John Phelan, sekretarz US Navy (cywilny zwierzchnik sił mianowany przez prezydenta), ogłosił tę decyzję we wtorek. Zbudowane zostaną jedynie dwie pierwsze fregaty. Z kolejnych czterech już zamówionych zrezygnowano. Łącznie w pierwszej fazie programu miało ich powstać 20, a długofalowe plany zakładały, że będzie ich jeszcze więcej. Wyszło tak, jak wychodzi Amerykanom z okrętami nawodnymi od końca zimnej wojny, czyli źle. Coś się zepsuło w ich systemie, bo jeden po drugim wypuszczają okręty, które są porażką z punktu widzenia potrzeb floty. I to wszystko w czasie, kiedy po drugiej stronie Pacyfiku rośnie im groźny rywal, wodujący okręty w tempie niewidzianym od dekad.
Miało być sprawnie i racjonalnie
Fregaty Constellation miały być po części odpowiedzią na rosnącą chińską flotę. Bolączką US Navy w obecnym kształcie jest brak względnie taniego oceanicznego okrętu eskortowego. Marynarka Wojenna USA ma na stanie dużo większych niszczycieli typu Alreigh Burke. Obecnie to 74 jednostki w służbie czynnej, budowane seryjnie w kolejnych wersjach od końca lat 80. XX wieku. Docelowo ma ich powstać blisko sto. Posiada też nieco większe i starsze krążowniki typu Ticonderoga, które są już jednak wycofywane ze służby. Ostatnie mają ją opuścić w 2027 roku. To oznacza, że amerykańska flota nawodna ograniczy się niebawem niemal wyłącznie do niszczycieli i lotniskowców atomowych. Okręty typu Arleigh Burke, owszem, są bardzo dobre, można wręcz uznać, że to najbardziej udana seria okrętów nawodnych swojej epoki, ale nie są idealne do wykonywania wszystkich zadań. W wielu prostszych operacjach, takich jak na przykład eskorta konwojów, czy patrolowanie mniej istotnych obszarów, używanie ich jest nieoptymalne. Ponadto jeden nowy niszczyciel to obecnie koszt nieco ponad dwóch miliardów dolarów.
Fregaty typu Constellation planowano jako tańszą i bardziej ekonomiczną alternatywę. Ich cena miała oscylować wokół jednego miliarda dolarów za sztukę. Załoga fregaty liczy około 200 ludzi, podczas gdy niszczyciela 300, a to właśnie koszty osobowe są jednym z najistotniejszych składników utrzymania okrętu. Constellation można by budować szybciej, więcej i przeznaczyć do mniej odpowiedzialnych zadań. Dzięki temu mogłyby realizować te najważniejsze, czyli głównie formowanie zespołów bojowych wokół lotniskowców. Jednocześnie chciano tak wyposażyć i uzbroić fregaty, by mogły płynnie współpracować z większymi braćmi. Wszystko zgodnie z popularną teorią "high-low mix", czyli wzajemnego uzupełniania się mniej licznych bardziej zaawansowanych systemów bojowych i liczniejszych prostszych.
Cel miał być osiągnięty możliwie tanio i szybko. Budżet US Navy jest niezmiennie bardzo napięty. Budowane są nowe lotniskowce atomowe, atomowe okręty podwodne dwóch typów, a do tego niszczyciele, czyli tak, jak wymaga tego element "high". Zaczynając w 2017 roku program nazwany roboczo FFG(X), co w nazewnictwie US Navy oznacza "przyszłą fregatę z rakietami kierowanymi", postanowiono sięgnąć po nieortodoksyjne rozwiązanie. Chodziło o kupno projektu już istniejącej fregaty i dostosowanie go do swoich potrzeb, wykorzystując też do budowy doświadczenie praktyczne zagranicznego producenta. Na papierze wydawało się, że to świetny pomysł, który pozwoli zaoszczędzić czas i pieniądze. W 2020 roku zdecydowano, że będzie to projekt fregaty FREEM włoskiego koncernu Fincantieri (program francusko-włoski z początku wieku, aktualnie 22 okręty w służbie).
Miesiąc miodowy szybko się jednak skończył, kiedy Amerykanie i Włosi zasiedli do ustalenia szczegółów pożenienia europejskiego kadłuba i napędu z amerykańskim uzbrojeniem, elektroniką oraz wymaganiami dotyczącymi między innymi odporności na uszkodzenia. Szybko się okazało, że poczynione na wstępie programu założenia są oderwane od rzeczywistości. Współczesne okręty są bardzo skomplikowanymi bestiami i różne państwa mają różne filozofie ich budowania. Skończyło się tym, że europejski projekt Amerykanie musieli niemal całkowicie przerobić, aby pasował do ich wymagań. Finalnie FREEM i Constellation miały mieć tylko 15 procent elementów wspólnych, zamiast pierwotnie planowanych 85 procent.
Pierwszy okręt zaczęto budować w 2022 roku, choć nie zakończono prac projektowych. Nadal formalnie nie zostały one domknięte. Przełożyło się to na co najmniej trzyletnie opóźnienie programu. Prototypowy okręt USS Constellation jest obecnie zbudowany w 12 procentach. Trzy lata po formalnym rozpoczęciu prac i mniej niż rok przed pierwotnie planowanym wejściem do służby. Powiedzieć, że to katastrofa, to mało. Zdecydowano się więc przerwać program i ukończyć tylko dwa już zamówione okręty, które pozostaną w praktyce prototypami i eksperymentami. Nie podano żadnych konkretów, czy jest dla nich jakieś alternatywne rozwiązanie.
To już nie pierwszy raz, ale trzeci
Program Constellation dołącza tym samym do pasma porażek Amerykanów jeśli chodzi o budowę okrętów nawodnych. Ta tendencja wzrostowa jest niepokojąca. Ostatni ich udany projekt to niszczyciele Arleigh Burke. Kontrakt na nie przyznano w 1985 roku, a pierwszy okręt wszedł do służby w 1991 roku. Pierwsza wersja może nie była idealna, ale stworzono ją sprawnie i w sposób tak przemyślany, że po szeregu poważnych modernizacji te okręty do dzisiaj są bardzo groźną i nowoczesną bronią. Potem jednak coś się zepsuło. W latach 90. zaczęto z marszu prace nad kolejną generacją większych niszczycieli, przeznaczonych głównie do ataków na cele lądowe. Plany były bardzo ambitne w stylu amerykańskich programów zbrojeniowych z tego okresu, a na dodatek regularnie się zmieniały, gdy zdawano sobie sprawę, że przesadzono z ambicjami. Efektem są więc trzy (zamiast 32 planowanych) bardzo futurystyczne, ale też koszmarnie drogie niszczyciele typu Zumwalt. Wliczając koszty prac badawczych, jeden kosztował 7,5 miliarda dolarów. Technologicznie okręty są imponujące, ale z praktycznego punktu widzenia to niestety porażki, które służą za bardzo drogie platformy do eksperymentowania z nowymi rozwiązaniami i ich testowania. Prawdę mówiąc ostatni z nich ciągle nie wszedł do służby, bo jest poddawany wprowadzonymi na ostatniej prostej modyfikacjom.
Potem była następne porażka. Tym razem okrętów LCS (Littoral Combat Ship – okręt bojowy wód przybrzeżnych), diametralnie odmiennych od Zumwaltów. LCS były dzieckiem kolejnej epoki w dziejach Pentagonu, czyli przejścia do wojny z terrorem, misji ekspedycyjnych, ograniczenia kosztów i modułowości. O niewielkim, prostym i tanim okręcie myślano od lat 80. XX wieku, w miejsce również prostych i tanich fregat Oliver Hazard Perry. Ostatecznie stworzono jednak koszmar w dwóch postaciach. Uznano, że na niewielkim kadłubie wielkości typowej korwety (stopień niżej niż fregata) wciśnie się moduły bojowe, które będzie można wymieniać w zależności od potrzeb. Usuwanie min? Proszę, jest odpowiedni moduł, wystarczy zamontować i w morze. Polowanie na okręt podwodny? Już wymieniamy. I tak dalej. Do tego wszystko mocno zautomatyzowane i drastycznie odchudzona liczebnie załoga. Ponieważ nie potrafiono się zdecydować którą ofertę wybrać, stanęło na budowaniu równolegle dwóch istotnie różniących się podklas Freedom (klasyczny kadłub) i Independence (nieortodoksyjny trimaran, czyli trzy kadłuby).
W praktyce szybko się okazało, że wszystkie wstępne założenia były błędne. Z wymieniania modułów nic nie wyszło. Małe załogi były niezdolne do opanowania dość skomplikowanych okrętów i były skrajnie przeciążone zadaniami. Trzeba było znacznie je zwiększyć, a to doprowadziło do tłoku. Bez wymienialnych modułów okręty - jak na swoje rozmiary - stały się bardzo słabo uzbrojone. Do tego nie wymyślono, co właściwie mają robić i jak pasują do US Navy jako całości. Nie wspominając o takich banalnych sprawach jak przekroczone koszty, usterki i zawalone terminy. Pomimo tego zamówiono ostatecznie 32 sztuki. Budowa ostatnich jeszcze trwa, podczas gdy siedem pierwszych już wycofano ze służby. Wydano na nie na razie około 60 miliardów dolarów i mają zagwarantowane miejsce w panteonie najmniej udanych programów zbrojeniowych w historii USA.
Problemy wywołane przez program LCS miały w znaczniej mierze rozwiązać fregaty Constellation. Dzisiaj wiemy już, że tego nie zrobią, a tylko wydłużą pasmo porażek US Navy w zakresie pozyskiwania nowych okrętów nawodnych. Wszystko to w ciągu trzech dekad, podczas których chińska flota z żartu stała się niebezpiecznym rywalem budującym w dużych seriach okręty właściwie wszystkich klas. Jeśli chodzi o proste fregaty, Chińczycy budują od 2005 roku jednostki Typ 054, których ma być aktualnie w służbie prawie 40. Amerykańskie Constellation na pewno by je znacznie przewyższały możliwościami, ale ich nie będzie. Poza dwoma prototypami.



English (US) ·
Polish (PL) ·