Maszynista Kolei Mazowieckich jako pierwszy zauważył, że tor przed nim nagle się kończy. Zatrzymał skład w ostatniej chwili, a dopiero później dotarło do niego, jak blisko było katastrofy.
Fot. Dariusz Borowicz / Agencja Wyborcza.pl
Nocny wybuch
W sobotni wieczór, 15 listopada, w pobliżu stacji PKP Mika mieszkańcy usłyszeli głośny wybuch. Pociągi wciąż kursowały, nikt nie wstrzymał ruchu, a w nocy przez uszkodzony odcinek przejechało kilka składów - pasażerskich i towarowych. Dopiero kolejnego dnia jeden z maszynistów zauważył, że torowisko ma ubytek. Informacja trafiła do dyżurnego. O świcie na tym samym szlaku jechał pociąg Kolei Mazowieckich nr 12713. To właśnie jego maszyniście, Mateuszowi Maciakowi, powierzono sprawdzenie sytuacji.
- Informację otrzymałem ruszając już z przystanku Mika, dyżurny ruchu powiedział przez radiotelefon, że poprzedni pociąg wyczuł jakąś nierówność w torze i przekazał mi informację określającą mniej więcej miejsce jej wystąpienia. Po wyruszeniu ze stacji Mika jechałem bardzo wolno i obserwowałem tor - relacjonuje maszynista w rozmowie z Wirtualną Polską. Dlaczego nie znaleziono przerwy w torze wcześniej? "Na żadnym etapie, zarówno w momencie zgłoszenia, jak i rozpytań w czasie patrolowania, nie pojawiły się sygnały, jakoby hałas miał dochodzić z kierunku torów, a wręcz przeciwnie, wskazywano okoliczne zabudowania" - tłumaczyli później śledczy.
Ostatnie metry przed tragedią
Kiedy dostrzegł przerwany tor, pasażerowie nawet nie wiedzieli, co się dzieje. Zatrzymał skład w porę, choć jak sam mówi, gdyby jechał rozkładowo, mogliby nie mieć szans. W wagonach pociągu relacji Warszawa Zachodnia - Dęblin poza maszynistą było kilka osób. Na miejscu potwierdziło się to, czego każdy obawiał się najbardziej. Tor został przerwany w sposób, który nie wyglądał na przypadek. Jak mówi Maciak, dopiero po wszystkim dotarło do niego, jak niewiele zabrakło do katastrofy. - Po uświadomieniu sobie, jak tragiczne mogło się to skończyć, faktycznie czułem przerażenie - przyznaje.
Zobacz wideo Sikorski stanowczo o wydarzeniach na kolei: To akt terroru państwowego
Na łuku i na nasypie
Według maszynisty, przerwanie toru nie było przypadkowe - wybrano odcinek, na którym pociągi jadą szybko, a ewentualne wykolejenie mogłoby mieć dramatyczne skutki. Mężczyzna przyznaje, że pociąg rozkładowo mógł w tym miejscu jechać z prędkością do 120 km/h. Są jednak takie, które osiągają tu prędkość około 160 km/h. - Jest to miejsce na łuku i w dodatku na bardzo wysokim nasypie - mówi Maciak WP.
Śledczy potwierdzają sabotaż
Prokuratura nie ma wątpliwości. W torach celowo umieszczono ładunki wybuchowe. Do działań mieli dopuścić się obywatele Ukrainy Oleksandr K. i Jewhenii I. Obaj usłyszeli zarzuty dotyczące sabotażu na kolei. Według ustaleń służb, sprawcy mieli przyjechać do Polski z Białorusi i po dokonaniu ataku natychmiast tam wrócić. Jeden z podejrzanych miał być już skazany w maju 2025 roku we Lwowie za podobne czynności. Wniosek o tymczasowe aresztowanie został złożony, a po nim mają pojawić się listy gończe oraz publikacja wizerunków sprawców. Jak przekazał minister sprawiedliwości Waldemar Żurek to oni "podłożyli ładunek C4 pod torami kolejowymi w miejscowości Mika oraz uszkodzili infrastrukturę w miejscowości Gołąb, sprowadzając bezpośrednie niebezpieczeństwo katastrofy." To właśnie w Gołębiu inny pociąg z 475 pasażerami musiał gwałtownie hamować przez uszkodzenie w sieci trakcyjnej. Według prokuratury co najmniej cztery inne osoby mogły pomagać w działaniach dywersyjnych i nadal przebywają na terenie Polski.



English (US) ·
Polish (PL) ·