Grzegorz Sroczyński: Jakim prezydentem jest Rafał Trzaskowski?
Jan Mencwel: Nieobecnym. Jest to przykrywane różnymi zabiegami wizerunkowymi. Ostatnio otwarto nowe przejście dla pieszych przez Marszałkowską na Plac Centralny, prezydent nakręcił rolkę na Insta, dostał bardzo dużo polubień, ale zwróciło moją uwagę, że nie pokazali tego przejścia dokładnie. Sprawdziłem, że kiedy je otwierano, on był w Brazylii, tylko się nigdzie tym nie chwalił. Nakręcili rolkę wcześniej, żeby można ją było odpalić, ale fizycznie Trzaskowskiego w Warszawie tego dnia nie było. I to jest typowa sytuacja, że prezydent jest gdzieś za granicą, a jak nie, to zajmuje się polityką ogólnopolską. W praktyce nie robi tego, do czego został wybrany przez mieszkańców Warszawy.
Te opowieści, że nie przychodzi do pracy, są prawdziwe?
Jako radny próbowałem uzyskać dostęp do kalendarza prezydenta, ale urząd twierdzi, że to nie jest informacja publiczna.
Nie przychodzi?
Raczej stosuje coś w rodzaju korporacyjnej zasady Bare Minimum Monday. Polega ona na tym, że pierwszego dnia po weekendzie nie robisz nic poważnego, trochę markujesz, żeby nikt się nie przyczepił, bo oszczędzasz siły na resztę tygodnia. Problem polega na tym, że on często tydzień pracy kończy na tym jednym dniu. Sam przyznał, że w trakcie kampanii wyborczej był w pracy jeden dzień w tygodniu, czasami dwa. Nie widzę większej zmiany od tego czasu. Dobrym wskaźnikiem zaangażowania i pracowitości prezydenta jest jego obecność na sesjach rady miasta. Trzaskowski tam nie chodzi, pojawia się od wielkiego dzwonu. Od początku kadencji pojawił się kilka razy i to najczęściej na chwilę. Nie przyszedł nawet na sesję, na której głosowaliśmy podwyżkę jego pensji. Ale oczywiście ją dostał od kolegów z partii.
I dlaczego tak jest?
Trzaskowskiego nigdy tak na serio nie interesowała Warszawa. To miasto od początku było dla niego wehikułem do zdobycia prezydentury Polski, tylko do tego stolicy potrzebował i dlatego starał się nie przeciążać, robić tyle, ile potrzebne, żeby sobie zbudować wizerunek. I jest w tym świetny. Potrafi skutecznie udawać, że się Warszawą interesuje, wrzuca te swoje rolki, gdzie pokazuje pięć ulubionych knajp albo parków. Za tym stoi potężna machina najlepiej działającego biura w mieście, czyli biura marketingu, które jest oczkiem w głowie prezydenta.
Rządzenie Warszawą tak naprawdę jest upierdliwe, krzyżuje się tu bardzo dużo interesów, ciągle musisz neutralizować sprzeczne działania różnych urzędów, trzeba non stop pilnować. A jego nie ma. Brak prezydenta skutkuje tym, że różne sprawy są rozrywane między biurami, których kompetencje się nakładają. Podam ostatni przykład. Nie mamy w Warszawie obwodnicy Śródmieścia, ona na wysokości Pragi i Grochowa się urywa, od wielu lat to mega problem, bo Praga jest zalana przez ruch tranzytowy. Oczywiście Trzaskowski dwa razy obiecywał, że tę obwodnicę dokończy, zbuduje, wcześniej obiecywała to Gronkiewicz-Waltz. I co się teraz okazało? Otóż przygotowując trzecią linię metra jedną ze stacji zaprojektowano tak, że to wymusza kolejne przeprojektowanie obwodnicy. Nie ma kogoś, kto by pilnował całości i powiedział: „No ale moment, pamiętajcie, że naszym priorytetem jest dokończenie obwodnicy, usiądźcie, dogadajcie się, żeby nie było żadnych kolizji". Mieszkańcy słabo protestują, bo są do tego przyzwyczajani: „No dobra, nie będzie obwodnicy przez kolejnych kilka lat, wiadomo było, że tak się to skończy". A to wszystko wynika właśnie z braku prezydenta. Sam nie pilnuje realizacji swoich priorytetów, a ponieważ często w ogóle go nie ma, to nawet ważni dyrektorzy biur w mieście nie mają do niego dostępu, żeby coś przegadać, załatwić. W Warszawie funkcjonuje bezkrólewie.
Czyli realnie kto rządzi?
Nie Rafał Trzaskowski. Realnie władzę w Warszawie sprawują różne grupy interesów, które sobie tę władzę wyszarpują. To jest bardzo atrakcyjny rynek dla biznesu, zwłaszcza jeśli chodzi o nieruchomości, więc jeśli brakuje aktywnego lidera, to łatwiej im kroić tort po swojemu. Podam przykład: niebawem kościelno-deweloperskie konsorcjum będzie budowało olbrzymi apartamentowiec, czyli tak zwaną Nycz Tower na zbiegu Nowogrodzkiej i Emilii Plater. W rejonie, w którym ocalała przedwojenna zabudowa. I wyobraź sobie, że urząd miasta likwiduje obok mieszkania komunalne, żeby ten apartamentowiec mógł powstać.
Jak to likwiduje mieszkania komunalne?
No po prostu. Inaczej te mieszkania byłyby zbyt zacienione i przepisy budowlane nie pozwalają tak wysokiego molocha obok postawić. Urząd przychyla więc nieba kurii i te mieszkania likwiduje. A przecież mówimy o Śródmieściu, z którego ubywa rocznie ponad dwa tysiące mieszkańców. Śródmieście Warszawy jest jednym z najszybciej wyludniających się obszarów Polski i właśnie w tym miejscu ważniejszy okazuje się interes dewelopera powiązanego z kurią, niż żeby normalni mieszkańcy tam zostali. W Nycz Tower powstaną apartamenty inwestycyjne, kolejne betonowe sztabki złota, które będą stały puste albo będą zamieszkane jeden dzień w miesiącu, kiedy jakiś prezes przylatuje służbowo do Warszawy. Nawet jeśli ktoś mi powie: "Okej, niech taki wysoki wieżowiec budują, w końcu to stolica" - co jestem w stanie zrozumieć, no to można przynajmniej postawić warunki. Niech miasto powie: "Słuchajcie, musimy zlikwidować mieszkania komunalne, to jest dla nas duży problem, w związku z tym odremontujcie szkołę". Albo: "Oddajcie miastu w zamian kilka dużych mieszkań dla wielodzietnych rodzin".
Niczego miasto nie zażądało?
Moim zdaniem to wszystko się dzieje za plecami Trzaskowskiego, on o tym nie wie albo nie chce wiedzieć, bo niemożliwe, żeby nie rozumiał tego, co się dzieje w większości stolic zachodniej Europy. Pustoszeją śródmieścia przerobione na zbiorowiska mieszkań inwestycyjnych, luksusowych apartamentów i najmu krótkoterminowego, co wpływa negatywnie na jakość życia w całym mieście. I władze miast aktywnie temu przeciwdziałają - zamiast likwidować mieszkania dla zwykłych rodzin w centrach, budują nowe. Paryż jest najlepszym przykładem. Tam w ścisłym centrum Paryża w zabytkowych kamienicach powstają miejskie tanie mieszkania, od kawalerek dla młodych po cztery pokoje dla rodzin. Dlaczego? Bo inaczej centrum będzie pustoszeć, zamieni się w enklawę dla turystów i celebrytów. W Warszawie też to się dzieje, ale miasto nie robi absolutnie nic żeby temu przeciwdziałać. A przecież Trzaskowski spotykał się wielokrotnie z burmistrz Paryża Anne Hidalgo, powoływał się na nią, czytał jej program, gdzie ten problem był jednym z głównych do załatwienia. Więc nie wierzę, żeby tego nie kumał.
Jeśli mamy w stolicy to bezkrólewie, to kto najwięcej sobie wyszarpuje?
Deweloperzy i powiązane z nimi firmy. Jeśli w Warszawie jesteś dużym podmiotem, to masz szanse wyszarpać sobie coś na specjalnych zasadach. Możesz nawet wyburzyć zabytek. To miasto pozwala bogatym i wpływowym na bardzo dużo.
A co najbardziej w Warszawie nie idzie?
Moim zdaniem polityka mieszkaniowa. Tu mamy całkowitą bierność miasta. Warszawa za rządów Trzaskowskiego właściwie zaprzestała budowania nowych mieszkań miejskich. Prezydent obiecał w pierwszej kampanii budować 1500 mieszkań rocznie, a nie zbudował tyle od początku swoich rządów.
Serio? Od 2018 roku?
No tak. Przez siedem lat nie zbudował nawet tego, co obiecywał budować w rok. Były takie lata, kiedy liczba budowanych przez miasto mieszkań wynosiła okrągłe zero. Nie powstało żadne większe osiedle. Trzaskowski tłumaczył to pandemią, ale jakimś cudem w tym czasie Włocławek czy Sopot radziły sobie z budową mieszkań. Ruchy lokatorskie podliczyły ostatnio, że nawet Hanna Gronkiewicz-Waltz budowała pod koniec swoich rządów więcej niż Trzaskowski. On na początku pierwszej kadencji przedstawiał ambitne programy tak zwanych osiedli społecznych, które miały powstawać na Woli na terenach pokolejowych, na Pradze-Północ w miejscu zajezdni autobusowej, na bliskiej Białołęce na terenach poprzemysłowych. Bardzo temu kibicowałem. To są gotowe grunty, które czekają na zabudowę, marnują się. Ale nic się nie wydarzyło przez siedem lat, nie powstała żadna większa miejska inwestycja mieszkaniowa.
No ale to po co on to obiecywał? Po co robić z czegoś sztandar, gwóźdź programu wyborczego, a potem aż tak zawalać?
Na to mogę ci opowiedzieć anegdotę. Kiedy po raz pierwszy weszliśmy do Rady Warszawy, odkryliśmy, że wśród różnych komisji tematycznych nie ma żadnej poświęconej mieszkalnictwu. Były komisje zajmujące się sportem, nazwami ulic, niemal wszystkim, ale mieszkalnictwem - nie. I na początku sądziliśmy naiwnie, że to zwykłe przeoczenie, poszliśmy więc do radnych Platformy: "Słuchajcie, tyle mieszkań prezydent w kampanii obiecywał, to będzie ważny temat, zróbmy komisję do spraw mieszkań". Radni popatrzyli zdziwieni, w końcu jeden powiedział: "Ale dlaczego akurat mieszkania? Nasi wyborcy sobie radzą".
"Sobie radzą"?
Taki jest sposób myślenia platformianego betonu partyjnego rządzącego od 20 lat, który ma w mieście najwięcej do powiedzenia. "Nasi wyborcy sobie radzą. Oni kupili mieszkania na kredyt i jakoś go spłacają". Z tych wypowiedzi przebijała nawet taka myśl, że to będzie niesprawiedliwe, jeśli kolejni będą mieli łatwiej. To będzie jakaś forma rozdawnictwa, którego nie wolno uprawiać.
Może faktycznie dla wielkomiejskiego elektoratu PO, który zaharowywał się po 16 godzin na dobę, żeby spłacić kredyty, byłoby wkurzające, że teraz młodzi dostają tańsze mieszkania zbudowane przez miasto? Może warszawska Platforma to sobie zbadała i tak im wyszło?
Nie za bardzo wierzę, że warszawska Platforma potrafi zmapować nastroje społeczne, bo oni przecież wszystko już wiedzą. Raczej wychodzą tu cechy partii władzy, która rządzi w mieście nieprzerwanie od tak dawna, że nie będzie im nikt mówił, że mają coś robić inaczej niż do tej pory.
Wyborcy PO z klasy średniej może faktycznie kupili mieszkania na kredyt i jakoś sobie rozwiązali problem, ale jeśli ktoś taki ma dwójkę albo trójkę dzieci, no to czy teraz go stać, żeby wyłożyć gotówkę i kupić każdemu z dzieci mieszkanie? Warszawska klasa średnia zaczyna dostrzegać, że coś jest nie tak: "No, helloł, teraz po milionie na każde dziecko mam wyłożyć? Skąd niby?". Ostatnio sprawdzałem, ile Warszawa chce wziąć z dużego programu krajowego na budowę mieszkań komunalnych. I wyobraź sobie, że stolica zawnioskowała o tak niskie środki, że nawet Caritas Diecezji Łomżyńskiej zawnioskował o więcej. Toruń wystąpił o dziesięć razy więcej.
Dlaczego?
Bo partia ma to w nosie, a prezydenta jak zwykle nie ma, żeby dopilnować.
To wyjaśnij mi jeszcze jedną rzecz, która jest mega dziwna. Trzaskowski w 2018 roku obiecał przejście dla pieszych przez Aleje Jerozolimskie przy Brackiej. Niby prosta inwestycja, a po ośmiu latach tego przejścia nadal nie ma. Czytam takie komentarze: "Budowa jednego przejścia dla pieszych w centrum Warszawy zajmuje więcej czasu niż program Apollo polegający na wysłaniu pierwszego człowieka na księżyc". Jak to jest w ogóle możliwe?
No bo za każdą nawet prostą inwestycję odpowiada pięć biur jednocześnie i one często mają sprzeczne zdanie. I jeśli tego nikt nie przypilnuje, nie usiądzie z szefami tych biur, nie dogada - robimy tak i tak - to zamiast budowy rozpoczyna się wymiana korespondencji między urzędnikami.
Ale osiem lat?! Jedno przejście?
Gdyby ktoś chodził za tymi urzędnikami - "Słuchajcie, obiecaliśmy. Jakie są bariery, które biuro nie chce? No to dobra, dzwonimy do tego biura, robimy spotkanie" - działoby się szybciej. Ale on tego nie robi. I wciąż uchodzi mu to na sucho.
Dlaczego?
Bo PiS. Bo przecież Patryk Jaki mógłby rządzić. Jak gdzieś piszę, że Trzaskowski czegoś tam znowu nie dopilnował, to zaraz ktoś komentuje: "Aha, czyli wolałbyś Patryka Jakiego?". Albo: "Trzaskowski jest naszym gwarantem, że PiS nie przejmie władzy w Warszawie, więc się od niego odchrzań". Co jest o tyle absurdalne, że PiS w tym mieście już nie zdobędzie władzy. Nie ma takiej opcji. Ale to widmo wygranej PiS-u to wieczne alibi, żeby nie podejmować żadnych trudnych tematów.
Weźmy sprawę ograniczenia sprzedaży alkoholu w nocy. Nam udało się ten temat zbudować od zera, przekonaliśmy niemal wszystkich, mimo że mieliśmy przeciwko sobie cały aparat wizerunkowo-propagandowy urzędu miasta. Trzaskowski długo mówił: nie, nie i nie, bo będą meliny albo wódkę z TiR-ów zaczną sprzedawać. A jednak doprowadziliśmy do tego, że za chwilę - miejmy nadzieję - zakaz nocny wejdzie w sklepach w całym mieście. A przede wszystkim udało nam się doprowadzić do tego, że 80 procent mieszkańców jest za tym zakazem.
No ale co chcesz teraz powiedzieć?
Że kierownictwo PO w Warszawie przespało zmianę. Warszawscy wyborcy Platformy - ta wielkomiejska klasa średnia - są mentalnie w zupełnie innym miejscu niż partia, która ich reprezentuje. Publicyści opowiadają, że idzie nowa polaryzacja, nowe skrajności, a ja uważam, że w dużych miastach wcale nie skrajności rosną w siłę, ale tworzy się coś, co ja nazywam nowym centrum. Główna zmiana polega na tym, że klasa średnia ma coraz większe oczekiwania wobec władzy.
Jakie oczekiwania?
Dowieźcie! Zróbcie, żeby było bezpieczniej. Żeby nie było wrzasków pod nocnymi monopolowymi, bo się pijani awanturują. Albo żeby patokierowcy ze stuningowanych aut i motocykli nie budzili nas w nocy. Albo żeby na chodnikach nie wjeżdżali w nas turyści na e-hulajnogach. Mam wrażenie, że to jest coś, z czym Platforma kompletnie traci kontakt. To nowe centrum podłapuje postulaty, które wydają się na początku skrajne, a po roku, dwóch wchodzą do mainstreamu, tymczasem tamci siedzą w swoich bunkrach i nie widzą, że coś się zmienia. Nie sądzę, że to im będzie wiecznie uchodziło na sucho, nawet z tym uśmiechniętym i autentycznie lubianym przez warszawiaków Trzaskowskim.
Ludzie są dziś przyzwyczajeni, że wszystko dzieje się coraz szybciej, klikają i zakupy mają pod drzwiami. A politycy każą czekać latami na proste, wręcz banalne zmiany. Dlaczego do cholery mam się męczyć kolejny rok z nocnym monopolowym, gdzie latem trwa libacja na murku, jeśli wiadomo, że można to ukrócić jedną decyzją? Tak samo w sprawie bezpieczeństwa na drogach. Latami będziemy czekać, aż zmienią przepisy i będzie można fotoradary stawiać? Niby dlaczego? Normalsi nie wsiadają wieczorami w swoje fury, żeby jeździć dwieście na godzinę i sprawdzić, jak nowy tłumik strzela. Normalnych ludzi to irytuje i to są w dużych miastach wyborcy PO. Ci ludzie do mnie piszą: "Wie pan, ja na nich głosowałem, ale oni nic z tym nie robią, czy może pan pomóc?". Wśród warszawskiej klasy średniej rośnie poczucie, że Platformie już nie zależy na tym mieście.
Kto ma więcej do powiedzenia w Warszawie: Trzaskowski czy Kierwiński?
Kierwiński. Jest szefem lokalnych struktur PO, które z kolei rządzą Radą Miasta i urzędami dzielnic. W Warszawie istnieją księstwa w postaci dzielnic, które mają swoich burmistrzów, a oni w stu procentach są z nadania partyjnego i to właśnie Kierwiński decyduje, kto jest tym burmistrzem. I oni są wszyscy wierni poleceniom Kierwińskiego, a nie Trzaskowskiego.
Właściwie dlaczego?
Bo działa tu mechanizm wypracowany przez 20 lat wspólnych rządów PO i PSL w sejmiku mazowieckim i w Warszawie. To są dwa bardzo stabilne ośrodki władzy. Dzięki temu radni, ale też burmistrzowie dzielnic, mają równolegle posady w spółkach mazowieckich.
Mazowieckich?
W zarządach albo radach nadzorczych. Bo radny miejski nie może zasiadać w spółce miejskiej, ale już w mazowieckiej - może. Więc rozdają sobie posady krzyżowo: nasi warszawscy zasiadają w radach nadzorczych szpitali, którymi zarządza województwo mazowieckie, albo w radach spółek wdrażających programy unijne. Mazowsze ma masę pieniędzy, to najbogatsze województwo w kraju. A z kolei radni mazowieccy PSL-u dostają posady w radach spółek miejskich, czyli na przykład marszałek Struzik jest w radzie nadzorczej warszawskiej kolejki SKM.
Genialne.
I kto o tej obsadzie decyduje? Wyłącznie partia. A partia to Kierwiński, a nie Trzaskowski. Wszyscy są więc wierni Kierwińskiemu, bo ich mandat radnego może trochę zależy od wyborców, ale już posada zależy od partii.
I ile można z tego mieć na czysto?
No, za bycie w radzie nadzorczej można brać od kilku do kilkunastu tysięcy. Niejeden z nich wyciąga więcej niż prezydent Warszawy dostaje podstawowego wynagrodzenia. Myśmy przeglądali oświadczenia majątkowe, to na przykład radny Michał Matejka, który był najbardziej zagorzałym przeciwnikiem nocnego ograniczenia sprzedaży alkoholu, tylko z jednego zarządu wyciągnął 15 tysięcy miesięcznie. To są już na tyle duże pieniądze, żeby wybić komuś z głowy głosowanie wbrew woli namiestnika, czyli szefa partii.
Wpływ Kierwińskiego na Warszawę najlepiej widać w tym, jak są zarządzane dzielnice. Mój ulubiony przykład to Praga-Południe, która może być symbolem wszelkich samorządowych patologii. Od 20 lat rządzi tam ten sam burmistrz Tomasz Kucharski i tak się składa, że co chwila wybucha tam jakaś afera. Na przykład okazało się, że wieloletni zastępca burmistrza Kucharskiego prowadził równolegle działalność deweloperską, a w urzędzie nadzorował wydział odpowiedzialny za wydawanie decyzji deweloperom. W końcu CBA go zgarnęło. To ta sama dzielnica, gdzie na potęgę powstają deweloperskie osiedla i nie ma żadnych inwestycji w usługi publiczne. Kamionek za chwilę będzie polską stolicą patodeweloperki. Gdyby nie to, że tam za PRL-u powstały jakieś szkoły, nie byłoby niczego. Ale burmistrz Kucharski jest absolutnie niezatapialny, afery takie czy inne, nic go nie osłabia i chociaż mógłby tam Trzaskowski wprowadzić komisarza, i pewnie by nawet chciał, bo powodów jest aż za dużo, to nie może się postawić Kierwińskiemu.
Właściwie jaka jest ta warszawska Platforma? Jacy to są ludzie?
Pozbawieni już energii reformatorskiej czy modernizacyjnej. Jak myślę o tym, czym powinna być polityka, to jednak mam przed oczami ludzi z jakimiś ideami, takich, którzy chcą coś zmienić, jednego kręci to, drugiego coś innego, jeden chce więcej pociągów, inny - nie wiem - żeby pomniki budować. U niektórych polityków warszawskiej PO, głównie tych młodszych stażem, trochę to widać, ale to jest szybko zabijane przez partyjny beton. Kierownictwo partii po 20 latach rządzenia w Warszawie ma dwa cele: wojnę z PiS-em i utrzymanie się przy władzy. Nic więcej ich nie interesuje. Mają też problem z demokracją, bo nawet podstawowe odruchy demokratyczne już się w nich wypaliły.
I gdzie to widać?
Na sali Rady Warszawy widziałem już takie rzeczy, że niewiele mnie już dziwi. Moja ulubiona sytuacja to wniosek formalny o zamknięcie dyskusji. Absolutny hit. Wygląda to tak, że jak pojawia się jakiś temat, który jest niewygodny dla władz, to wychodzi najbardziej wierny władzom partii radny - często jest to rzeczony radny Matejka - i mówi: "Składam formalny wniosek o zamknięcie dyskusji". I ten wniosek jest głosowany, PO ma większość, wszyscy podnoszą ręce. "Ale o co wam chodzi? W sposób demokratyczny zamknęliśmy właśnie dyskusję".
Ha, ha. Serio?
Tak robią nieustannie.
I jakie są te tematy, przy których radny Matejka na pewno wstanie i zgłosi stosowny wniosek?
Wszystkie sprawy związane z mieszkalnictwem. Jak próbujemy o tym rozmawiać na sali obrad, to słyszymy, że to dyskusja ideologiczna, albo że to są sprawy polityczne. I nie będziemy dyskutować, zamykamy dyskusję. Są różne wytrychy: "Nie można uprawiać polityki na obradach Rady Miasta, zajmijmy się miastem, a nie politykowaniem". Nie mogą nam zablokować mikrofonu jak już mówimy, ale po czyjejś wypowiedzi, która uruchomiła niewygodny temat - oczywiście uciąć mogą.
Co jeszcze widziałeś?
Przewodniczącą Rady Warszawy jest od 20 lat to sama osoba, czyli Ewa Malinowska-Grupińska. I są zastępcy. Na początku kadencji nie dopuścili do prezydium nikogo z PiS-u, chociaż to dobry obyczaj, żeby każdy miał tam przedstawiciela. Osobę od nas - Melanię Łuczak - na początku dopuścili, ale potem ją wyrzucili z tego grona. Czyli ciało, które z definicji powinno być demokratyczne, jest sterowane w sposób partyjny. A przecież to prezydium decyduje, jakie punkty idą na Radę Miasta.
Kolejny hit - niektórym się to nie mieści w głowie, a myśmy już się przyzwyczaili - to zajmowanie miejsc na sali obrad przeznaczonych dla mieszkańców. Takich miejsc jest kilkadziesiąt. Ale jak mają być omawiane tematy trudne - na przykład kwestia prywatyzacji Marszałkowskiej 66 czy sprawa nocnej sprzedaży alkoholu - nie ma tych miejsc. Przychodzimy o dziewiątej na Radę, patrzymy: "O, ależ duże zainteresowanie, wszystkie miejsca już zajęte!". Przyglądamy się dokładniej, a te osoby mają na szyjach charakterystyczne żółto-czerwone smycze: pracownicy urzędu miasta, radni PO z dzielnic, nawet burmistrzowie dzielnic. Dostają rozkaz podsiadania krzeseł dla mieszkańców już o ósmej rano.
Ale po co? Co PO zyskuje?
Mają poczucie, że kontrolują sytuację. Nie będzie widać na sali nikogo z jakimś nieprawomyślnym transparentem. To są metody, które się kojarzą z Gomułką: podstawianie działaczy partyjnych, żeby udawali zwykłych mieszkańców.
Czy radni z PiS-u są bardziej betonowi niż radni z Platformy, czy mniej?
Mniej. Co prawda młodsi pisowcy często skręcają w stronę Konfederacji, wtedy ciężko się z nimi gada, bo są mega betonowi, ale pośród tych, którzy działają w samorządzie od dawna, wielu angażuje się w różne sprawy typu ochrona zabytków. Czyli o coś im chodzi. No i na przykład w sprawie alkoholu poparli nas bez problemu, tylko kilkoro młodych się wyłamało.
A coś Trzaskowski dowiózł? Tak porządnie, że miało być i jest.
Parę rzeczy: dokończył budowę Muzeum Sztuki Nowoczesnej i zazielenił plac Defilad, co odczarowało klątwę tego miejsca. Zbudował kładkę pieszo-rowerową przez Wisłę, chociaż Kraków będzie miał takie trzy, więc nie przesadzajmy. Solidnie zwiększył liczbę miejsc w żłobkach, otworzył kilka przejść dla pieszych, dociągnął tramwaj na Wilanów.
To mało? To dużo?
Cholernie mało jak na siedem lat i olbrzymie możliwości tego miasta. Warszawa co roku ma kilkaset milionów złotych nadwyżki w budżecie, nie potrafi wydać pieniędzy. Mamy też rekordowo niskie zadłużenie.
No ale to źle?
Oczywiście, że źle. Te nadwyżki w budżecie i niskie zadłużenie wynikają z niechęci do skoku inwestycyjnego. Ja bym wolał nowe tanie mieszkania dla młodych, a warszawska Platforma woli mieć zielono w excelu. Budżet tego miasta to 30 mld złotych - tyle co połowa budżetu Estonii. Warszawa ma ogromne możliwości, może rozwiązywać bardzo wiele problemów - od mieszkaniowych, poprzez kwestie bezpieczeństwa, edukacji, transportu. Stać nas na to, tylko nie ma woli.
I co jest dziś głównym problemem tego miasta do rozwiązania?
Dużo nowych danych pokazuje, że niesamowicie przyspiesza suburbanizacja. Śródmieście się wyludnia najszybciej w Polsce, wiele innych dzielnic też ma ujemny przyrost, za to przybywa mieszkańców na obrzeżach miasta. Rosną osiedla łanowe na przedmieściach w polu kapusty bez żadnych usług publicznych i bez żadnego transportu publicznego. Ale jak masz dwoje dzieci albo troje, to musisz uciec w to pole kapusty, bo nie stać cię na duże mieszkanie w mieście. A nawet jak cię stać - sprzedasz swoje, bo spłacone, i weźmiesz kolejny milionowy kredyt - to tych dużych mieszkań niemal się w stolicy nie buduje. Przy aprobacie władz miasta powstają lokale do 50 metrów, takie dla inwestorów albo na najem krótkoterminowy dla turystów. Paradoks polega na tym, że w pustoszejącym Śródmieściu mamy wszystkie usługi publiczne - szkoły, przedszkola, żłobki - i doskonały transport, i jednocześnie mamy coraz mniej mieszkańców, którzy mogliby z nich skorzystać, bo mieszkania są zbyt drogie dla zwykłych rodzin.
Problem w tym, że ludzie, którzy się wyprowadzą z Warszawy na osiedla łanowe, będą chcieli dojechać do miasta do pracy, dowieźć dziecko do szkoły. Szkół nie ma w okolicy, transportu miejskiego też nie. Jak to się skończy? Wsiądą wszyscy w samochody i pojadą do Warszawy. W efekcie będą jeszcze większe korki. Ale rodzi to też drugi problem systemowy. Już teraz brakuje w stolicy takich zawodów jak policjant czy nauczyciel, oni nie chcą tu przyjeżdżać do pracy, bo z pensji sześć tysięcy na rękę połowę wydadzą na kawalerkę. A jeśli jeszcze mają dzieci albo je planują, to jak się tu urządzić? To samo od dawna jest w Nowym Jorku, który stał się miastem nie do życia dla zwykłych pracujących ludzi. Zresztą nowy burmistrz Mamdani właśnie na tym wygrał wybory.
Któreś miasto w Polsce radzi sobie z tym problemem?
Z dużych? Żadne. Próbują coś z tym robić mniejsze jak Włocławek czy Sopot. Jeśli patrzysz na mapę demograficzną, to największe polskie miasta wyglądają jak takie donuty, obwódki święcą się na zielono, a w środku dziura: zerowy przyrost albo spadek. Ale stolice w Europie zachodniej aktywnie temu przeciwdziałają. Budują nowe mieszkania miejskie, stawiają deweloperom wymagania, potrafią ukrócić samowolkę i rozlewanie się miasta, likwidują wykluczenie transportowe. Tworzą dedykowane programy, żeby zatrzymać w mieście kluczowe zawody dla jego funkcjonowania, bo żadne miasto nie może działać bez nauczycieli, policjantów czy kierowców autobusów. Warszawa mogłaby iść w ich ślady i wyznaczać nowe standardy. Prezydent Trzaskowski mógłby się inspirować Anne Hidalgo czy Sadikiem Khanem, z którymi tak chętnie się pokazuje. Ma olbrzymią popularność, pełnię władzy, wiernego koalicjanta w sejmiku wojewódzkim, przychylnego premiera z tej samej partii i 30 mld budżetu. To są warunki w których można poradzić sobie z problemami już dziś, zamiast przerzucać je na przyszłe pokolenia. No ale do tego trzeba zacząć poważnie traktować stanowisko prezydenta Warszawy.
***
Jan Mencwel (1983) jest działaczem społecznym, radnym Warszawy, współzałożycielem stowarzyszenia Miasto Jest Nasze. Autor książki "Betonoza. Jak niszczy się polskie miasta".



English (US) ·
Polish (PL) ·