesięć lat uda się ich zatrzymać i postawić przed sądem. Podobnie jak osoby, które mogą znajdować się w Polsce, ale udzielały im pomocy przy przygotowaniu tego zamachu - zauważa dr Piekarski. 

Co wydarzyło się na torach? 

W niedzielę 16 listopada media poinformowały o dwóch incydentach na trasie kolejowej Warszawa-Lublin. W miejscowości Mika doszło do eksplozji ładunku, który uszkodził tor kolejowy. Tego samego dnia w pobliżu stacji Gołąb pociąg z 475 pasażerami musiał gwałtownie hamować - zerwana została trakcja. Według rządu i służb oba zdarzenia mogły być celowe. Śledczy przejrzeli nagrania z monitoringu w promieniu 10 kilometrów i pobrali setki odcisków palców. Do działań włączono również zagraniczne agencje. W środę 19 listopada ogłoszono pierwsze zatrzymania w tej sprawie. 

Google News Facebook Instagram YouTube X TikTok
Przeczytaj źródło