Nie wiem, dlaczego miałabym komukolwiek radzić. Serio. Każdy niech sobie rzepkę skrobie, według własnego uznania, temperamentu i poziomu zmęczenia życiem. Ja mogę co najwyżej powiedzieć, co ja bym zrobiła na swoim miejscu. Bo nie jestem na Twoim. I to już jest pierwsza, darmowa rada, której nie chciałam udzielać.
Z nowym rokiem przychodzi fala. Zalewa nas niczym tsunami fala postanowień. Przelewa się przez Instagram, kalendarze, zeszyty w kropki i nasze biedne głowy. „W tym roku to już na pewno: skończę kurs szydełkowania, nurkowania, mindfulness, Excela, hiszpańskiego, a między jednym a drugim schudnę, wyrzeźbię brzuch i zadbam o siebie – cokolwiek to znaczy”.
A ja to wszystko czytam i myślę sobie:
Ambicja jest piękna. Do momentu, aż nie zamieni się w pałkę do bicia samej siebie.
Psychologia ma na to ładne określenie: nierealistyczne cele. Ja mam swoje: przesada. Bo my bardzo często mylimy rozwój z zapierdalaniem. A to nie to samo. Rozwój czasem wygląda jak leżenie na kanapie i mówienie: „nie mam dziś siły i to też jest okej”.
Nowy rok uruchamia w nas wewnętrznego dyrektora generalnego życia. Taki głos w głowie, co mówi:
– Teraz albo nigdy.
– Wszyscy coś robią.
– Jak nie teraz, to kiedy?
A ja bym dodała kolejne pytanie na Twojej liście:
– A po co aż tyle?
Bo psychologia jasno mówi: im więcej postanowień, tym większa szansa, że żadne nie przetrwa do lutego. Nasz mózg lubi sukcesy małe, ale częste. A nie wielką listę marzeń, która po dwóch tygodniach zaczyna nas zawstydzać. I jeszcze ten klasyk:
– Znowu nie dałam rady.
No właśnie. A może wcale nie chodzi o to, żeby dawać radę?
„Mierz siły na zamiary”
„Mierz siły na zamiary” – to zdanie brzmi jak coś, co powiedziałaby babcia, popijając herbatę z sokiem malinowym. Ale babcie często mają rację. Bo mierzenie sił to nie jest rezygnacja. To szacunek do siebie. Do swojego czasu, energii i tego, że czasem zwyczajnie nie jesteśmy w stanie być „wersją premium” człowieka.
Ja bym na przykład w nowym roku nie obiecywała sobie, że zostanę kimś innym. Ja bym sobie raczej powiedziała:
„Zobaczmy, jak mogę być dla siebie trochę mniej okrutna”.
Może zamiast: „schudnę piętnaście kilo”, będzie: „będę jadła bez nienawiści do siebie”.
Zamiast: „codziennie siłownia”, będzie: „wyjdę na spacer, bo oddychanie też jest formą dbania o siebie”.
Zamiast: „muszę się rozwijać”, będzie: „mam prawo czasem stać w miejscu”.
Zmiana nie działa z poziomu presji, tylko z poziomu sensu. Jeśli robisz coś, dlatego że „powinnaś”, to długo nie pociągniesz. Jeśli robisz, bo naprawdę chcesz, nawet trochę, to już coś.
Więc nie, ja nie będę nikomu radzić. Powiem, co ja bym zrobiła:
Wybrałabym jedną rzecz. Jedną małą. Taką, która nie brzmi jak kara. I dała sobie zgodę na to, że czasem nie wyjdzie.
Bo życie to nie kurs do zaliczenia.
A my nie jesteśmy projektem do naprawy.
I tego, kompletnie nie radząc, życzę nam wszystkim.
A oprócz tego chciałabym, żebyś cieszyła się życiem. Tak zwyczajnie. Bez planu naprawczego, bez listy celów, bez presji, że radość też trzeba robić „porządnie”.
Żebyś sięgała swoich gwiazd, a nie cudzych sufitów. Bo my często mierzymy się miarką kogoś innego i potem mamy pretensje do siebie, że nie pasujemy. A może to nie Ty jesteś nie taka, może to nie Twoja skala tylko kogoś innego.
Szczęście nie jest stanem permanentnym. Bo gdyby było, to każda gorsza chwila wyglądałaby jak osobista porażka. A to tylko życie. Ono naprawdę bywa raz miękkie, raz szorstkie. I nie ma w tym nic do poprawiania.
Chciałabym, żebyś pozwalała sobie na zachwyt bez powodu. Na śmiech w złym momencie. Na przyjemność, która nie jest nagrodą za cierpienie. Bo jak długo można żyć w trybie: „najpierw się zmęczę, potem zasłużę?”.
I żebyś pamiętała, że sięganie gwiazd nie zawsze wygląda jak spektakularny sukces. Czasem to jest wstanie z łóżka w dzień, w którym wszystko w Tobie mówi: „nie dzisiaj”. Czasem to jest powiedzenie „nie”, choć całe życie mówiłaś „dam radę”. A czasem to jest powiedzenie „tak” sobie, nawet jeśli świat się krzywi.
Nie musisz...
Nie musisz być produktywna, żeby być wartościowa.
Nie musisz się rozwijać, żeby zasługiwać.
Nie musisz mieć planu, żeby iść.
I wiesz, co jeszcze bym chciała?
Żebyś nie odkładała życia na potem. Na „jak schudnę”, „jak się ogarnę”, „jak będę lepszą wersją siebie”. Bo to „potem” bywa wypełnione do granic. A życie dzieje się teraz. Nawet jeśli teraz masz bałagan w głowie i pranie w pralce trzeci dzień.
Więc idź. Powoli, pełzając, po swojemu.
Ciesz się. Sięgaj. Myśl dużo, czuj jeszcze więcej.
Artykuł powstał we współpracy z Wydawnictwem Filia.

1 tydzień temu
5







English (US) ·
Polish (PL) ·