Futbol wbrew naturze. Oto najtrudniejsze środowisko Roberta Lewandowskiego

1 miesiąc temu 24

Książek o Robercie Lewandowskim w trakcie jego długiej kariery powstało już wiele. Najnowsza, napisana przez Sebastiana Staszewskiego, już samym tytułem nęci, że będzie inna. Przymiotnik "prawdziwy" siłą rzeczy narzuca myśl, że co dotąd wiadomo było o najlepszym polskim piłkarzu, do końca takie nie było. Obietnica zostaje spełniona połowicznie. Kto szuka szokujących faktów, zupełnie nieznanych wydarzeń, albo czegoś, co całkowicie wywróci jego postrzeganie napastnika Barcelony, raczej tego nie znajdzie, o ile nie spędził ostatnich piętnastu lat pod kamieniem. Kto jednak oczekuje portretu Lewandowskiego nakreślonego z możliwie wielu perspektyw, niebędącego ani hagiografią, ani paszkwilem, nie będzie rozczarowany. W tym sensie Lewandowski faktycznie wydaje się możliwie bliski prawdziwego. Po przeczytaniu przeszło siedmiuset stron podziw dla jego osiągnięć miesza się z podziwem dla tych, którzy byli w stanie z nim długo wytrzymać. Każda opowieść przedstawiająca Lewandowskiego zero-jedynkowo, będzie z gruntu niewiarygodna. Ta ciągle zostaje w odcieniach szarości, więc wydaje się prawdziwa. A co przy tym niełatwe, jednocześnie nie jest nudna.

Kilka fragmentów książki, wyciąganych przez media albo samego autora w jego publicznych wystąpieniach, już fruwało w ostatnich dniach po mediach społecznościowych. Wiadomo więc, że Joan Laporta miał prosić Lewandowskiego, by w ostatnich kolejkach pierwszego sezonu w Barcelonie nie strzelał goli, by nie trzeba było wypłacać Bayernowi Monachium dodatkowego bonusu. Wiadomo, że Jakuba Kamińskiego tremowało kapitańskie machanie rękami podczas meczów reprezentacji. Że Lamine Yamal bał się Polaka, który na początku dużo na niego krzyczał. Znamy też kilka tajemnic rodziny Lewandowskich, bez których naprawdę moglibyśmy żyć. Choć akurat wzmianka, że przodek Lewandowskiego w trakcie drugiej wojny światowej bombardował Dortmund, była publicystycznie smakowita.

Lewy jak Guardiola

W historii Lewandowskiego, prześwietlanej w ostatnich piętnastu latach przez setki dziennikarzy z całego świata, siłą rzeczy nowe mogą być nie fakty, a detale i opinie. A takich jest w książce cała masa. Łasi na finansowe szczegóły, dostaną opisy konkretnych umów i propozycji, jakie dostawał "Lewy". Najbardziej interesujące są jednak niektóre opinie, a tych anonimowych i wypowiadanych pod nazwiskiem, uzbierał Staszewski w książce mnóstwo. Chyba jedną z najbardziej zaskakujących wygłosił nieprzywołany z nazwiska były piłkarz Bayernu, który zauważył w Lewandowskim i Pepie Guardioli… bliźniacze dusze. "Oni są do siebie podobni. Chłodni, zdystansowani, ale jednocześnie żądni wiedzy i rozwoju" - czytamy.

 Lewandowski o trenerze Manchesteru City wypowiada się z nabożnym szacunkiem. "Współpraca z nim była dla mnie rewolucją w rozumieniu futbolu. Rozmawialiśmy godzinami o taktyce w jego biurze. Pep nauczył mnie także, aby... nie słuchać trenerów. Dzięki niemu zrozumiałem, że napastnik żyje w swoim świecie. Później w meczach zawsze ufałem własnemu instynktowi". Ciepłe relacje działają do dziś również w drugą stronę. Gdy Lewandowski rozkręcił się w barwach Barcelony, Guardiola, z którym Laporta miał się konsultować przed transferem, zadzwonił ponoć do prezesa i przypomniał: "Mówiłem ci, że to maszyna".

Doradca prezesa Bayernu

Przy opisach czasów monachijskich na pierwszy plan jako entuzjasta Lewandowskiego wybija się niespodziewanie Karl-Heinz Rummenigge. Jako że obu znakomitych napastników dzieli różnica wieku, a także stanowisk – 70-latek był wtedy prezesem Bayernu, Lewandowski tylko piłkarzem, nawet nie kapitanem, można było przypuszczać, że ich relacje nie mogły być szczególnie bliskie. Działacz rzuca na nie jednak inne światło. "Uważałem go wręcz za swojego doradcę. Wielokrotnie przychodził do mojego gabinetu, siedział tam przez dwie godziny, wypijał trzy espresso i oceniał taktykę, treningi, transfery. Zawsze był szczery" - opowiada. Trudno więc być zdziwionym, że Lewandowski u kolejnych selekcjonerów reprezentacji starał się być więcej niż piłkarzem, skoro podobną rolę odgrywał w jednym z największych klubów świata. Zresztą Hansi Flick już w Barcelonie miał kiedyś zapytać Wojciecha Szczęsnego, czy w kadrze Lewandowski też próbuje uczyć trenerów taktyki.

Rummenigge nie zawsze się z nim zgadzał, ale uważa, że wypuszczenie Lewandowskiego do Barcelony nigdy nie powinno było się wydarzyć. "To ogromny błąd. Znałem nasze zasady [Bayern unika proponowania piłkarzom kontraktów dłuższych niż roczne po przekroczeniu przez nich 30 lat – red.], ale nie powinny one dotyczyć Roberta. […] Jest wyjątkowy". Po czym dodaje, że Roberta "kocha", uważa za jeden z "dwóch, trzech najlepszych transferów w życiu" i zaznacza, że gdyby wciąż rządził Bayernem, Lewandowski by w nim został. Nie jest więc tak, że Lewandowskiego w Monachium co najwyżej się docenia, nie obdarzając go gorącymi uczuciami. Skoro rozkochał w sobie potężnego i wpływowego działacza, to znaczy, że jednak potrafi budzić emocje.

Agresywny przyjaciel Klopp

W Dortmundzie podobnymi uczuciami miał pałać do Lewandowskiego Michael Zorc, emerytowany dyrektor sportowy. Sven Mislintat, były szef skautów BVB, stwierdza w książce, że Zorc to skromny człowiek, więc pewnie tego nie przyzna, "ale bez jego determinacji Lewandowski nie trafiłby do Dortmundu". Michał Żewłakow, który grał wtedy z młodym napastnikiem w reprezentacji Polski, przypomina sobie, że Lewandowski zrezygnował z większych pieniędzy oferowanych w innych miejscach, byle tylko wylądować akurat w Borussii.

Dość symboliczne są wspomnienia skauta, który najczęściej jeździł do Polski obserwować Polaka i przygotowywał na jego temat najbardziej entuzjastyczne raporty. Gdy napastnikowi początkowo w Niemczech się nie wiodło, koledzy w klubie ironicznie mówili na skauta "Lewandowski". Gdy do ksywki zaczęli dodawać przedrostek "Herr", oznaczało, że wypatrzony przez niego piłkarz w końcu zaaklimatyzował się w klubie. Neven Subotić, były obrońca Borussii Dortmund, stosunek Juergena Kloppa do Lewandowskiego określa jako "agresywny przyjaciel", co jest tak zgrabnym sformułowaniem wobec późniejszego trenera Liverpoolu, że warto je wyłowić. Wiele mówi też wspomnienie Zorca, o tym, kiedy po raz pierwszy poczuł, że Bayern zamierza zabrać Dortmundowi jego gwiazdę. Miało to mieć miejsce w 2012 roku po pamiętnym finale Pucharu Niemiec, w którym Lewandowski strzelił hattricka. Dyrektor sportowy Borussii spojrzał wówczas na kolegów po fachu z Bayernu. "Zauważyłem wzrok, jakim wtedy na niego patrzyli. Natychmiast wyczułem problemy".

Trudne środowisko

Z kolei, jeśli chodzi o polski etap kariery Lewandowskiego, ciekawy jest wątek indywidualnych treningów, które z napastnikami Lecha Poznań przeprowadzał Andrzej Juskowiak, były reprezentacyjny snajper. Wielokrotnie podkreśla się działania pierwszych trenerów, którzy prowadzili Lewandowskiego na różnych etapach, od Andrzeja Blachy i Leszka Ojrzyńskiego, przez Franciszka Smudę i Jacka Zielińskiego, ale niekoniecznie eksponuje się działania sztabu. Staszewski przywołuje, że Juskowiak korygował zbyt długi krok Lewandowskiego, który przeszkadzał mu w prowadzeniu piłki. A Krzysztof Kotorowski, były bramkarz Lecha, wspomina: "Andrzej dużo mu pomagał, na bieżąco wskazywał błędy i od pewnego momentu bronienie strzałów Roberta stało się piekielnie trudne".

Choć w książce rozdziały poświęcone karierze klubowej w miarę chronologicznie mieszają się ze zwykle frustrującymi rozdziałami opisującymi zmagania w reprezentacji, dwa różne światy kariery Lewandowskiego mają zaskakujący wspólny wątek. To problemy z szatnią. Być może najważniejszym odkryciem, jakie płynie z opasłej lektury, jest, że Lewandowski wybrał dyscyplinę… niezgodną ze swoją naturą. Jest wybitną jednostką w sporcie zespołowym. Perfekcyjną jednoosobową działalnością gospodarczą, która funkcjonuje w środowisku współpracy i jedności. W którym na pierwszy plan zawsze wybija się grupę. To ją wskazuje jako świętość, najwyższe dobro, powód do poświęceń. To na tym tle odbywało się w karierze Lewandowskiego najwięcej tarć. O ile wielu piłkarzy po zejściu z boisk z największym rozrzewnieniem wspomina atmosferę piłkarskiej szatni, o tyle bardzo wątpliwe, że kapitan reprezentacji Polski kiedyś będzie za nią tęsknił. Gdy zostawi ją ostatni raz za sobą, poczuje raczej ulgę. Gdyby futbol był sportem indywidualnym, zrobienie globalnej kariery przyszłoby mu pewnie znacznie łatwiej.

Zły policjant Barcelony

"Mister, wie pan, kto jest największym problemem kadry? Kapitan" – tymi słowami skierowanymi do odchodzącego Fernando Santosa miał się pożegnać z kadrą Grzegorz Krychowiak. "Czasami po prostu mu się nie chciało. Potruchtał, pomachał rękoma i szedł pod prysznic. Żartowaliśmy, że jak z nim grasz, to tak, jakbyś miał jednego mniej" – to Michał Pazdan, wspominający zaangażowanie Lewandowskiego na niektórych treningach kadry, co szczególnie miało wkurzać Kamila Glika. "Przyznaję, że specjalnie mu nie podawałem. Kiedy miał piłkę, udawał, że mnie nie widzi, stwierdziłem więc, że również nie będę mu zagrywał. I gdy miałem inne wyjście, zawsze z niego korzystałem. Byłem sfrustrowany, wkurzał mnie – to z kolei Ludovic Obraniak, były reprezentant Polski, wspominający mecz z Grecją na otwarcie Euro 2012. "To była wasza decyzja, ja uważam inaczej. Chciał pokazać, że jest samodzielny: mam plan i będę go konsekwentnie realizował, nie muszę się dostosowywać do grupy" – tak z kolei Adrian Mierzejewski mówił o złamaniu przez Lewandowskiego ustalonej przez kadrowiczów ciszy medialnej jeszcze przed tamtym turniejem. Różne pokolenia, różne czasy kadry, etapy w karierze Lewandowskiego. Wspólne tylko działanie na nerwy reszcie szatni. Z wzajemnością.

W Dortmundzie rozeszły się jego drogi z Jakubem Błaszczykowskim i Łukaszem Piszczkiem. W Bayernie posprzeczał się na treningu z Matsem Hummelsem o wiązanie buta w nieodpowiednim momencie. Z Kingsleyem Comanem wdał się nawet w bójkę. A Arjena Robbena nazwał nawet większym egoistą od siebie. Opowiadając o początkach funkcjonowania w Barcelonie, wspomina, jak młodzież zaczynała się coraz mocniej panoszyć, treningi przemieniając w zabawę. Początkowo odpowiednie standardy przywracali Gerard Pique i Sergio Busquets, ale gdy ich zabrakło, to Lewandowski zamieniał się w niszczyciela dobrej zabawy i złego policjanta.

Piłkarz bez polskiej mentalności

Pewnie każdemu piłkarzowi, który grał na wysokim poziomie przez kilkanaście lat, da się wyciągnąć takie epizody, a wrzuceniem ich w jeden akapit stworzyć wrażenie, że mowa o kimś bardzo konfliktowym. Ale we wspomnieniach z kariery Lewandowskiego jest ich na tyle dużo, wygłaszanych pod nazwiskiem, przez piłkarzy z zupełnie różnych półek, że coś musi być na rzeczy. Nawet jeśliby nieprzychylnie dla polskich piłkarzy uznać, że jak na tutejsze standardy Lewandowski jest zbyt dużym profesjonalistą, trudno tego samego argumentu użyć wobec szatni Barcelony, Bayernu, czy Dortmundu. A z nich opinie płyną dokładnie takie same.

Po części potwierdza to w książce sam Lewandowski, tyle że wspominając początki w Lechu Poznań. "Wiesz, dlaczego ludzie w Polsce mnie nie rozumieją? Bo nigdy nie miałem polskiej mentalności. Nie zadowalałem się małymi rzeczami. Wielu kolegów cieszyło się z piwa wypitego z jakimś weteranem. Ja chciałem pisać swoją historię, na własnych zasadach". Takie zdania, połączone z niechęcią do przesądów, którymi przepełnione są piłkarskie szatnie, siłą rzeczy musiały stawiać go do nich w opozycji. Lewandowskiego się tolerowało, w najlepszym razie szanowało. Ale raczej nie lubiło i nie szło za nim w ogień. On zaś, jak użytkowo podchodził do klubów, w których grał, tak pragmatycznie traktował kolegów z szatni. Akceptując tych, którzy zwiększali jego szanse na sukces. I zwalczając tych, którzy je zmniejszali.

Mądrość selekcjonerów

Mając narysowany taki portret Lewandowskiego, łatwiej zrozumieć decyzje niektórych selekcjonerów i docenić ich mądrość. Przede wszystkim oczywiście Adama Nawałki, który w największym stopniu pozwolił, by kadra stała się folwarkiem Lewandowskiego, oddając część władzy w zamian za wyniki. Ale także Paulo Sousy, o którym Szczęsny mówi, że z "otwartymi oczami słuchał pomysłów Lewandowskiego, osiem na dziesięć z nich puszczając potem mimo uszu". Ale dzięki temu dawał kapitanowi potrzebne mu poczucie, że jest wysłuchany. A do tego potrafił wpuścić do reprezentacji ludzi z młodszego pokolenia, którzy odzyskali go dla grupy. Jak Nawałce zarzucano, że zbyt długo ciągnął za uszy Sławomira Peszkę, tylko dlatego, że to przyjaciel Lewandowskiego, tak w późniejszych czasach podobną i potrzebną rolę mieli odgrywać Tymoteusz Puchacz i Karol Świderski.

"Razem z chłopakami stwierdziliśmy, że to przecież taki sam ziomek jak my. I zaczęliśmy traktować go nie jak pomnik, a jak kumpla" – wspomina lewy obrońca, na którego postawił Sousa. Kadrowa młodzież miała wyśmiewać stylizacje Lewandowskiego, dogryzać mu, że siwe włosy przykrywa czarnym sprayem, a nieudane zagrania puentowała docinkami w stylu "co za drewniak". Lewandowskiemu, ponoć niesłynącemu z dystansu do siebie i poczucia humoru, takie podejście miało się podobać. Na zgrupowaniach znów zaczął się czuć jak część zespołu. Jak twierdzi Jakub Kamiński, "udało się to głównie dzięki Tymkowi i Karolowi".

Puenta Kuby

Złożoność problematyki Roberta Lewandowskiego niechcący najlepiej udało się chyba jednak ująć... Jakubowi Błaszczykowskiemu. Autor książki informuje, że po tym, jak w czerwcu Lewandowskiego krótkim telefonem opaski kapitańskiej w reprezentacji pozbawił Michał Probierz, były reprezentant Polski zadzwonił do dawnego kolegi z drużyny. "Cześć, tu Kuba. Chciałem ci tylko powiedzieć, że sposób, w jaki cię potraktowali, jest niegodny tego, co zrobiłeś dla polskiej piłki".

To zaskakująca puenta ich relacji, bo przecież tony papieru zużyto w Polsce dekadę temu na opisy chłodnych stosunków dwóch największych gwiazd reprezentacji tamtego pokolenia oraz ich wywołanego przez Nawałkę konfliktu o opaskę kapitańską. Nie ma wątpliwości, że Błaszczykowskiemu, po ludzku, bardzo daleko do Lewandowskiego. To, że potrafił zdobyć się na taki telefon, świadczy o nim jak najlepiej. Ale powinno też wyznaczać stosunek do osiągnięć napastnika dla całej opinii publicznej. Prawdziwy Lewandowski to raczej nie jest baranek bez skazy, heros bez wad, piłkarz łatwy do prowadzenia dla trenerów i dobry kumpel z szatni. Takie drobiazgi nie powinny jednak nigdy nikomu przesłaniać większej całości.

Przeczytaj źródło