- Zwierciadlo.pl
- >
- Wywiady
- >
- Ewa Pajor: „Jestem lepszą piłkarką dzięki błędom, które popełniam. Budują mnie też jako osobę.”
Angelika Kucińska
13 stycznia 2026
„Gramy z takim samym poświęceniem jak mężczyźni”, mówi Ewa Pajor, najbardziej doceniana na świecie polska piłkarka. Nie tylko strzela bramki z precyzją wytrawnej snajperki, z równym zapałem oddaje się promocji kobiecego futbolu. I choć żadna z dziewczyn wciąż nie zarabia tyle, co Messi, to między innymi dzięki Ewie piłka nożna kobiet cieszy się coraz większym poważaniem. Reprezentantka Polski, zawodniczka FC Barcelona. W tym roku podczas gali Złotej Piłki 2025 otrzymała trofeum Gerda Müllera jako najskuteczniejsza piłkarka sezonu 2024/25.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 12/2025.
Angelika Kucińska: W hiszpańskiej prasie nazywają Cię ostatnio terminatorką. Fajnie?
Ewa Pajor: Fajnie, że doceniają, jak gramy i ile wysiłku wkładamy w to, aby każdego dnia dać z siebie wszystko na treningu. Jestem napastniczką, więc muszę być obecna w polu karnym i wykorzystywać sytuacje, które tworzą mi koleżanki z zespołu, niesamowite piłkarki.
Pytam o ciebie, a ty od razu zaczynasz odpowiadać w liczbie mnogiej. Nie ma twojego sukcesu bez pozostałych dziewczyn?
Nie lubię skupiać uwagi tylko na sobie, bo piłka nożna jest sportem drużynowym. Bez moich koleżanek nie czułabym się tak pewnie na boisku, jak się czuję, nie mogłabym wykorzystywać sytuacji, które mi tworzą, nie strzelałabym bramek. Zawsze będę mówić w liczbie mnogiej, bo chcę doceniać każdą piłkarkę, z którą gram. Każda z nas ma swoje zadanie na boisku.
Uwielbiam różne formy sportu, również dyscypliny indywidualne, bo jako mała dziewczynka kochałam na przykład lekkoatletykę i dużo biegałam, ale to piłka zawsze sprawiała mi największą radość. To jest moja pasja, wielka miłość, która pojawiła się w moim życiu, gdy byłam bardzo małym dzieckiem. Bycie z innym ludźmi to jeden z piękniejszych elementów sportów drużynowych. Tworzysz zespół, wręcz rodzinę, coś wspaniałego.
Ewa Pajor (Fot. Diego Souto/Getty Images)
Trzeba się lubić, żeby zbudować zgrany Trzeba się lubić, żeby zbudować zgrany team?
Trzeba się szanować. Nie wszyscy się kochają, nie wszyscy lubią się tak samo. To niemożliwe, nie zdarza się w żadnej drużynie. Jesteśmy ludźmi, mamy swoje temperamenty, swoje emocje, różnimy się od siebie. Ale wzajemny szacunek jest podstawą relacji w zespole. To ważne, żeby zauważać wzajemny wkład w sukces drużyny. Widzieć, jak inne dziewczyny poświęcają się dla zespołu, a nie myśleć tylko o własnym poświęceniu.
Masz łatwość nawiązywania kontaktów, gdy wchodzisz pierwszy raz do obcej szatni?
Zawsze byłam bardzo cichą osobą. Z czasem to się zmienia, nabieram swobody, otwieram się na innych ludzi, bo chcę dobrze czuć się w zespole. To pomaga też na boisku. Uwielbiam czuć się częścią grupy, ale na pewno nie jestem typem osoby, która wchodzi do szatni i do razu rozkręca imprezę.
A znalazłaś przyjaźń dzięki piłce?
Przyjaźń to jest naprawdę wielkie słowo, nie mam zbyt wielu przyjaciół. Cenię sobie swoją przestrzeń, swój świat, nie wpuszczam tam każdego. Przyjaźń wymaga zaufania. Wiem, że bliskiej osobie mogę powiedzieć o wszystkim, a ona mnie zrozumie i wesprze. Po prostu będzie przy mnie. Piłka nożna pomogła mi poznać wiele bardzo dobrych koleżanek.
Ewa Pajor (Fot. NurPhoto/Getty Images)
Mówisz, że to twoja wielka pasja. Ale to także twoja praca. Jak się nie zatracić w pasji i pilnować balansu?
Mam ogromne szczęście, że robię to, co kocham. To najwspanialsze uczucie pod słońcem, gdy masz pracę, o której marzyłaś od dziecka, ale balans jest faktycznie bardzo trudny. Czasem trzeba się od niej odciąć, nie przynosić do domu emocji z boiska, bo mogą przytłoczyć. Zwłaszcza emocje po przegranym meczu albo treningu, który nie poszedł za dobrze.
Co czujesz, kiedy trening ci nie wyjdzie?
Złość. Frustrację. Czasem smutek. Jestem ambitna, jak każda osoba, która zawodowo uprawia sport. Denerwuję się, gdy coś mi się nie udaje. Muszę wtedy pamiętać, że błędy się zdarzają – i w życiu, i w pracy. I że są od tego, żeby wyciągać z nich wnioski. Nie można zostawać w tych trudnych emocjach za długo, tylko przepracować błąd i iść dalej. Poza tym te różne potknięcia czy pomyłki finalnie przekładają się na to, że stajemy się lepsi w tym, co robimy. Jestem lepszą piłkarką dzięki błędom, które popełniam. Budują mnie też jako osobę.
Nie wszystkie błędy zależą od nas.
To prawda, można mieć gorszy dzień. Można się nie wyspać. Możemy akurat mierzyć się z trudną sytuacją w życiu. Można mieć okres. Gdy tuż przed miesiączką jest w nas i tak bardzo dużo emocji, czasem lepiej odpuścić, niż sobie dokładać. Cieszę się, że okres przestaje być tematem tabu w sporcie, a cykl menstruacyjny jest brany pod uwagę w procesie treningowym kobiet. Korzystamy z badań, świadomość jest większa – można tak ustawiać trening, by odpowiadał na potrzeby i wykorzystywał możliwości sportowczyni w zależności od tego, w którym momencie cyklu się znajduje. W naszym klubie codziennie rano wypełniamy ankietę, w której trzeba zaznaczyć, czy jesteśmy przed, w trakcie czy po okresie. To nam daje jakieś poczucie kontroli, większą wiedzę. Najgorzej oczywiście, kiedy ważny turniej czy mecz wypada w dniu, w którym powinnaś odpuścić, bo tak mówi twój cykl. Wiadomo, że i tak wyjdziesz na boisko czy bieżnię i dasz z siebie sto procent. Tylko że wtedy te sto procent może nie wystarczyć. Ale nawet jeśli nie uda się za pierwszym podejściem, to dasz z siebie wszystko, walcząc o tytuł następnym razem.
Umiesz przegrywać?
Przegrany mecz to okazja, żeby zastanowić się, co powinniśmy poprawić, aby w kolejnym poszło nam lepiej. W sporcie porażka to normalna sprawa, ktoś musi przegrać, choć oczywiście wolałabym, żeby moja drużyna zawsze wygrywała.
Wygrywanie też czegoś uczy?
Pokory. Tego, żeby nie myśleć, że jeśli dziś wygraliśmy, to jesteśmy najlepsi, niezwyciężeni i już zawsze tak będzie. Kolejny mecz może to boleśnie zweryfikować. Dziś jesteś mistrzynią Europy, a gdy startuje nowy turniej, nawet nie przechodzisz eliminacji. Sport jest bardzo dynamiczny. Nie można osiąść na laurach. Trzeba cały czas bardzo ciężko pracować i dawać z siebie wszystko, bo chętnych na puchar jest naprawdę wielu.
Ewa Pajor (Fot. Sports Press Photo/Getty Images)
Czytaj także: Jak uczyć młodych ludzi radzić sobie z porażką? Pytamy Darię Abramowicz, psycholożkę Igi Świątek
Od zawsze miałaś w sobie dyscyplinę, której wymaga sport?
Myślę, że zawsze lubiłam ciężko pracować, a samodyscypliny nabierałam wraz z doświadczeniem. Miałam 15 lat, gdy znalazłam się w seniorskim składzie Medyka Konin. Wtedy po raz pierwszy zauważyłam, że muszę zmienić niektóre nawyki, naprawdę się pilnować. Później wyjechałam do Niemiec i dołączyłam do klubu VfL Wolfsburg. Wtedy to była jedna z najlepszych żeńskich drużyn w Europie, dziewczyny dwa razy z rzędu wygrały Ligę Mistrzyń. Trafiłam więc do klubu pełnego niesamowitych piłkarek i wtedy poczułam, że mnie, dziewczynie z polskiej ligi, naprawdę sporo brakuje. Potrzebowałam jeszcze większej samodyscypliny, by im dorównać.
Trenowałaś więcej niż reszta zespołu?
Byłam dzieciakiem, który wcześniej mieszkał w internacie, więc nie za dobrze jadłam. To od razu wyszło na wspólnych treningach. Nie miałam siły. Dziewczyny były ode mnie szybsze. Podstawowy trening potwornie mnie męczył, więc gdybym dołożyła sobie jeszcze dodatkową sesję, to byłoby zabójstwo.
Zaczęłam się lepiej odżywiać, wysypiać, zmieniłam nawyki przed- i potreningowe. Gdy nabrałam siły i wytrzymałości, poczułam, że mogę więcej trenować. Dopiero wtedy zaczęłam spędzać dodatkowy czas na siłowni.
W Medyku Konin trafiłaś od razu do seniorskiego składu. Inne piłkarki traktowały cię jak dziecko?
Byłam małą przestraszoną dziewczynką, gdy trafiłam do klubu. Do Ani Gawrońskiej, którą tam poznałam i którą podziwiałam, mówiłam „Pani Aniu”, choć grałyśmy w jednej drużynie. Do wielu mówiłam na „pani”. A one widziały we mnie kogoś, kim powinny się zaopiekować.
Dużo się od nich nauczyłaś?
Przede wszystkim tego, żeby na boisku zawsze być sobą. Nieważne, ile masz lat. Wychodzisz i dajesz z siebie wszystko. Robisz swoje i cieszysz się grą. I nie zapominasz, że robisz to, co najbardziej kochasz.
Ewa Pajor (Fot.Steven Flynn/Getty Images)
Dlaczego to właśnie w tej dyscyplinie sportu tak bardzo się zakochałaś?
Pochodzę z maleńkiej wioski, moi rodzice do tej pory prowadzą tam gospodarstwo. Sami jednak nigdy nie uprawiali żadnego sportu, więc to nie oni zarazili mnie miłością do piłki. To mój kuzyn, który przyjeżdżał do nas na wakacje. Wychodził na podwórko i kopał. Do tej pory wspomina, że zawsze chciałam do niego dołączać. Nawet kiedy jeszcze byłam tak mała, że niemal mniejsza od piłki. A potem w szkole trafiłam na znakomitego wuefistę i jednocześnie mojego pierwszego trenera. Przygarnął mnie do drużyny chłopców. To także jego zasługa, że gram dziś zawodowo, bo przecież w tamtych czasach dziewczynki kopiące piłkę nie były postrzegane jako coś normalnego. Byłam jedyna w naszym szkolnym zespole.
Wielkie szczęście trafić na takiego pedagoga w publicznej podstawówce w bardzo małej miejscowości. Takiego, który nie potraktuje cię stereotypowo.
I który się naprawdę poświęca. W domu jest nas piątka, rodzice nie mogli zajmować się tylko mną, musieli dzielić czas i uwagę na mnie i rodzeństwo. A Piotr, mój trener, miał wtedy pewnie 25 lat. Był młodym mężczyzną. I poświęcał swój czas, żeby mnie prowadzić, bo – jak mówi – zobaczył we mnie coś wyjątkowego. Wierzył we mnie, gdy o piłce kobiet w ogóle się nie mówiło. Nikt nie pokazywał kobiecych meczów w telewizji.
Piotr dziś prowadzi Uniejowską Akademię Futbolu. Jestem jej ambasadorką. Gdy jeżdżę do domu, zawsze się spotykamy. Przyjeżdża na wszystkie mecze reprezentacji, a czasem też przyleci na mecz do Barcelony. To piękne, że wciąż mamy kontakt. Zawsze będę mu wdzięczna za to, ile dla mnie poświęcił.
Spotykały cię jakieś przykrości w związku z tym, że byłaś tą jedyną dziewczynką grającą w piłkę?
Zdarzało się. W szkole w Koninie często słyszałyśmy z koleżankami, idąc na trening: „O, zobaczcie, chłopczyce z Medyka”. Bo piłka to niby nie jest sport dla dziewczynek. Ale w podstawówce byłam przecież jedyną dziewczyną w drużynie, a nigdy nie usłyszałam od chłopaków, że nie chcą mnie w zespole. Byli otwarci, pomocni, nie mieli nic przeciwko, że jeżdżę z nimi na zawody. W małej miejscowości szkoła była mała, bardzo rodzinna.
Sport całkowicie wypełnił ci dzieciństwo i dorastanie? Było miejsce na coś jeszcze?
Na dojenie krów [śmiech]. Pomagaliśmy rodzicom w gospodarstwie. Przy zwierzętach, przy żniwach, przy zbieraniu ziemniaków. Normalne życie dzieci rolników. Wiedzieliśmy, że im szybciej wykonamy swoją pracę, tym szybciej będzie można pójść pograć w piłkę. Rodzice nauczyli mnie ciężkiej pracy. Pokazali mi, jaką wartość ma poświęcenie, gdy wstawali codziennie bardzo wcześnie rano, żeby zajmować się gospodarstwem. Codzienne obowiązki zbliżały nas też z rodzeństwem, spędzaliśmy ze sobą dużo czasu. Myślę, że dlatego dziś mamy takie świetne relacje.
Czytaj także: Jak osiąga się mistrzostwo? Rozmowa z Igą Świątek i psycholożką Darią Abramowicz
Kiedy do twojego kontraktu z Wolfsburgiem wpisano odstępne w wysokości miliona euro, to był absolutny rekord, jeśli chodzi o kobiecą piłkę. Wtedy, pięć lat temu, postrzegano to jako zwiastun rewolucji. Wreszcie kobiecy futbol zacznie być traktowany poważnie. Jest coraz lepiej?
Zdecydowanie. Potwierdziły to Mistrzostwa Europy z 2022 roku, rozgrywane w Anglii. Na trybunach było mnóstwo kibiców i kibicek, a transmisje w telewizji cieszyły się świetną oglądalnością. Myślę, że zaczynamy wreszcie dostrzegać piękno kobiecej piłki i rozumieć, że to dyscyplina równie wymagająca jak futbol mężczyzn. Widzę, że od 2022 roku rośnie zainteresowanie rozgrywkami klubowymi – kobiece ligi w Hiszpanii, Anglii czy Niemczech są naprawdę cenione. Kierunek jest dobry, choć oczywiście mężczyźni wciąż zarabiają nieporównywalnie więcej. Jeśli chodzi o transfery w kobiecej piłce, to za rekordowy zapłacono trzy miliony euro. Wiemy, na jakie kwoty opiewają transfery w piłce mężczyzn. Takich pieniędzy w kobiecym futbolu nie ma. Ale nie pieniądze są dla mnie w tym wszystkim najważniejsze. Jestem dumna, że coraz więcej ludzi chce oglądać, jak kobiety grają w piłkę. Jestem dumna z polskiej reprezentacji, która po raz pierwszy wystartowała w Mistrzostwach Europy i przyciągnęła na stadiony tłumy polskich kibiców i kibicek.
Ewa Pajor (Fot. Gao Jing/Xinhua News Agency)
Rozumiem, że pieniądze nie muszą być priorytetem, ale dążenie do wyrównania dysproporcji jest bardzo ważne. Chociażby dlatego, że przez całe dekady argumentem, którym tłumaczono niższe zarobki sportowczyń, było rzekomo niskie zainteresowanie kobiecym sportem. „Nie zapłacimy tenisistce tyle, ile tenisiście, bo kobiecego tenisa nikt nie ogląda”. Tak samo mówi się o piłce nożnej.
Dlatego tak ważne jest, że w ciągu ostatnich pięciu lat kobieca piłka zaczęła być regularnie pokazywana w telewizji. Kto miał wcześniej o niej wiedzieć, jeśli nie mógł zobaczyć meczu?
Ludzie dopiero teraz mają okazję zrozumieć, jak piękny jest to sport. Gramy z takim samym poświęceniem jak mężczyźni.
Futbol w naszym wykonaniu potrafi być tak samo widowiskowy. To jest bardzo prosty mechanizm. Włączasz telewizor, trafiasz na mecz kobiet, podoba ci się, więc następny chcesz już zobaczyć na stadionie i kupujesz bilet.
Wiesz, że pewnie wiele małych dziewczynek dzięki tobie zobaczyło, że piłka nożna może być sposobem na życie?
Chcę pokazywać, że gdy masz marzenia, pasję, jesteś wytrwała i ciężko pracujesz, cieszysz się grą w piłkę – możesz osiągnąć niesamowite rzeczy niezależnie od tego, skąd pochodzisz.
Chcę pokazywać, że możesz spełniać swoje marzenia i pozostać sobą, bo ja przecież dalej jestem normalną Ewą. Normalną Ewą, która strzela tak, że nazywają ją terminatorką.
Jakie to uczucie, gdy piłka wpada do bramki?
Niesamowite. Gdy byłam małą Ewą, chodziliśmy z kolegą w jedno miejsce, żeby pograć. Bramka była zaznaczona na murze. Tam, grając do ściany, zdobywałam swoje pierwsze gole. I czułam radość jak piłkarze, których oglądałam w telewizji. Dziś wypełnia mnie dokładnie to samo uczucie, kiedy strzelę bramkę. Prawdziwa, czysta radość.

6 godziny temu
6







English (US) ·
Polish (PL) ·