Reakcje europejskich stolic na uprowadzenie przez Amerykanów prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro były iście groteskowe. W oświadczeniach władz UE oraz państw członkowskich najczęściej przewijały się dwa słowa na literę D: dyktator i deeskalacja. Apelowano o „pokojowe rozwiązanie kryzysu”, choć zarazem przypominano, że w opinii Zachodu Maduro jest uzurpatorem i powinien ustąpić na rzecz demokratycznej opozycji.
„UE przypomina, że w każdej sytuacji zasady prawa międzynarodowego oraz Karty Narodów Zjednoczonych muszą być przestrzegane” – podkreśliła wysoka przedstawicielka Unii ds. zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Kaja Kallas w komunikacie, pod którym podpisali się wszyscy członkowie Wspólnoty z wyjątkiem jednego, oczywiście Węgier.
Ktoś powie, że zarówno Bruksela, jak i poszczególne państwa choćby nawet chciały, to nie mogą pozwolić sobie na łajanie największego światowego mocarstwa i sojusznika w NATO. Pozostaje im więc odwoływać się do dyplomatycznych formułek, a otwarta krytyka to przywilej tych znajdujących się z dala od realnej władzy. No dobrze, tylko nie róbmy później zdziwionej miny, gdy pójdą w górę sondaże poparcia dla skrajnej prawicy w postaci Marine Le Pen i Jordana Bardelli. Oni jakoś potrafili stwierdzić wprost, kto przeprowadził niezgodną z prawem międzynarodowym operację w Wenezueli.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Zobacz
Popularne Zobacz również Najnowsze
Przejdź do strony głównej

6 dni temu
11





English (US) ·
Polish (PL) ·