Ciężka rakieta tuż po starcie stanęła w kuli ognia. To znowu mógł być Sarmat

1 miesiąc temu 24

Do katastrofy doszło w piątek 28 listopada w pobliżu miasta Jasnyj, położonego w obwodzie Orenburskim,  tuż przy granicy z Kazachstanem. Rozlokowana jest tam jedna z dywizji rosyjskich strategicznych wojsk rakietowych (o numerze 13). W stepowym terenie ukryto tam 62 silosy z czasów radzieckich. Na podstawie zdjęć satelitarnych i nagrania wypadku, część ekspertów jest przekonana, że jednego z nich użyto do kolejnego próbnego odpalenia nowej rakiety RS-28 Sarmat. Skończyło się tak, jak w 2024 roku. Spektakularną katastrofą.

Pijana rakieta

Rakieta zawiodła prawdopodobnie już podczas startu. Nie widać samego jej wypchnięcia z silosu, ale chwilę po tym momencie. Z nagrania i zdjęć można wnioskować, że ma uruchomiony silnik główny pierwszego stopnia, ale wyraźnie nie trzyma kursu, a następnie odwraca się do góry nogami i zaczyna się jej dekonstrukcja. Odpada też od niej jakiś element, co przypomina odłączenie się specjalnego pchacza, który standardowo wyrzuca rakietę z silosu nad ziemię, po czym odłącza się tuż przed uruchomieniem silników głównych. Być może główną przyczyną katastrofy było to, że nie oddzielił się planowo, a dopiero w wyniku zadziałania dużych, nieplanowanych sił, kiedy pocisk zaczął koziołkować. Inna interpretacja jest taka, że to automatyczna sekwencja odrzucenia sekcji z ładunkami termojądrowymi (w tym przypadku niemal na pewno ich tam nie było).

Nagranie pozwala też stwierdzić, że rakieta zasilana była paliwem ciekłym. W radzieckich pociskach międzykontynentalnych używano standardowo dimetylohydrazyny i tetratlenku diazotu, które są bardzo wydajne i nadają się do długotrwałego składowania. Jednak są też silnie trujące, a ich opary mają charakterystyczny pomarańczowy odcień. Taki, jaki widać w chmurach dymu, powstałych podczas krótkiego lotu rakiety i jej upadku na ziemię. Używane aktualnie przez Rosjan pociski międzykontynentalne z paliwem ciekłym to poradzieckie R-36M Wojewoda (lepiej znane pod oznaczeniem NATO: Satan), UR-100UTTKh (stanowią mniejszość, są specjalnie przystosowane do głowicy szybującej Awangard) i nowy, pozostający ciągle w fazie testów, RS-28 Sarmat. Dwa pierwsze już są na wyposażeniu 13. Dywizji, a ten ostatni ma być, kiedy zostanie ostatecznie przyjęty do służby. Nagranie pozwala stwierdzić, że to był tak zwany "zimny start", czyli rakieta została wypchnięta z silosu przez wyżej wspomniany pchacz. Nie mogło być to więc zdarzenie z udziałem UR-100UTTKh, który uruchamia silniki główne w silosie (tzw. "gorący start"). Dodatkowo wszystkie wcześniejsze próbne odpalenia tych rakiet z szybowcami Awangard odbywały się z innego silosu. Zostają więc RS-36M i RS-28.

Dlaczego katastrofie miałby ulec akurat ten ostatni? Spowodował to prawdopodobnym splot okoliczności. Po pierwsze piątkowy lot miał być testem. Rosjanie wydali ostrzeżenia dla samolotów i statków (NOTAM), wskazujące jednoznacznie na zamiar posłania rakiety ku poligonowi Kura na Kamczatce. To standardowy cel podczas prób rosyjskich rakiet balistycznych dalekiego zasięgu. Amerykanie o tym też wiedzieli, bo na tę okoliczność do bazy na Alasce przeleciał dwa dni wcześniej specjalistyczny samolot rozpoznawczy RC-135S Cobra Ball, służący do obserwacji głowic pocisków międzykontynentalnych, które wchodzą w atmosferę i zmierzają ku celowi na poligonie.

RS-36M Wojewoda praktycznie nie są już testowane. Ostatnie znane odpalenie to rok 2013. To stare pociski, które do 2014 roku remontowano z pomocą Ukraińców (powstały w Ukraińskiej SSR), a od zerwania współpracy, Rosjanie mogą je tylko doraźnie utrzymywać. Te, które zostały, są z jednej strony bardzo ważne dla zapewnienia odpowiedniej liczby głowic do odpalenia, ale z drugiej pilnie potrzebują wymiany. Specjalizujący się w rosyjskim arsenale jądrowym analityk Pawel Podwig ewentualne odpalenie testowe RS-36M nazywa więc "skrajnie mało prawdopodobnym".

Kolejna poważna porażka?

Na stole zostaje tylko Sarmat. To ta rakieta ma być bezpośrednim następcą Wojewody/Satana. Prace nad pociskiem rozpoczęto na początku minionej dekady. Poważnym wyzwaniem dla Rosjan jest fakt, że większość doświadczenia z zakresu projektowania i produkowania ciężkich rakiet lądowych na paliwo ciekłe pozostało w Ukrainie, w zakładach Piwdenmasz w Dnipro (długo nazywały się Jużmasz i pod tą nazwą są lepiej znane). Prace nad Sarmatem prowadzi rosyjskie biuro konstrukcyjne Makajewa, które w czasach ZSRR specjalizowało się w rakietach balistycznych, odpalanych z okrętów podwodnych (głównie na paliwa płynne). Ciężki pocisk lądowy jest więc czymś nowym. Brak doświadczenia może być jednym z głównych powodów, dla których prace nad Sarmatem idą jak po grudzie.

Fakt istnienia pocisku ujawnił Władimir Putin podczas propagandowej prezentacji nowych systemów strategicznych. Padło przy tym wiele deklaracji, że to najcięższy, największy i najlepszy w kategorii lądowych pocisków międzykontynentalnych, a USA będą przed nim drżeć. Niezależnie od tego pierwszy lot Sarmata nastąpił dopiero w 2022 roku. Choć od tego momentu mieliśmy już kilka zapowiedzi wprowadzenia go do uzbrojenia, rozpoczęcia produkcji i postawienia w stan gotowości (w silosie, z głowicami i gotowego do startu), to faktycznie nadal pozostaje on w fazie testów, które raczej szybko się nie skończą.

Jesienią 2024 roku Sarmat zawiódł spektakularnie podczas przygotowań do odpalenia lub podczas samego odpalenia na kosmodromie Plesieck w północnej Rosji. Potężna eksplozja kompletnie zniszczyła znajdujący się tam specjalny silos do próbnych odpaleń. Do dzisiaj nie został odbudowany. Był jedynym, z którego można było testować Sarmaty. Jednocześnie wiosną 2025 roku, po nastaniu sezonu budowlanego, ruszyły prace przy jednym z silosów 13. Dywizji. Tym, z którego nastąpiło nieudane piątkowe odpalenie. Jakość zdjęć satelitarnych nie pozwala stwierdzić, co z nim robiono. Jest jednak możliwe, że silos po starej rakiecie RS-36M przystosowano do próbnych odpaleń jej bardzo podobnego gabarytami następcy. Byłoby racjonalne, gdyby wybrano do tego miejsce, gdzie Sarmaty i tak miały trafić w przyszłości.

Mocny cios w siły strategiczne

Liczne poszlaki wskazują na kolejną porażkę nowej rakiety Rosjan. Tak przypuszcza między innymi wspomniany Plodwig. Oznaczałoby to, że do tej pory Sarmat wykonał udany lot testowy tylko raz, ten pierwszy w 2022 roku. Potem wybuchł w 2024 roku i prawdopodobnie teraz. Delikatnie rzecz ujmując, nie wskazuje to na dopracowanie pocisku i jego gotowość do przyjęcia do służby. Sytuacja zaczyna przypominać tę z pociskiem Buława dla okrętów podwodnych. On też notorycznie Rosjanom wybuchał podczas testów, które w efekcie przeciągnęły się na prawie dwie dekady. Od pierwszego odpalenia w 2004 roku do oficjalnego przyjęcia do normalnej służby trzeba było czekać do roku 2025. Opóźnienie poważnie zaburzyło plany modernizacji morskiego elementu triady jądrowej. Potencjalnie Sarmat może uczynić Rosjanom to samo, a zaboleć jeszcze bardziej.

Problem w tym, że wymiana starszych RS-36M jest bardzo pilna i ma ogromne znaczenie. Rosjanie mają tych ciężkich rakiet w gotowości prawdopodobnie czterdzieści parę w silosach wspomnianej 13. Dywizji oraz 32. Dywizji w pobliżu Użur na Syberii. Każda z tych ciężkich rakiet może przenieść do 10 silnych głowic i po tyle najpewniej mają zamontowanych. Oznacza to, że razem odpowiadają one za 30 - 40 procent całego lądowego arsenału jądrowego Rosjan. Biorąc pod uwagę łączną moc niszczącą to nawet za około połowę (brak oficjalnych i szczegółowy danych pozwala jedynie na szacunki). Wszystko to na starych rakietach, pochodzących z końcowego okresu ZSRR, którym wydłużano okres służby z pomocą Ukraińców w pierwszej dekadzie tego wieku. Założenie było takie, że dzięki temu posłużą do około 2020 roku. Problemy Sarmata wskazują, że będzie to raczej 2030 lub nawet później. Oznacza to spadek wiarygodności rosyjskiego arsenału jądrowego. Nie dlatego, że można zakładać, iż RS-36M to złom, który nie zadziała, ale prawdopodobieństwo usterek, awarii i niesprawności będzie większe, niż w planowo modernizowanym arsenale.

Przeczytaj źródło