Plotki na ten temat krążyły i rozgrzewały emocje od końca listopada br. W środę zostały oficjalnie potwierdzone, co doprowadziło do momentami emocjonalnej dyskusji na X (niegdyś Twitter), z szerokim udziałem komentatorów i dziennikarzy branży militarnej. Niespodziewanym gościem honorowym wymiany zdań stał się gen. Wiesław Kukuła, czyli szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Najważniejszy wojskowy kraju czasem włącza się w dyskusje na X i wchodzi w polemikę. W środę skończyło się to ujawnieniem wielu istotnych informacji, ale też emocjami i banami.
Tak, Strykery są na tapecie
Dyskusja zaczęła się od wpisu dziennikarki Polskiego Radia Agnieszki Drążkiewicz, która regularnie otrzymuje dobre, nieoficjalne informacje z MON i wojska. Dzięki swoim źródłom ustaliła, że już w połowie ubiegłego miesiąca Sztab Generalny pozytywnie zaopiniował przejęcie od Amerykanów 250 używanych kołowych transporterów opancerzonych (KTO) Stryker. Stosowna rekomendacja trafiła do Rady Modernizacji Technicznej w MON, która jest ostateczną instancją, decydującą o tego rodzaju zakupach lub przejęciach. Informacje Drążkiewicz wywołały lawinę komentarzy dziennikarzy branżowych i komentatorów. Głównie komentarzy krytycznych, które wiążą się z faktem, że produkujemy już i to w dużych ilościach bardzo podobne KTO Rosomak.
Pod pewnymi względami nasze transportery są może nawet lepsze, np. jeśli chodzi o siłę uzbrojenia. Produkujemy je od dwóch dekad w zakładach w Siemianowicach Śląskich na podstawie licencji fińskiej firmy Patria. Większość elementów pochodzi z Polski, choć te najdroższe - silnik i skrzynia biegów - importujemy. Do tej pory, w różnych wersjach, wojsko otrzymało już około 1000 Rosomaków. Potrzeba ich co najmniej drugie tyle. Problem w tym, że od lat skala zamówień jest mała. Nie zmieniło się to nawet po wybuchu wojny w Ukrainie.
Na podstawie serii umów podpisanych po 2022 roku, wojsko do 2028 roku ma otrzymać 208 nowych Rosomaków, z nowymi, zdalnie sterowanymi wieżami ZSWW-30. Jak twierdził w rozmowie z Gazeta.pl Bartłomiej Kucharski, dziennikarz miesięcznika "Wojsko i Technika", jest to skala produkcji zdecydowanie poniżej teoretycznych możliwości zakładów w Siemianowicach Śląskich. Jest to też zdecydowanie poniżej teoretycznych potrzeb wojska. Kolejne rządy do spółki z wojskiem nie zrobiły jednak nic, aby zainwestować istotnie w polską fabrykę i możliwości produkcyjne Rosomaków. Zainwestowano za to w umieszczenie tam początkowo montażu, a potem produkcji koreańskich pojazdów terenowych KLTV.
Drugim istotnym elementem układanki jest też to, że przez dwie dekady służby Rosomaków w Wojsku Polskim, stworzyliśmy dla nich funkcjonujący system logistyczny. Mamy możliwość ich remontowania i naprawiania. Mamy też system szkolenia załóg i techników. Strykery byłyby czymś nowym, co wymagałoby zbudowania równoległego zaplecza tego rodzaju. Co więcej, znając standardowe praktyki amerykańskich koncernów zbrojeniowych (w tym wypadku General Dynamics Land Systems), nie byłoby to nic taniego i łatwego do wdrożenia.
Szef wojska jest pewien, że trzeba sprzętu
Na tym tle pomysł przejmowania od Amerykanów używanych i najpewniej wyeksploatowanych wozów może budzić wątpliwości. Jak potwierdził w środę wieczorem szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz, chodzi o maszyny, które są obecnie na uzbrojeniu amerykańskich oddziałów stacjonujących w Europie. W związku z planowanym ich wycofaniem do USA i prawdopodobnym rozwiązaniem lub przezbrojeniem w ramach reformy US Army, Amerykanie mieli zaproponować nam ich przejęcie za darmo. - Po wstępnej analizie uzgodniliśmy, że wojsko sprawdzi stan techniczny i oceni ich przydatność dla naszych sił zbrojnych. Czy to jest dobry materiał do szkolenia, prowadzenia działań operacyjnych, czy potrzebujemy tego typu sprzętu - powiedział minister, którego cytowało Polskie Radio.
Genezę tego pomysłu podczas dyskusji na X wyjaśniał gen. Kukuła. "Wszystko jest racjonalne. Powód jest jeden. Gotowość bojowa wojsk i ich zdolności" - napisał.
Przy wydawaniu pozytywnej rekomendacji w sprawie Strykerów, Sztab Generalny miał brać pod uwagę takie czynniki, jak: gotowość bojowa wojsk, zdolności produkcyjne przemysłu w perspektywie wieloletniej i wielkość potrzeb Wojsk Lądowych. "Przy założeniu wykorzystania pełnego potencjału naszego przemysłu i naszych możliwości finansowych wciąż istnieje przestrzeń na przyjęcie nawet większej donacji" - dodał Kukuła.
Kwestia serwisu dla amerykańskich maszyn ma być przedmiotem negocjacji po sprawdzeniu ich stanu technicznego i uznaniu, że się nadają. Na pytania, dlaczego wcześniej nie zamówiono większej ilości Rosomaków i nie zadbano o krajową produkcję, odpowiadał, że to nie jego wina. "Nie odpowiadam za dekady. Mam wpływ na to zagadnienie od nieco ponad dwóch lat. Robię naprawdę wiele, by żołnierze w godzinie próby mieli czym walczyć!" - napisał gen. Kukuła.
Narrację ministra i generała można więc sprowadzić do tego, że otrzymaliśmy od Amerykanów potencjalnie świetną propozycję - deficytowy dla nas sprzęt za darmo. Jeśli stan techniczny byłby dla nas akceptowalny, Polska mogłaby przyjąć nawet więcej niż aktualnie proponowane 250 pojazdów. Nasz przemysł nie jest w stanie wyprodukować odpowiedniej liczby Rosomaków w krótkim czasie, nawet gdybyśmy mieli na to pieniądze. Szybkie załatanie dziur w stanie wyposażenia polskiego wojska byłoby więc możliwe dzięki używanemu sprzętowi z USA. Generał Kukuła dodał, że ostateczna decyzja jest jeszcze dość odległa, bo może zapaść dopiero w drugiej połowie 2026 roku. "Chyba, że sytuacja bezpieczeństwa gwałtownie się pogorszy" - stwierdził.
Wspólnym mianownikiem licznych głosów krytycznych, które przewijały się w dyskusji na X była opinia, że najpierw wojsko i kolejne rządy przez lata zamawiały za mało Rosomaków, i to nawet w sytuacji wojny u sąsiada, po czym nagle w trybie pilnym chcą brać podobny, używany sprzęt z USA, uzasadniając decyzję zagrożeniem i brakami w wyposażeniu. Komentatorzy wskazują, że sprzęt teoretycznie może być darmowy, ale wyłącznie na początku. Później jego utrzymanie będzie kosztować i to zapewne więcej niż podobnej liczby Rosomaków, których fabryka jest w Polsce. Z tej perspektywy branie używanych Strykerów to krótkowzroczność, a słuszniejsze byłoby długofalowe inwestowanie w zdolności krajowe.
Czy na pewno tak musimy?
Kluczowym pytaniem w tej dyskusji, choć nieartykułowanym, jest to, jak poważne jest zagrożenie Polski wojną. Gdyby ryzyko było wysokie w perspektywie końca dekady, wówczas amerykańskie używane transportery miałyby większy sens. Lepsze one niż wysyłanie ludzi na front w nieopancerzonych ciężarówkach. Wojskowi często posługują się argumentem pilności zakupów, uzasadniając pomijanie krajowego przemysłu zbrojeniowego. Na tej zasadzie kupujemy na przykład południowokoreańskie armatohaubice K9, choć produkujemy w kraju analogiczne Kraby.
Wśród specjalistów odpytywanych przez Gazetę.pl nie ma jednak przekonania co do tego, abyśmy byli w krótkim terminie zagrożeni bezpośrednim starciem z Rosją. Jeśli rzeczywiście do niego nie dojdzie, to modernizacja naszego wojska w znacznej części będzie z perspektywy czasu obarczona krótkowzrocznymi decyzjami, nieoptymalna i znacznie bardziej kosztowna dla państwa, niż mogłaby być. Jeśli do konfliktu dojdzie, wówczas obecne decyzje oceniane będą inaczej. Nie zmieni to jednak faktu, że po prawie czterech latach wojny u naszego sąsiada, polscy politycy i wojskowi nie zdołali stworzyć kompleksowej strategii dla krajowego przemysłu zbrojeniowego. Najlepszym dowodem fabryka w Siemianowicach Śląskich, która nadal wypuszcza Rosomaki w tempie "jak zawsze".
Owszem od 2024 roku trwają prace nad rządową Strategią dla Przemysłu Zbrojeniowego. Początkowo zapowiadano jej ukończenie do końca 2025 roku, ale to już nieaktualne. W 2024 roku miał zostać utworzony specjalny zespół przy Radzie Ministrów, który koordynowałby te prace, ale powstał dopiero w czerwcu 2025 roku. Kiedy będą z tego jakieś konkrety, nie wiadomo. Może w 2026 roku. Skromne cztery lata po rozpoczęciu wojny tuż za naszą granicą.



English (US) ·
Polish (PL) ·